Jeśli ktoś się stęsknił za epoką „eurowpierdoli”, w której polskie zespoły przegrywały z takimi tuzami jak Żalgiris Wilno, Stjarnan, Shkendija Tatowo, Sheriff Tyraspol czy F91 Dudelange, to dziś Śląsk Wrocław dał nam namiastkę tamtych czasów. „Wojskowi” przegrali na wyjeździe z Riga FC. Zaliczka, owszem, bardzo skromna, ale patrząc przez pryzmat jakości gry wrocławian, raczej nie ma powodów do optymizmu.
Utrata czujności, utrata bramki
Już od samego początku Śląsk Wrocław stracił czujność. Wrocławianie cofnęli się do defensywy. Takie rozwiązanie taktyczne nie przyniosło nic dobrego. W 8. minucie spotkania Śląsk stracił bramkę. Ousseynou Niang otrzymał wysokie podanie od Mouhameda Ngoma. Następnie zostawił on w tyle Mateusza Żukowskiego i bez trudu pokonał Rafała Leszczyńskiego. Boczny obrońca zdecydowanie nie zrozumiał się z bramkarzem.
W pierwszej części spotkania dominowali Łotysze. To oni mieli na koncie więcej groźniejszych sytuacji, oni mieli pod kontrolą cały mecz. Piłkarze Śląska niemal przez cały czas wyglądali, jakby mieli fobię przed wyjściem z własnej połowy. Gdy już wychodzili z inicjatywą, spotykali się ze stratą piłki po niecelnym zagraniu.
Śląsk Wrocław – gwiazdy bez formy
Brakowało wyeksponowania tego, co w Śląsku najlepsze. Okej, na papierze nie jest to najmocniejszy skład na świecie, ale jednak są tutaj piłkarze, którzy potrafią zrobić różnicę. Nahuel Leiva jeszcze w poprzednim sezonie kilkukrotnie pokazywał, że aspiruje na miano gwiazdy zespołu – cały mecz spędził w cieniu. Petr Schwarz i Peter Pokorny również wydają się naturalnymi przodownikami gry, zresztą odpowiadają za środek boiska. Czyszczą i są punktem, który de facto decyduje, w którą stronę pójdzie dana akcja. Dotychczas raczej dobrze wywiązywali się ze swoich obowiązków. Dziś, niestety, coś poszło nie tak.
Spontaniczność, która Śląskowi nic nie dała
Śląsk Wrocław nie miał planu na ten mecz. A przynajmniej tak to wyglądało. Zwycięstwa same nie przychodzą – nawet gdy rywalem jest wicemistrz Łotwy. Trzeba zachowywać czujność przez cały mecz, a nie robić to wybiórczo. Zapomniał o tym Mateusz Żukowski, co poskutkowało porażką w bardzo ważnym spotkaniu.
Tak blisko, a tak daleko
Druga część spotkania wyglądała lepiej. Śląsk Wrocław bardziej chciał. Wreszcie odzyskał dominację nad rywalem i pomimo niekorzystnego wyniku jakoś lepiej oglądało się polski klub, który ma przewagę nad zespołem z Łotwy. Wróćmy na chwilę do Nahuela Leivy i jego okazji. Bardzo ładne podanie od Musiolika – możemy się śmiać, że podjazdu do Exposito nie ma, ale tutaj zachował się, jak powinien. Hiszpan przestrzelił. Akcja, która powinna być game changerem. Nawet jeżeli nie dałaby bodźca, by finalnie zakończyć spotkanie zwycięstwem – mogła chociaż doprowadzić do remisu.











