Lyon dosyć niespodziewanie walczy w tym sezonie o mistrzostwo Francji. Na pewno pomagają w tym przeciętna postawa PSG oraz wpadki innych drużyn, jak chociażby Lille z Angers. Liczy się też fakt, że kilku dotychczas nieoczywistych zawodników zaczęło grać na miarę swoich możliwości. Nagrodę za cierpliwość może otrzymać Anthony Lopes, który od kilku lat jest niepodważalnym numerem jeden „Les Gones”.
Portugalczyk jest numerem „1” Lyonu już od 2013 roku. Przeszedł dotychczas bardzo dużo i wiele widział. Pamięta przeciętne czasy pod wodzą Bruno Genesio. Współpracował z Samuelem Umtitim i Tanguyem Ndombele. Swoje pierwsze kroki w dorosłej kadrze stawiał wtedy, gdy do kadry wchodził też Alexandre Lacazette. Po latach w jednym klubie wypracował sobie pozycję pewniaka, od którego rozpoczyna się selekcja. Wywalczył sobie również dziesięć występów w kadrze narodowej Portugalii.
Francuz czy Portugalczyk?
Gdyby Anthony Lopes był Polakiem, to byłoby mu trudno o zaufanie fanów. Już w Portugalii nie zawsze ma łatwo. Jest to zawodnik urodzony w Givors, czyli miasteczku znajdującym się niedaleko Lyonu. Jego rodzice to rodowici Portugalczycy, do tego fani FC Porto, jednak z reguły nie odwiedzali oni swojego ojczystego kraju. Mały Anthony od początku był zaznajomiony z kulturą francuską. Portugalia pojawiła się w jego życiu dopiero, gdy ojciec zadzwonił do związku piłkarskiego, by przedstawić sytuację swojego syna i ułatwić mu wejście do reprezentacji.
Lopesowi udało się przebić do pierwszego składu Lyonu, choć zaczynał jako trzeci bramkarz. Grał też regularnie w młodzieżowych drużynach Portugalii. Do seniorskiej kadry wchodził z opóźnieniem i od początku był tam brany za człowieka na ławkę. Portugalczycy raczej nie obserwują zbytnio ligi francuskiej, w związku z czym bramkarz urodzony we Francji nie posiada takiej renomy jak chociażby Rui Patricio. Dla człowieka Lyonu niełatwa była też aklimatyzacja – w końcu Portugalia to dla niego coś innego niż codzienne życie we Francji.
Do reprezentacji trafił w 2015 roku jako zastępstwo Beto. Wtedy też pierwszy raz spotkał Cristiano Ronaldo, co stanowiło dla niego ogromny zaszczyt. Później opowiadał o tym z wielką pasją. – W autobusie zostało wolne miejsce koło Cristiano. Zapytałem go, czy mogę się przysiąść. On mi odpowiedział: „Tak, pewnie”. Potem dyskutowaliśmy przez całą drogę na lotnisko. Dla mnie to był niewyobrażalny moment – wspominał podczas .











