18 lat temu Grasshoppers Zurich, dzisiaj Klaksvik. Lech Poznań miażdży KI Klaksvik aż 5:0 i tym samym w kapitalnym stylu przypieczętował sobie awans do IV rundy eliminacji Ligi Europy. „Kolejorz” mimo przeciwności losu związanych z problemami logistycznymi wysłał jasny sygnał – powróciliśmy. Takiego Lecha w Europie chcemy oglądać zawsze.
Przed tym meczem mogliśmy się obawiać, że to będzie spotkanie pułapka. Klaksvik kapitalnie sobie radziło u siebie. W ostatnich 19 spotkaniach domowych w europejskich pucharach przegrał tylko jedno – w 2023 roku przeciwko Slovanowi Bratysława 1:2. Oprócz tego podopieczni Magnusa Powella nie przegrali ostatnich 10 domowych spotkań w Europie. Mogliśmy się obawiać, jak Lech zaaklimatyzuje się ze sztuczną murawą. A do tego wszystkiego dochodziły problemy logistyczne oraz walka z warunkami pogodowymi, o której pisaliśmy.
Dobre wejście w mecz
Jednak już na samym początku postawa „Kolejorza” mogła rozwiać wszelkie wątpliwości. Oprócz sytuacji w 6. minucie spotkania Hanssona, którego strzał skończył na jednym z obrońców mistrza Polski, to Klaksvik było bezbronne. Przewagę Lech udokumentował w 20. minucie. Do pustej bramki po odbitym uderzeniu Ishaka trafił Allahyar Sayyadmanesh. Irańczyk przeżywa teraz bardzo dobry okres. W ostatnich czterech spotkaniach (wliczając mecz z Klaksvik) strzelił trzy bramki.
Ogólnie Lech Poznań miał pierwszą połowę pod kontrolą. Do bramki powinien trafić Luis Palma, jednak kapitalną interwencją na linii popisał się Jensen. Potem również okazję miał Joel Pereira, który zachował się koleżeńsko i wystawił piłkę na pustą bramkę wspomnianemu wcześniej Palmie. Aczkolwiek w ostatniej chwili kapitalną interwencją popisał się Pavlović.
Oprócz paru zamieszań pod polem karnym podczas stałych fragmentów gry Mateusz Lis był bezrobotny. Jedynym minusem było zejście Mikaela Ishaka, który nabawił się urazu. Dopiero co Szwed się przełamał w domowym spotkaniu z Piastem Gliwice, a niestety musiał już w 45. minucie zejść z boiska. Z powodu braku Yannicka Agnero w kadrze meczowej Lech musiał kończyć mecz bez klasycznej „dziewiątki”.











