Ostatni rok dla Kacpra Urbańskiego był bardzo trudny. Najpierw przez dłuższy czas nie mógł znaleźć nowego klubu. Kiedy w końcu trafił do Legii, wydawało się, że będzie ona idealnym klubem dla 22-latka. Tak się jednak nie stało i pobyt w Warszawie okazał się katastrofą. W lipcu „Urbi” odszedł do Górnika i jego kariera nabrała nowego rozpędu, dzięki czemu po dwóch latach przerwy wrócił do kadry.
Nieudane półtora roku
W czerwcu 2025 roku kariera Kacpra Urbańskiego znalazła się na większym zakręcie. Reprezentant Polski wrócił wówczas z nieudanego wypożyczenia w Monzie do Bolonii, gdzie nie było już dla niego miejsca. Urbański przez dłuższy czas nie mógł znaleźć nowego klubu. Pod koniec okienka był blisko transferu do ligi hiszpańskiej. Z powodu rygorów finansowych nakładanych przez tamtejszą ligę jego kontrakt jednak nie mógł zostać sfinalizowany. Wtedy pomocną dłoń do 22-latka wyciągnęła Legia, która za kwotę 800 tys. euro ściągnęła go do Warszawy. Tamten transfer był wówczas oceniany jako jeden z hitów okienka i trudno było znaleźć jego krytyków poza jedną osobą… trenerem stołecznej drużyny Edwardem Iordănescu.
Rumuński szkoleniowiec uważał, że zawodnik o takim profilu jest mu niepotrzebny. Swoje zdanie zmienił dopiero po interwencji Dariusza Mioduskiego. Właściciela Legii nie interesowały kwestie sportowe, ale bardziej marketingowe, które potencjalnie mógł przynieść ten transfer. Iordănescu z początku dawał mało szans Urbańskiemu, jednak z czasem nabrał do niego zaufania i dawał mu więcej minut. Polak z początku prezentował się bardzo słabo, jednak im dostawał więcej minut, tym jego gra była lepsza. Niestety w październiku Legię dopadł ogromny kryzys formy, którego następstwem było zwolnienie Iordănescu i zastąpienie go do końca rundy jego asystentem. Urbański nie odnalazł się w tej niestabilnej sytuacji i prezentował się przeciętnie. Jego sytuację miało zmienić przyjście Marka Papszuna.
Moja porażka
Wydawało się, że Marek Papszun odnalazł drogę do Kacpra Urbańskiego. Początki współpracy z nowym szkoleniowcem układały się dobrze. Pomocnik na zimowym zgrupowaniu Legii prezentował się najlepiej i został okrzyknięty zwycięzcą zgrupowania. Niestety w stołecznej ekipie dość często jest tak, że zwycięzca zgrupowania potem sobie nie radzi, i tak było w tym przypadku. Z początku Papszun dawał dość regularne szanse Urbańskiemu – w meczu z Koroną 49 minut, w spotkaniu z Arką – 74, a z GKS-em – 59. 22-latek w tych występach wyglądał słabo. Zazwyczaj był niewidoczny na boisku i nic nie wnosił do gry ofensywnej. Trudno było szukać argumentów na jego obronę.
Po tych spotkaniach Marek Papszun odsunął piłkarza od pierwszej jedenastki – w tej „Urbi” pojawił się potem już tylko dwa razy. Powodem tego była trudna sytuacja Legii, trener nie mógł sobie pozwolić na stawianie na graczy, których formę trzeba budować. Wtedy stołeczna drużyna miała ważniejsze zadania związane z walką o utrzymanie. Przez całą rundę wiosenną Urbański był na boisku przez 439 minut, czyli niecałe pięć pełnych spotkań. To dla tak młodego piłkarza zdecydowanie za mało czasu. W konferencji przed ostatnim meczem sezonu sam trener uważał, że postawa Urbańskiego jest jego osobistą porażką:











