Dla GKS-u Katowice zrezygnował z gry na wyższym poziomie, by po degradacji w 2005 roku pomóc podnieść klub z kolan. Robert Sierka, bo o nim mowa, to jedyny zdobywca goli dla „GieKSy” na czterech szczeblach rozgrywkowych. W specjalnym wywiadzie wraca wspomnieniami do czasów odbudowy klubu u boku Jana Furtoka i Piotra Piekarczyka. Z byłym kapitanem Katowiczan rozmawiamy o miłości do futbolu, która pozwala przetrwać najcięższe kontuzje, a także o współczesnej Ekstraklasie, dwóch twarzach obecnego zespołu trenera Rafała Góraka i tzw. „modzie na GieKSę”, która znów opanowała miasto.
Dominik Michalski (iGol.pl): Panie Robercie, od Pana ostatniego występu w barwach GKS-u minęło już ponad 18 lat. Wiem jednak, że ten klub wciąż zajmuje szczególne miejsce w Pana sercu. Regularnie można Pana spotkać na domowych meczach GKS-u.
Robert Sierka: GKS zawsze był i na zawsze pozostanie w moim sercu. Od najmłodszych lat dorastałem na katowickich trybunach, kibicując „GieKSie”. Później spełniło się moje wielkie marzenie i miałem ogromną dumę oraz zaszczyt przez kilka lat reprezentować ten klub bezpośrednio na boisku jako zawodnik. Ta więź z klubem zostaje w człowieku na całe życie, niezależnie od tego, ile lat upłynęło od odwieszenia butów na kołek.
Portal gieksa.pl podaje, że jest Pan jedynym zawodnikiem w historii klubu, który zdobywał bramki dla GKS-u na czterech różnych poziomach rozgrywkowych. To piękny przykład lojalności – w końcu po sezonie 2004/2005 zdecydował się Pan zejść aż dwie ligi niżej, by dalej grać dla Katowic. Co zaważyło na tym, że w tak trudnym momencie postanowił Pan zostać i pomóc w odbudowie?
Rzeczywiście, grałem w GieKSie na kilku poziomach rozgrywkowych – od IV ligi aż po Ekstraklasę (wtedy nazywaną I ligą). Oczywiście, cieszy mnie fakt, że na każdym z nich udawało mi się wpisać na listę strzelców. Do dziś mam satysfakcję, że byłem częścią tamtej drużyny, która podjęła się zadania odbudowy klubu od podstaw po degradacji do IV ligi w 2005 roku.
Do gry w IV lidze namówiły mnie prawdziwe legendy „GieKSy”: Jan Furtok oraz Piotr Piekarczyk. To oni stanęli na czele tego wielkiego ruchu i rozpoczęli proces ratowania katowickiej piłki. Kiedy takie autorytety wyciągają rękę i mówią, że tworzymy coś ważnego dla społeczności, nie można było postąpić inaczej. Trzeba było zakasać rękawy i pomóc w walce o powrót na należne GKS-owi miejsce.
Przeżył Pan przy Bukowej mnóstwo emocji. Czy z perspektywy lat jest jakiś jeden konkretny moment, mecz albo wydarzenie z czasów gry w GKS-ie, które najmocniej zapadło Panu w pamięć?
Trudno wybrać jeden jedyny moment, bo w tym czasie przeżyłem przy Bukowej wiele pięknych chwil. Na pewno w pamięci mocno zapadły sukcesy w najwyższej klasie rozgrywkowej – zdobycie 3. miejsca w lidze i wywalczenie awansu do europejskich pucharów. Było to, jak dotąd, ostatnie tak wysokie miejsce GKS-u w historii występów ligowych, więc wspominam ten okres ze szczególnym sentymentem.
Z drugiej strony, niezwykły ślad w moich wspomnieniach zostawiły mecze w IV lidze. To było coś niesamowitego. Graliśmy na piątym poziomie rozgrywkowym, a na nasze domowe mecze przychodziło regularnie po kilka tysięcy kibiców. Równie piękne były kolejne awanse rok po roku, kiedy czuliśmy, że krok po kroku odbudowujemy potęgę klubu razem z całymi Katowicami.











