Kiedy działacze Cracovii poinformowali o zakontraktowaniu Siema Eyoba-Abrahy z Erytrei, w głowach wielu kibiców z pewnością zapaliła się lampka z napisem „egzotyka”. I słusznie, bo ekstraklasowe kluby rzadko sięgają po talenty z mniej znanych zakątków Afryki. Z drugiej strony, dla sympatyków „Pasów” podróże w nieoczywiste zakątki piłkarskiego świata to przecież żadna nowość. W końcu nieco ponad dekadę temu przy Kałuży brylował zawodnik, który na długo przed erą zaawansowanego skautingu udowodnił, że piłkarska magia może narodzić się w sercu Afryki. Mowa o Saidim Ntibazonkizie z Burundi. Co najciekawsze – ten 39-letni dziś weteran wcale nie zamierza wieszać butów na kołku.
Uczucie strachu i ucieczka do Europy
Zanim Saidi zawitał pod Wawel, musiał przejść życiową drogę, która bardziej przypomina scenariusz oscarowego dramatu niż typową biografię współczesnego sportowca. Ntibazonkiza urodził się 1 maja 1987 roku w Bużumburze, stolicy niewielkiego i niezwykle biednego afrykańskiego państwa – Burundi. Jego młodzieńcze lata przypadły na tragiczny okres krwawej wojny domowej, która dziesiątkowała społeczeństwo i niszczyła kraj. Dla dorastającego chłopca codzienność oznaczała strach i brak jakichkolwiek perspektyw. W poszukiwaniu bezpieczeństwa i szansy na normalne życie, Ntibazonkiza zmuszony był uciekać z kraju jeszcze jako nastolatek.
W 2005 roku, jako 18-latek, zdołał wyjechać z ogarniętego konfliktem kraju i dotarł do Holandii, gdzie oficjalnie wystąpił o azyl. Ntibazonkiza został zakwaterowany w holenderskim ośrodku dla uchodźców. Jako że jeszcze w Afryce grał w lokalnym zespole Vital’O, chciał kontynuować treningi. Zgłosił się po prostu do najbliższego profesjonalnego klubu w swojej okolicy, którym okazało się NEC Nijmegen. Początkowo trenerzy pozwolili mu ćwiczyć z młodzieżówką, jednak błyskawicznie zorientowali się, że chłopak ma niesamowity talent. W efekcie 18 listopada 2006 roku zadebiutował w Eredivisie w spotkaniu przeciwko Sparcie Rotterdam. Saidi bardzo szybko wskoczył więc do pierwszego zespołu i zaczął czarować na boiskach. W konsekwencji zyskał ogromną sympatię holenderskich kibiców, a ponadto przez dwa kolejne sezony był podstawowym graczem.
W latach 2008-2010 rozegrał 50 meczów, zdobywając 10 bramek. Łącznie, mimo wciąż młodego wieku, uzbierał w holenderskiej elicie 62 występy i 10 goli, pokazując nieszablonowy styl gry oparty na przebojowości i dryblingu.
Miał być tylko Radomski. Rząsa przywiózł z Nijmegen duet
Kulisy jego transferu do Cracovii latem 2010 roku są niesamowicie ciekawe i pokazują, jak przypadek potrafi odmienić losy klubu. Wszystko zaczęło się od obserwacji… reprezentanta Polski, Arkadiusza Radomskiego, który również występował w NEC Nijmegen. Ówczesny dyrektor sportowy Cracovii, Tomasz Rząsa, jeździł do Holandii, by doglądać formy Radomskiego. Na boisku jego uwagę natychmiast przykuł jednak filigranowy Burundyjczyk. Rząsa nie ukrywał później, że to właśnie te wyjazdy otworzyły Cracovii drzwi do jednego z najbardziej widowiskowych transferów w historii ligi:
– Widziałem go w akcji przy okazji oglądania Arka Radomskiego. Jego gra po prostu wpadła mi w oko – wspominał dyrektor sportowy „Pasów”.











