Po pierwszym meczu, przegranym 0:3 w Białymstoku, niemal nikt nie wierzył, że „Jaga” jest w stanie podjąć rękawicę. Nawet najwięksi optymiści zakładali co najwyżej godne pożegnanie z Europą. Tymczasem we Florencji wydarzyło się coś, co pachniało romantyzmem dawnych polskich remontad.
Hat-trick, który wstrząsnął Artemio Franchi
Jeśli ktoś wczoraj nie znał nazwiska Bartosza Mazurka, to dziś już zna je cała Polska. 19‑letni wychowanek Jagiellonii zrobił coś absolutnie niewiarygodnego. Ustrzelił hat‑tricka na stadionie Fiorentiny, dając swojej drużynie wynik 0:3. Doprowadziło to do dogrywki, wlewając nadzieję w serca kibiców z Białegostoku, o którą przed meczem było nieziemsko trudno.
To była historia jak z młodzieżowej powieści futbolowej:
- chłopak z akademii,
- pierwszy wielki europejski wyjazd w fazie play-off,
- presja, która mogłaby zmiażdżyć doświadczonych piłkarzy,
- a on… gra jakby Florencja była jego podwórkiem przy blokowiskach.

Po trzecim golu Mazurka na stadionie zapanowała cisza – ten rodzaj ciszy, który jest najlepszym komplementem dla drużyny przyjezdnej. W prasie włoskiej nie brakuje nad zachwytów nad młodym Polakiem. Nie brakuje nawiązań nawet do wielkiego Cristiano Ronaldo, co mówi samo za siebie.
Dogrywka Jagiellonii: pełna nadziei i brutalnej rzeczywistości
Kiedy sędzia zgwizdał po 90 minutach gry, a wynik brzmiał 0:3, każdy kibic w Polsce miał to samo skojarzenie: „To jest ten wieczór”. Niestety, marzenia mają w zwyczaju trwać krócej, niż byśmy chcieli. W drugiej połowie dogrywki Fiorentina strzeliła dwie bramki, odwracając to, co miało być jedną z najbardziej filmowych nocy w historii polskich klubów.
Jaga walczyła, ale sił i chłodnej głowy wystarczyło tylko do końcówki. Wtedy jednak przyszła piękna, choć symboliczna nagroda – w 118. minucie Jesus Imaz, od lat jedno z serc drużyny z Podlasia, strzelił bramkę na 2:4. Gol, który nic nie zmienił, a jednocześnie zmienił wszystko. Pokazał, że Jagiellonia nie składała broni do samego końca.












