30 milionów złotych dostanie od miasta Śląsk Wrocław. Tak po prostu, z dnia na dzień. Nasuwa się pytanie, gdzie są granice odpowiedzialności władzy publicznej. Bo kiedy miasto przez lata pompuje miliony w jeden klub sportowy, jednocześnie odmawiając jego sprzedaży, umarzając długi i konwertując pożyczki na akcje, przestaje to być „właścicielstwo”, a zaczyna być systemowym podtrzymywaniem projektu, który bez kroplówki nie oddycha.
Każdy pojedynczy przelew da się wytłumaczyć. Każdy! Zawsze znajdzie się narracja taka jak „ratowanie płynności”, „walka o awans”, „nowa wizja rozwoju” czy – moja ulubiona – „przygotowanie klubu do sprzedaży”. Problem polega na tym, że Śląsk Wrocław już dawno z trybu wyjątkowego przeszedł w tryb powtarzalny.
Przygotowanie klubu do sprzedaży? Przelew z miasta. Słaby wynik sportowy? Przelew z miasta. Nieodpowiedzialny prezes rozdmuchujący koszty do 80 milionów złotych? Przelew z miasta.
I tak od lat. W normalnym biznesie to się nazywa model trwale nierentowny. W modelu miejskim górnolotnie nazywa się to „odpowiedzialnością właścicielską”.
Klub miejski, czyli klub bez bankructwa
Śląsk Wrocław ma przewagę, której nie ma żaden prywatny klub. Nie może upaść w klasycznym sensie rynkowym. Nie dlatego, że jest lepiej zarządzany. Dlatego, że jego właścicielem jest Wrocław, co zmienia wszystko. Ryzyko sportowe przestaje być ryzykiem egzystencjalnym, zadłużenie nie oznacza presji banków, tylko presję polityczną, błędy nie kończą się upadłością, tylko kolejną uchwałą. Ot, taka systemowa przewaga.
Formalnie niby wszystko się zgadza. Podwyższenie kapitału zakładowego jest legalne, tak samo jak pożyczki właścicielskie, konwersja długu na akcje czy brak sprzedaży klubu, co przecież jest decyzją właścicielską. Tylko że w realnym obiegu społecznym nie funkcjonują formy prawne, lecz skutki. A skutek jest bardzo prosty. Miasto finansuje straty klubu, nie inwestuje z perspektywą zwrotu, nie działa jako inwestor, tylko jako gwarant przetrwania.
Gdzie kończy się inwestycja, a zaczyna pomoc publiczna?
Prawo unijne daje samorządom furtkę. Jest nią tzw. test prywatnego inwestora (MEOP). Można dokapitalizować klub, jeśli zachowujesz się jak racjonalny podmiot rynkowy. Problem polega na tym, że ten test nie zakłada nieskończonej cierpliwości.
Racjonalny inwestor, gdy mu nie idzie, to zmienia strategię, ogranicza straty, sprzedaje aktywa, restrukturyzuje albo wychodzi z projektu. Czego nie robi racjonalny inwestor? Nie zamienia długu w kapitał w nieskończoność, licząc, że następnym razem się uda, bo to nie jest model inwestycyjny, tylko model podtrzymywania projektu za wszelką cenę.
Formalnie oczywiście da się to ubrać w dokumenty. Materialnie coraz trudniej to obronić jako zachowanie rynkowe.
Liczby, które nie dają się zagadać
Straty finansowe Śląska nie są incydentem. To już cecha systemowa. Ujemne wyniki, ujemny kapitał własny, kolejne zobowiązania to nie jest „chwilowy kryzys”. To jest „norma”, w której klub generuje stratę, a miasto ją absorbuje.











