Kiedy działacze Cracovii poinformowali o zakontraktowaniu Siema Eyoba-Abrahy z Erytrei, w głowach wielu kibiców z pewnością zapaliła się lampka z napisem „egzotyka”. I słusznie, bo ekstraklasowe kluby rzadko sięgają po talenty z mniej znanych zakątków Afryki. Z drugiej strony, dla sympatyków „Pasów” podróże w nieoczywiste zakątki piłkarskiego świata to przecież żadna nowość. W końcu nieco ponad dekadę temu przy Kałuży brylował zawodnik, który na długo przed erą zaawansowanego skautingu udowodnił, że piłkarska magia może narodzić się w sercu Afryki. Mowa o Saidim Ntibazonkizie z Burundi. Co najciekawsze – ten 39-letni dziś weteran wcale nie zamierza wieszać butów na kołku.
Uczucie strachu i ucieczka do Europy
Zanim Saidi zawitał pod Wawel, musiał przejść życiową drogę, która bardziej przypomina scenariusz oscarowego dramatu niż typową biografię współczesnego sportowca. Ntibazonkiza urodził się 1 maja 1987 roku w Bużumburze, stolicy niewielkiego i niezwykle biednego afrykańskiego państwa – Burundi. Jego młodzieńcze lata przypadły na tragiczny okres krwawej wojny domowej, która dziesiątkowała społeczeństwo i niszczyła kraj. Dla dorastającego chłopca codzienność oznaczała strach i brak jakichkolwiek perspektyw. W poszukiwaniu bezpieczeństwa i szansy na normalne życie, Ntibazonkiza zmuszony był uciekać z kraju jeszcze jako nastolatek.
W 2005 roku, jako 18-latek, zdołał wyjechać z ogarniętego konfliktem kraju i dotarł do Holandii, gdzie oficjalnie wystąpił o azyl. Ntibazonkiza został zakwaterowany w holenderskim ośrodku dla uchodźców. Jako że jeszcze w Afryce grał w lokalnym zespole Vital’O, chciał kontynuować treningi. Zgłosił się po prostu do najbliższego profesjonalnego klubu w swojej okolicy, którym okazało się NEC Nijmegen. Początkowo trenerzy pozwolili mu ćwiczyć z młodzieżówką, jednak błyskawicznie zorientowali się, że chłopak ma niesamowity talent. W efekcie 18 listopada 2006 roku zadebiutował w Eredivisie w spotkaniu przeciwko Sparcie Rotterdam. Saidi bardzo szybko wskoczył więc do pierwszego zespołu i zaczął czarować na boiskach. W konsekwencji zyskał ogromną sympatię holenderskich kibiców, a ponadto przez dwa kolejne sezony był podstawowym graczem.
W latach 2008-2010 rozegrał 50 meczów, zdobywając 10 bramek. Łącznie, mimo wciąż młodego wieku, uzbierał w holenderskiej elicie 62 występy i 10 goli, pokazując nieszablonowy styl gry oparty na przebojowości i dryblingu.
Miał być tylko Radomski. Rząsa przywiózł z Nijmegen duet
Kulisy jego transferu do Cracovii latem 2010 roku są niesamowicie ciekawe i pokazują, jak przypadek potrafi odmienić losy klubu. Wszystko zaczęło się od obserwacji… reprezentanta Polski, Arkadiusza Radomskiego, który również występował w NEC Nijmegen. Ówczesny dyrektor sportowy Cracovii, Tomasz Rząsa, jeździł do Holandii, by doglądać formy Radomskiego. Na boisku jego uwagę natychmiast przykuł jednak filigranowy Burundyjczyk. Rząsa nie ukrywał później, że to właśnie te wyjazdy otworzyły Cracovii drzwi do jednego z najbardziej widowiskowych transferów w historii ligi:
– Widziałem go w akcji przy okazji oglądania Arka Radomskiego. Jego gra po prostu wpadła mi w oko – wspominał dyrektor sportowy „Pasów”.
Skromny chłopak z niewielkiego miasta, który marzenie o dziennikarstwie sportowym przekuwa w codzienną rzeczywistość. Jego życie od zawsze kręci się wokół futbolu. Poznawał go z każdej możliwej perspektywy: jako widz, kibic, trener, zawodnik na murawie, a dziś także reporter. Redaktor iGol.pl oraz autor cyklu „Byli, grali, wyjechali...”, w którym przygląda się dalszym losom piłkarzy po opuszczeniu polskich klubów.
Szybko okazało się jednak, że sprowadzenie Saidiego wcale nie będzie takie proste. Głównie dlatego, że miał ważny kontrakt z NEC jeszcze przez dwa lata, a chętnych na jego zakontraktowanie absolutnie nie brakowało. Mimo to Cracovia zdecydowała się na wykup definitywny za kwotę oscylującą wokół miliona euro. Tym samym drużyna z Krakowa wygrała wyścig z bogatszymi rywalami.
– Kilka zespołów chciało go pozyskać, ale to nam udała się ta sztuka – przyznawał z dumą Rząsa po osiągnięciu porozumienia między klubami oraz samym zawodnikiem.
Czekając na pozwolenie na pracę w Polsce, działacze szykowali dla 23-latka czteroletnią umowę. Ntibazonkiza stał się drugim piłkarzem w tamtym okienku, który przeniósł się z Nijmegen pod Wawel. Chwilę wcześniej kontrakt z „Pasami” parafował wspomniany Radomski.
Krakowska rzeczywistość
W szatni „Pasów” panowała wówczas duża rotacja, a na ławce trenerskiej zmieniali się szkoleniowcy o zupełnie skrajnych wizjach futbolu – Rafał Ulatowski, Jurij Szatałow czy Tomasz Kafarski. Saidi miewał wówczas momenty chimeryczne, irytował solowymi rajdami i zapominał o defensywie. Prawdziwy przełom nadszedł dopiero po bolesnym spadku Cracovii do 1. ligi, gdy ster zespołu objął Wojciech Stawowy. Szkoleniowiec zakochany w grze opartej na posiadaniu piłki i wymianie setek podań stworzył dla Ntibazonkizy idealne środowisko.
Po powrocie do PKO Ekstraklasy w sezonie 2013/2014 Saidi grał jak z nut. Jego znakiem rozpoznawczym stały się tak zwane „kółeczka”, czyli błyskawiczne zwody na małej przestrzeni. Oprócz tego, niejednokrotnie sprawiał także problemy obrońcom przeciwników, płynnie schodząc z lewego skrzydła do środka i uderzając prawą nogą w kierunku bramki. Czteroletnią przygodę z „Pasami” zamknął bilansem ponad 80 oficjalnych spotkań, w których zdobył 17 bramek i do dziś jest doskonale wspominany przez kibiców Cracovii.
Wędrówka po świecie z przystankiem w ojczyźnie
Gdy latem 2014 roku jego kontrakt z Cracovią wygasł, Saidi ruszył w niezwykle barwną podróż po świecie. Najpierw zakotwiczył w tureckiej Super Lig w barwach Akhisar Belediyespor. Następnie Burundyjczyk spełnił jedno ze swoich wielkich marzeń, trafiając do francuskiej Ligue 1 do zespołu SM Caen. Na francuskich murawach zanotował jedynie niewielki epizod. Zagrał w 14 spotkaniach i zdobył jedną bramkę. Po pobycie we Francji jego kariera skręciła w stronę surowego klimatu Kazachstanu, gdzie założył koszulkę Irtyszu Pawłodar.
Dla większości europejskich obserwatorów wyjazd na kazachskie stepy oznaczał ciche pożegnanie z poważną piłką. Wydawało się, że Ntibazonkiza powoli zmierza ku sportowej emeryturze. Tymczasem Saidi przygotowywał się do napisania najbardziej zdumiewającego aktu w swoim życiu. W 2020 roku powrócił na afrykański kontynent, podpisując umowę z macierzystym Vital’O FC, którego jest wychowankiem.
Tanzańskie realia i liczne sukcesy
Niedługo później przeniósł się jednak do ligi tanzańskiej, w której futbol jest traktowany z olbrzymim fanatyzmem. Aby zrozumieć renesans formy, jaki Saidi przeżył po powrocie do Afryki, trzeba zmienić wyobrażenie o Czarnym Lądzie jako piłkarskim zaścianku. Tanzańska Premier League, znana oficjalnie jako Ligi Kuu Bara, to obecnie jedna z najbardziej dofinansowanych, dynamicznie rozwijających się i fanatycznych rozgrywek w całej Afryce Wschodniej. Piłka nożna jest w tym kraju czymś na kształt państwowej religii. Cała liga kręci się wokół wiecznej, wywołującej absolutne szaleństwo rywalizacji dwóch potęg: Young Africans SC (nazywanych potocznie Yanga) oraz Simba SC. Kiedy dochodzi do ich bezpośredniego starcia, 60-tysięczny stadion Benjamin Mkapa National Stadium pęka w szwach.
To właśnie w to piłkarskie piekło pod koniec 2020 roku wkroczył Saidi Ntibazonkiza. Miał wtedy 33 lata i bogate doświadczenie zebrane za czasów gry w ligach europejskich. Niestety, miał także za sobą przebytą za czasów gry w Cracovii kontuzję kolana i etykietę zawodnika, który przyjechał do Afryki jedynie „odcinać kupony”. Rzeczywistość przerosła jednak oczekiwania największych optymistów. Saidi podpisał umowę z Young Africans (Yanga SC) i z miejsca zwojował tamtejszą ligę. Zmienił nieco swoją pozycję – ze skrajnego, bazującego na szybkości skrzydłowego przeistoczył się w klasyczną „dziesiątkę”. W barwach Yanga SC oczarowywał bajecznym wyszkoleniem technicznym. Stał się absolutnym mistrzem rzutów wolnych. Jego uderzenia dokręcane nad murem z 30 metrów regularnie lądowały w samych okienkach tanzańskich bramek.
Oszukać czas w reprezentacji
Jesienią 2020 roku 33-letni Saidi Ntibazonkiza przeżywał świetny czas w reprezentacji Burundi, zdobywając aż cztery bramki w zaledwie trzech spotkaniach. Najbardziej widowiskowym akcentem tej serii był genialny gol z rzutu wolnego w meczu przeciwko Mauretanii. Doświadczony zawodnik w trakcie całej kariery w drużynie narodowej zgromadził blisko 30 występów i strzelił 13 goli.
Życiowa dyspozycja i… klubowa zdrada
Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jednak w grudniu 2022 roku. Saidi, po krótkim przystanku w Geita Gold, zdecydował się na ruch, który w Tanzanii uchodzi za piłkarską zdradę stanu. Przeszedł z Yanga SC bezpośrednio do ich śmiertelnego wroga – Simba SC! W afrykańskich realiach to odpowiednik przejścia z Barcelony do Realu Madryt. Tanzańscy kibice oszaleli. Zamiast jednak ugiąć się pod gigantyczną presją, 35-letni wtedy Burundyjczyk wszedł do drużyny razem z futryną. Jego absolutnie największym wyczynem w barwach Simba SC był mecz z Polisi Tanzania, w którym Saidi Ntibazonkiza strzelił aż pięć goli w jednym spotkaniu!
Sezon 2022/2023 był w wykonaniu Saidiego absolutnym majstersztykiem. Mając 36 lat na karku, zgarnął tytuł współkróla strzelców ligi tanzańskiej, zdobywając aż 17 bramek w sezonie i dokładając do tego dwucyfrową liczbę asyst. Został także wybrany najlepszym piłkarzem sezonu oraz najlepszym pomocnikiem ligi tanzańskiej. Lokalna prasa nazywała go „Afrykańskim Modriciem”, czyli graczem, dla którego czas po prostu się zatrzymał.
Styl życia Saidiego w Tanzanii stał się wręcz legendarny. Ntibazonkiza z niezwykłą naturalnością łączył afrykański luz, taniec i radość życia z pokorą. Po każdym spektakularnym golu z rzutu wolnego publikował wpisy dziękczynne, podkreślając swoją wiarę i dziękując za szansę na przeżywanie drugiej młodości. Stał się ikoną popkultury w całym regionie Afryki Wschodniej.
Lokalna gwiazda i status legendy. Co obecnie dzieje się z Saidim Ntibazonkizą?
Gdzie znajduje się bohater tej niezwykłej opowieści dzisiaj, w drugiej połowie 2026 roku? Logika nakazywałaby sądzić, że dobiegający czterdziestki weteran po podbiciu Tanzanii cieszy się spokojną emeryturą. Nic bardziej mylnego. W styczniu 2026 roku Saidi Ntibazonkiza po raz kolejny postanowił udowodnić, że wiek to dla niego tylko cyfra. Podjął decyzję niezwykle symboliczną. Powrócił do miejsca, z którego przed 21 laty ruszał w świat jako nastolatek uciekający przed wojną domową. Podpisał kontrakt ze swoim ukochanym, macierzystym Vital’O FC w Bużumburze. Wracając do Burundi, zyskał status absolutnego bohatera narodowego. Dziś, mając 39 lat, wciąż zakłada koszulkę pierwszej drużyny Vital’O FC, biega po boiskach w swojej ojczyźnie, rywalizuje o punkty i uczy młodych afrykańskich chłopców swoich słynnych, krakowskich „kółeczek”.
Gra w rodzimej lidze to dla niego wciąż za mało. Niewiarygodna historia Saidiego pisze się dalej na arenie międzynarodowej. Mimo prawie 40 lat na karku, Ntibazonkiza wciąż nie powiedział ostatniego słowa w piłce reprezentacyjnej. W ostatnich dniach otrzymał powołanie do drużyny narodowej Burundi na spotkania w ramach eliminacji Pucharu Narodów Afryki. 25 września „Intamba m’Urugamba”, co w tłumaczeniu oznacza „Jaskółki na Wojnie”, zmierzą się z reprezentacją Togo, a 29 września rozegrają spotkanie z gigantem afrykańskiego futbolu – Algierią.
Saidi Ntibazonkiza – chłopak z wojennej zawieruchy, który przeszedł drogę od holenderskiego ośrodka dla azylantów do gwiazdy reprezentacji narodowej. To dowód na to, że piłka nożna potrafi pisać niesamowite scenariusze. Wypatrzony przypadkiem przez Tomasza Rząsę podczas obserwacji Arka Radomskiego, zostawił przy ulicy Kałuży ślad nie do zatarcia.
Wchodzącemu do drużyny młodemu Erytrejczykowi wypada życzyć jedynie tego, by w pasiastej koszulce zostawił po sobie choć cząstkę tej samej magii, pasji i młodzieńczego uśmiechu, którymi przed laty czarował skrzydłowy z Bużumbury.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Kiedy działacze Cracovii poinformowali o zakontraktowaniu Siema Eyoba-Abrahy z Erytrei, w głowach wielu kibiców z pewnością zapaliła się lampka z napisem „egzotyka”. I słusznie, bo ekstraklasowe kluby rzadko sięgają po talenty z mniej znanych zakątków Afryki. Z drugiej strony, dla sympatyków „Pasów” podróże w nieoczywiste zakątki piłkarskiego świata to przecież żadna nowość. W końcu nieco ponad dekadę temu przy Kałuży brylował zawodnik, który na długo przed erą zaawansowanego skautingu udowodnił, że piłkarska magia może narodzić się w sercu Afryki. Mowa o Saidim Ntibazonkizie z Burundi. Co najciekawsze – ten 39-letni dziś weteran wcale nie zamierza wieszać butów na kołku.
Uczucie strachu i ucieczka do Europy
Zanim Saidi zawitał pod Wawel, musiał przejść życiową drogę, która bardziej przypomina scenariusz oscarowego dramatu niż typową biografię współczesnego sportowca. Ntibazonkiza urodził się 1 maja 1987 roku w Bużumburze, stolicy niewielkiego i niezwykle biednego afrykańskiego państwa – Burundi. Jego młodzieńcze lata przypadły na tragiczny okres krwawej wojny domowej, która dziesiątkowała społeczeństwo i niszczyła kraj. Dla dorastającego chłopca codzienność oznaczała strach i brak jakichkolwiek perspektyw. W poszukiwaniu bezpieczeństwa i szansy na normalne życie, Ntibazonkiza zmuszony był uciekać z kraju jeszcze jako nastolatek.
W 2005 roku, jako 18-latek, zdołał wyjechać z ogarniętego konfliktem kraju i dotarł do Holandii, gdzie oficjalnie wystąpił o azyl. Ntibazonkiza został zakwaterowany w holenderskim ośrodku dla uchodźców. Jako że jeszcze w Afryce grał w lokalnym zespole Vital’O, chciał kontynuować treningi. Zgłosił się po prostu do najbliższego profesjonalnego klubu w swojej okolicy, którym okazało się NEC Nijmegen. Początkowo trenerzy pozwolili mu ćwiczyć z młodzieżówką, jednak błyskawicznie zorientowali się, że chłopak ma niesamowity talent. W efekcie 18 listopada 2006 roku zadebiutował w Eredivisie w spotkaniu przeciwko Sparcie Rotterdam. Saidi bardzo szybko wskoczył więc do pierwszego zespołu i zaczął czarować na boiskach. W konsekwencji zyskał ogromną sympatię holenderskich kibiców, a ponadto przez dwa kolejne sezony był podstawowym graczem.
W latach 2008-2010 rozegrał 50 meczów, zdobywając 10 bramek. Łącznie, mimo wciąż młodego wieku, uzbierał w holenderskiej elicie 62 występy i 10 goli, pokazując nieszablonowy styl gry oparty na przebojowości i dryblingu.
Miał być tylko Radomski. Rząsa przywiózł z Nijmegen duet
Kulisy jego transferu do Cracovii latem 2010 roku są niesamowicie ciekawe i pokazują, jak przypadek potrafi odmienić losy klubu. Wszystko zaczęło się od obserwacji… reprezentanta Polski, Arkadiusza Radomskiego, który również występował w NEC Nijmegen. Ówczesny dyrektor sportowy Cracovii, Tomasz Rząsa, jeździł do Holandii, by doglądać formy Radomskiego. Na boisku jego uwagę natychmiast przykuł jednak filigranowy Burundyjczyk. Rząsa nie ukrywał później, że to właśnie te wyjazdy otworzyły Cracovii drzwi do jednego z najbardziej widowiskowych transferów w historii ligi:
– Widziałem go w akcji przy okazji oglądania Arka Radomskiego. Jego gra po prostu wpadła mi w oko – wspominał dyrektor sportowy „Pasów”.
Szybko okazało się jednak, że sprowadzenie Saidiego wcale nie będzie takie proste. Głównie dlatego, że miał ważny kontrakt z NEC jeszcze przez dwa lata, a chętnych na jego zakontraktowanie absolutnie nie brakowało. Mimo to Cracovia zdecydowała się na wykup definitywny za kwotę oscylującą wokół miliona euro. Tym samym drużyna z Krakowa wygrała wyścig z bogatszymi rywalami.
– Kilka zespołów chciało go pozyskać, ale to nam udała się ta sztuka – przyznawał z dumą Rząsa po osiągnięciu porozumienia między klubami oraz samym zawodnikiem.
Czekając na pozwolenie na pracę w Polsce, działacze szykowali dla 23-latka czteroletnią umowę. Ntibazonkiza stał się drugim piłkarzem w tamtym okienku, który przeniósł się z Nijmegen pod Wawel. Chwilę wcześniej kontrakt z „Pasami” parafował wspomniany Radomski.
Krakowska rzeczywistość
W szatni „Pasów” panowała wówczas duża rotacja, a na ławce trenerskiej zmieniali się szkoleniowcy o zupełnie skrajnych wizjach futbolu – Rafał Ulatowski, Jurij Szatałow czy Tomasz Kafarski. Saidi miewał wówczas momenty chimeryczne, irytował solowymi rajdami i zapominał o defensywie. Prawdziwy przełom nadszedł dopiero po bolesnym spadku Cracovii do 1. ligi, gdy ster zespołu objął Wojciech Stawowy. Szkoleniowiec zakochany w grze opartej na posiadaniu piłki i wymianie setek podań stworzył dla Ntibazonkizy idealne środowisko.
Po powrocie do PKO Ekstraklasy w sezonie 2013/2014 Saidi grał jak z nut. Jego znakiem rozpoznawczym stały się tak zwane „kółeczka”, czyli błyskawiczne zwody na małej przestrzeni. Oprócz tego, niejednokrotnie sprawiał także problemy obrońcom przeciwników, płynnie schodząc z lewego skrzydła do środka i uderzając prawą nogą w kierunku bramki. Czteroletnią przygodę z „Pasami” zamknął bilansem ponad 80 oficjalnych spotkań, w których zdobył 17 bramek i do dziś jest doskonale wspominany przez kibiców Cracovii.
Wędrówka po świecie z przystankiem w ojczyźnie
Gdy latem 2014 roku jego kontrakt z Cracovią wygasł, Saidi ruszył w niezwykle barwną podróż po świecie. Najpierw zakotwiczył w tureckiej Super Lig w barwach Akhisar Belediyespor. Następnie Burundyjczyk spełnił jedno ze swoich wielkich marzeń, trafiając do francuskiej Ligue 1 do zespołu SM Caen. Na francuskich murawach zanotował jedynie niewielki epizod. Zagrał w 14 spotkaniach i zdobył jedną bramkę. Po pobycie we Francji jego kariera skręciła w stronę surowego klimatu Kazachstanu, gdzie założył koszulkę Irtyszu Pawłodar.
Dla większości europejskich obserwatorów wyjazd na kazachskie stepy oznaczał ciche pożegnanie z poważną piłką. Wydawało się, że Ntibazonkiza powoli zmierza ku sportowej emeryturze. Tymczasem Saidi przygotowywał się do napisania najbardziej zdumiewającego aktu w swoim życiu. W 2020 roku powrócił na afrykański kontynent, podpisując umowę z macierzystym Vital’O FC, którego jest wychowankiem.
Tanzańskie realia i liczne sukcesy
Niedługo później przeniósł się jednak do ligi tanzańskiej, w której futbol jest traktowany z olbrzymim fanatyzmem. Aby zrozumieć renesans formy, jaki Saidi przeżył po powrocie do Afryki, trzeba zmienić wyobrażenie o Czarnym Lądzie jako piłkarskim zaścianku. Tanzańska Premier League, znana oficjalnie jako Ligi Kuu Bara, to obecnie jedna z najbardziej dofinansowanych, dynamicznie rozwijających się i fanatycznych rozgrywek w całej Afryce Wschodniej. Piłka nożna jest w tym kraju czymś na kształt państwowej religii. Cała liga kręci się wokół wiecznej, wywołującej absolutne szaleństwo rywalizacji dwóch potęg: Young Africans SC (nazywanych potocznie Yanga) oraz Simba SC. Kiedy dochodzi do ich bezpośredniego starcia, 60-tysięczny stadion Benjamin Mkapa National Stadium pęka w szwach.
To właśnie w to piłkarskie piekło pod koniec 2020 roku wkroczył Saidi Ntibazonkiza. Miał wtedy 33 lata i bogate doświadczenie zebrane za czasów gry w ligach europejskich. Niestety, miał także za sobą przebytą za czasów gry w Cracovii kontuzję kolana i etykietę zawodnika, który przyjechał do Afryki jedynie „odcinać kupony”. Rzeczywistość przerosła jednak oczekiwania największych optymistów. Saidi podpisał umowę z Young Africans (Yanga SC) i z miejsca zwojował tamtejszą ligę. Zmienił nieco swoją pozycję – ze skrajnego, bazującego na szybkości skrzydłowego przeistoczył się w klasyczną „dziesiątkę”. W barwach Yanga SC oczarowywał bajecznym wyszkoleniem technicznym. Stał się absolutnym mistrzem rzutów wolnych. Jego uderzenia dokręcane nad murem z 30 metrów regularnie lądowały w samych okienkach tanzańskich bramek.
Oszukać czas w reprezentacji
Jesienią 2020 roku 33-letni Saidi Ntibazonkiza przeżywał świetny czas w reprezentacji Burundi, zdobywając aż cztery bramki w zaledwie trzech spotkaniach. Najbardziej widowiskowym akcentem tej serii był genialny gol z rzutu wolnego w meczu przeciwko Mauretanii. Doświadczony zawodnik w trakcie całej kariery w drużynie narodowej zgromadził blisko 30 występów i strzelił 13 goli.
Życiowa dyspozycja i… klubowa zdrada
Prawdziwe trzęsienie ziemi nastąpiło jednak w grudniu 2022 roku. Saidi, po krótkim przystanku w Geita Gold, zdecydował się na ruch, który w Tanzanii uchodzi za piłkarską zdradę stanu. Przeszedł z Yanga SC bezpośrednio do ich śmiertelnego wroga – Simba SC! W afrykańskich realiach to odpowiednik przejścia z Barcelony do Realu Madryt. Tanzańscy kibice oszaleli. Zamiast jednak ugiąć się pod gigantyczną presją, 35-letni wtedy Burundyjczyk wszedł do drużyny razem z futryną. Jego absolutnie największym wyczynem w barwach Simba SC był mecz z Polisi Tanzania, w którym Saidi Ntibazonkiza strzelił aż pięć goli w jednym spotkaniu!
Sezon 2022/2023 był w wykonaniu Saidiego absolutnym majstersztykiem. Mając 36 lat na karku, zgarnął tytuł współkróla strzelców ligi tanzańskiej, zdobywając aż 17 bramek w sezonie i dokładając do tego dwucyfrową liczbę asyst. Został także wybrany najlepszym piłkarzem sezonu oraz najlepszym pomocnikiem ligi tanzańskiej. Lokalna prasa nazywała go „Afrykańskim Modriciem”, czyli graczem, dla którego czas po prostu się zatrzymał.
Styl życia Saidiego w Tanzanii stał się wręcz legendarny. Ntibazonkiza z niezwykłą naturalnością łączył afrykański luz, taniec i radość życia z pokorą. Po każdym spektakularnym golu z rzutu wolnego publikował wpisy dziękczynne, podkreślając swoją wiarę i dziękując za szansę na przeżywanie drugiej młodości. Stał się ikoną popkultury w całym regionie Afryki Wschodniej.
Lokalna gwiazda i status legendy. Co obecnie dzieje się z Saidim Ntibazonkizą?
Gdzie znajduje się bohater tej niezwykłej opowieści dzisiaj, w drugiej połowie 2026 roku? Logika nakazywałaby sądzić, że dobiegający czterdziestki weteran po podbiciu Tanzanii cieszy się spokojną emeryturą. Nic bardziej mylnego. W styczniu 2026 roku Saidi Ntibazonkiza po raz kolejny postanowił udowodnić, że wiek to dla niego tylko cyfra. Podjął decyzję niezwykle symboliczną. Powrócił do miejsca, z którego przed 21 laty ruszał w świat jako nastolatek uciekający przed wojną domową. Podpisał kontrakt ze swoim ukochanym, macierzystym Vital’O FC w Bużumburze. Wracając do Burundi, zyskał status absolutnego bohatera narodowego. Dziś, mając 39 lat, wciąż zakłada koszulkę pierwszej drużyny Vital’O FC, biega po boiskach w swojej ojczyźnie, rywalizuje o punkty i uczy młodych afrykańskich chłopców swoich słynnych, krakowskich „kółeczek”.
Gra w rodzimej lidze to dla niego wciąż za mało. Niewiarygodna historia Saidiego pisze się dalej na arenie międzynarodowej. Mimo prawie 40 lat na karku, Ntibazonkiza wciąż nie powiedział ostatniego słowa w piłce reprezentacyjnej. W ostatnich dniach otrzymał powołanie do drużyny narodowej Burundi na spotkania w ramach eliminacji Pucharu Narodów Afryki. 25 września „Intamba m’Urugamba”, co w tłumaczeniu oznacza „Jaskółki na Wojnie”, zmierzą się z reprezentacją Togo, a 29 września rozegrają spotkanie z gigantem afrykańskiego futbolu – Algierią.
Saidi Ntibazonkiza – chłopak z wojennej zawieruchy, który przeszedł drogę od holenderskiego ośrodka dla azylantów do gwiazdy reprezentacji narodowej. To dowód na to, że piłka nożna potrafi pisać niesamowite scenariusze. Wypatrzony przypadkiem przez Tomasza Rząsę podczas obserwacji Arka Radomskiego, zostawił przy ulicy Kałuży ślad nie do zatarcia.
Wchodzącemu do drużyny młodemu Erytrejczykowi wypada życzyć jedynie tego, by w pasiastej koszulce zostawił po sobie choć cząstkę tej samej magii, pasji i młodzieńczego uśmiechu, którymi przed laty czarował skrzydłowy z Bużumbury.