Paweł Wilkowicz był jednym z prelegentów podczas Kongresu Piłki Nożnej Kobiet. Redaktor naczelny WP Sportowych Faktów podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat wydarzenia oraz początkujących dziennikarzy. Nie zabrakło także wątku kończących się mistrzostw świata do lat 20, które wypadły blado według naszego rozmówcy.
Wiktor Cyran, iGol.pl: Dlaczego ważny jest ten kongres, który odbywa się przez dwa dni?
Paweł Wilkowicz, WP Sportowe Fakty: Uważam, że ludzie w środowisku piłki kobiecej za mało się znają, zwłaszcza na styku mediów, środowiska i sponsorów. Ciągle wiemy o sobie za mało. Piłka kobieca była długo na marginesie zainteresowania. Wiadomo, że w ostatnich latach to środowisko bardziej się zjednoczyło. Reprezentantki Polski mają coraz większe sukcesy i też się wspierają. Wokół piłki kobiecej powstała oddolna moda.
Działanie w piłce kobiecej często jest pewną deklaracją. Oznacza przynależność do społeczności i walkę o lepszy świat. Do tej pory dziennikarze sportowi mieli kontakt z tym środowiskiem głównie wtedy, gdy sami do niego wyszli. Bardzo brakuje nam networkingu. Chciałbym móc zostać w Łodzi na dwa dni właśnie po to, żeby poznać ludzi, zawrzeć nowe znajomości i rozpoznać nowe możliwości. Na co dzień tego brakuje.
Paweł Wilkowicz zajmuje się piłką kobiecą już od kilku lat. Jak przez ten czas zmieniła się ta dyscyplina?
Przede wszystkim bardzo dobrze zorientowała się, co dzisiaj jest drogą do sukcesu. Mam wrażenie, że w piłce kobiecej mamy dziś dużo więcej różnorodnych gwiazd. To nie jest już tylko walka o równe prawa i pensje. Są Megan Rapinoe, ale też gwiazdy Instagrama grające w piłkę. To naprawdę bardzo potrzebne. Nigdy nie wiemy, co skłoni dziecko do wyjścia na trening.
Ja mam syna grającego w piłkę. Na niego piłkarskie treści w mediach społecznościowych mają większy wpływ niż transmisje telewizyjne. Praktycznie nie ogląda meczów w telewizji, a jednak wie wszystko o piłce, bo dowiaduje się o niej swoimi kanałami.
Promując piłkę kobiecą, możemy sobie odgórnie zaplanować jakieś zasięgi. A potem może się okazać, że dzieci tam gdzie serwujemy te treści nie ma. Tam są ich rodzice. Żeby trafić do dzieci, trzeba znaleźć ich kanał komunikacji, ich język, ten myk, być wyrazistym, zabawnym i angażującym, a także pokazywać drogę. Do tego potrzebne jest coś, co w środowiskach zapiętych pod szyję często było źle postrzegane. Myślę, że piłka kobieca ma to już za sobą. Nie bójmy się lansować, a nawet przelansować. To nie jest nic złego.
Jak wygląda opisywanie piłki kobiecej w jednym z większych portali w naszym kraju?
Miłością Polaków są ich drużyny reprezentacyjne w każdym sporcie. Mamy dobrą drużynę U-20, wiązaliśmy z nią bardzo duże nadzieje. Powiedziałbym nawet, że ciężar opisywania tego turnieju przenieśliśmy na jego drugą część, licząc, że to dłużej potrwa. Dziś to już nieaktualne, bo Polki dość nieszczęśliwie odpadły. Nie uciekniemy od tego, że jeśli jakaś dyscyplina nie jest popularna na poziomie rekreacyjnym, to szybko może podnieść się tylko dzięki sukcesowi reprezentacyjnemu. Tylko.
Jeśli jutro zdobędziemy złoty medal w hokeju na trawie, też będzie o tym głośno, bo tak to działa. Polacy kochają sukcesy swoich reprezentacji i są mocno związani z orzełkiem na koszulce. Taki sukces od razu dostaje potężne turbodoładowanie, więc metodą na szybką promocję jest wygranie czegoś dużego. Nie musi chodzić o piłkę seniorską. Może to być poziom U-20.
Ważne jest też, jak grupa się pokaże przy takim turnieju. Przykładem jest to, co wokół awansu na EURO zrobiła grupa Wojciecha Szczęsnego, Grzegorza Krychowiaka i projekt „Łączy nas Piłka”. Nie chodziło tylko o to, że Adam Nawałka zbudował dobrą drużynę, która sprawnie przechodziła eliminacje. W tej grupie znalazło się też kilku chłopaków, którzy czuli media i rzeczywistość. Byli sobą, potrafili bawić się konwencją i mieli odwagę próbować nowych rzeczy. Ktoś mógł powiedzieć, że to obciachowe: jak dorosłe chłopy mogą się tak bawić? Publiczność to jednak pokochała. W piłce kobiecej też pokocha.
To był efekt Krychowiaka i Szczęsnego, którzy bawili się sportem, a jednocześnie na boisku dawali wzór kariery. Są ludźmi sukcesu, którzy nie bali się odpiąć wrotek, kiedy była ku temu okazja. Myślę, że to również może być szansa sukcesu piłki kobiecej.
Śledziłem kadrę U-19 na mistrzostwach Europy i kadrę U-20 podczas mistrzostw świata. Kiedy ta drużyna odpadała, było mi po prostu szkoda. Pierwszy raz było mi przykro z powodu odpadnięcia polskiej kadry w wielkim turnieju. Pewnie także dlatego, że oglądałem ten mecz, ale pojawiały się też rolki na Instagramie. Można było z tą kadrą się zżyć. Powiedział Pan o przeniesieniu akcentu na fazę finałową. Paweł Wilkowicz żałuje, że redakcja tak późno zajęła się tą drużyną?
Nie, my tą drużyną się zajmowaliśmy. Bardziej żałuję, że nie promowaliśmy turnieju już w fazie grupowej jako ciekawego wydarzenia samego w sobie. Liczyliśmy, że Polki będą grać w nim dłużej. To poważne granie U-20. Są tam potencjalne gwiazdy, które za chwilę będziemy oglądać podczas mundialu kobiet. Najbardziej smutne były jednak obrazki z trybun.
Jako kraj eventowy mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Spędzenie wolnego czasu na stadionie, gdzie odbywają się mistrzostwa świata kategorii U-20 w jakiejś dyscyplinie, może być fajnym pomysłem na piknik. Tym razem to się nie udało.
Czy Paweł Wilkowicz planuje rozwijanie piłki kobiecej w mediach społecznościowych poprzez różnego rodzaju rolki, filmy, relacje z wydarzeń i wyjazdy redaktorów w teren?
Na pewno chcielibyśmy, żeby było jak najwięcej interesujących historii. Wiadomo, że jest też konkurencja. Jeśli ciekawszą historię stworzą siatkarki, będziemy pisać o siatkarkach. Jeśli karmimy ludzi czymś na siłę, to jest to PR, a nie dziennikarstwo. Naszym zadaniem jest jak najlepsze tłumaczenie ludziom tego, co ich interesuje.
Rola pasji jest nieoceniona. Bardzo często o tym, czy zrobisz karierę, decyduje nie to, co robisz na treningu, tylko co robisz po nim. O powodzeniu jakiegoś sportu często decyduje to, czy w redakcji jest pasjonat, który będzie o nim pisał, dostarczał kolejne historie i rozkręcał modę. Jestem za tym, żeby działo się tak w każdej dyscyplinie.
Przyjechałem tu prywatnie, wyrwałem się z pracy i jadę z powrotem. Mam piłkę kobiecą w sercu. Nie jestem jednak w stanie zrobić jednego – trzymać na stronie tekstu, którego nikt nie czyta. Uważam, że to psuje pracę redakcji. Możemy traktować taki tekst preferencyjnie, mimo że nie przynosi wyników, raz na jakiś czas. Ale częściej nie, bo ktoś zapyta, dlaczego akurat ten sport promujemy? To musi być historia na tyle nośna, żeby się obroniła sama: dobrze napisana.
Nie powiem, że to ma się klikać, bo to jest pogardliwe. Ta historia ma się czytać. Sensem funkcjonowania portali jest to, żeby ludzie czytali teksty, a nie tylko w nie klikali.
Biznesowo też w grę wchodzi opisywanie piłki kobiecej, a nie sportu kobiecego jako całości. To jeden z aspektów, którego nie da się pominąć przy budowaniu tej narracji. Mam na myśli wymiar finansowy i czytelniczy, a nie tylko klikalność. Trudno w tej materii dobrze wyłapać właściwą historię sportu kobiecego?
Jak mówię, to musi się narodzić. Trzeba znaleźć człowieka w redakcji, który będzie przy tym chodził i wyciągał dobre historie. To zdecydowanie moje zadanie. Realne jest znalezienie takiej osoby, ale nie jest realne, że powiem na kolegium: „Słuchajcie, teraz przestawiamy wajchę na piłkę kobiecą, bo musimy zapewnić jej zainteresowanie”. Taki pomysł musiałby przejść przez redakcję, bo portal ma robić rzeczy uniwersalnie interesujące.
Nie lubię misyjności w pracy. Misyjność można mieć w życiu prywatnym: zrobić wysiłek, pójść na mecz, dać coś od siebie. Nie można jednak w imię misji zarządzać biznesem i robić rzeczy wbrew wskaźnikom tylko dlatego, że to nasza misja. Jeśli ludzie nie chcą czytać o ekologii, tylko ją uprawiać, to napisanie setnego tekstu o ekologii nie sprawi, że staną się bardziej ekologiczni.
Powiedział Pan bardzo ciekawe hasło – misja. Wielu młodych dziennikarzy uprawia dziennikarstwo w formie wolontariatu, z chęci i poczucia misji. Wydają zarobione albo odłożone pieniądze, żeby przekazywać wiedzę o sporcie i opowiadać historie. Co poleciłby Paweł Wilkowicz młodym dziennikarzom, którzy chcieliby zacząć na tym zarabiać, żyć z tego i przełożyć pasję.
Ja jako Paweł Wilkowicz poleciłbym, żeby w takim wypadku rozwijali pasję do dziennikarstwa i nie pozwolili, by ograniczała ich pasja do konkretnego sportu. Misją dziennikarza jest informowanie o tym, co pasjonuje ludzi, a nie tylko o tym, co pasjonuje nas. To może się spinać, ale nie musi. To jednak jest praca.
Jeśli ktoś pasjonuje się Premier League i pisze o niej w Polsce, musi się liczyć z tym, że nie każdy będzie chciał to czytać. Wspominam o tym, bo to często powracający wątek w różnych redakcjach. Mówimy o lidze globalnej, a jednak w dużych polskich portalach teksty o Premier League słabo się czytają. Kibice idą raczej za nielicznym gronem ekspertów, jeśli szukają opinii. Gdy ktoś chce newsa, przeczyta „The Guardian”, „The Times” albo „Daily Mail”, a nie polskie media.
Jeśli ktoś chce pisać o Premier League z pasji, mimo że nikt nie będzie tego czytał, nie ma w tym oczywiście nic złego. Jeśli ktoś jednak chce być czytany i chce, żeby sport był jego zawodem, to najważniejszą radą jest: wyjść poza własną pasję, własną bańkę, dowiedzieć się, co interesuje ludzi. Może źle wybrało się tematykę. Może Premier League w Polsce nie interesuje wszystkich. Możliwe, że to tylko bańka, a ludzie wolą niektóre sporty oglądać niż o nich czytać. Może w najbliższym otoczeniu jest zapomniany bohater.
No i najważniejsza sprawa: o jakiej pasji mówimy jako dominującej? O pasji do sportu czy o pasji do pisania? Jeśli chodzi o pasję do pisania, będzie łatwiej.
Czy pasja do sportu będzie większą przeszkodą w zdobyciu pracy w dziennikarstwie sportowym?
Nie, zupełnie tego nie powiedziałem. Pasja do sportu jest świetna, ale nie każdą pasję da się zamienić w skuteczne pisanie. Mówię szczerze, bo spotykam się z tym bardzo często. Przychodzą dziennikarze, którzy interesują się Premier League, bo jest to najbardziej globalna liga piłkarska na świecie. Wchodzą do zawodu i wydaje im się, że news o tym, jakiego piłkarza kupiła Chelsea w polskim portalu, będzie bardzo dobrze czytany. Nie będzie. W polskim portalu mało kogo to interesuje. Ci ludzie wiedzą o tym z Twittera, „The Guardiana”, „The Times” i „Daily Mail”.
To, że ktoś ogląda i kibicuje, nie oznacza jeszcze, że umie pisać. Trzeba zbierać informacje, dużo czytać, pisać dobrym językiem i mieć zmysł społeczny: wiedzieć, jaki tytuł zadziała, a jaki nie. O czym ludzie chcą czytać? Czy ktoś interesuje się statystykami czytelnictwa i potrafi je właściwie przetworzyć? Czy umie sformułować następny tekst i wybrać temat? Jak przyjmuje rady, gdy ktoś zasugeruje mu zajęcie się np. siatkówką kobiet, bo może tam znajduje się nisza, ciekawa bohaterka. Pytań jest wiele.
Bardzo często ludzie wchodzą do tego zawodu i chcą naśladować sam szczyt, czyli pisać o meczach Premier League. My najbardziej cenimy jednak osobę, która pójdzie do lokalnej hali i zrobi reportaż. Wtedy wiadomo, że kiedyś, jeśli będzie trzeba, napisze też o Premier League.
Prawdziwa pasja polega właśnie na tym, żeby w każdym środowisku i na każdym szczeblu znaleźć temat na reportaż. Wtedy to jest dziennikarska pasja do sportu.
Rozmowy, spotkania, wymiana doświadczeń i różne spojrzenia na przyszłość kobiecej piłki. ⚽️
Pierwszy dzień Kongresu Piłki Nożnej Kobiet to mnóstwo wiedzy, inspiracji i ważnych dyskusji. Zobaczcie kilka kadrów z tego, co dzieje się na Kongresie!
📸 @Cyfrasport