Na ten dzień czekał każdy wierny fan ekstraklasy. Choć w sumie ten niewierny też wyglądał tego momentu… nie ma się co oszukiwać, cała Polska i pół Europy czekały na wznowienie rozgrywek ekstraklasy. A nasza najlepsza liga wróciła i to klasyką gatunku, czyli meczem Ruch – Cracovia. Łatwo nie było, ale przeżyliśmy. Warto przy tej okazji pokusić się o małe podsumowanie transferowej działalności klubów ekstraklasy w przerwie zimowej. Blogerki modowe robią zakupowy haul, my zrobimy transferowy, a co? Wiadomo, że oceniać piłkarza po jednym spotkaniu to jak stawiać piątkę z WF-u za samo założenie dresów, jednak jakieś wnioski wyciągnąć można.
Spowolnione Ruch(y) i słowacki błysk
Starzy wyjadacze w ekstraklasowej rzeczywistości wiedzieli, czego można się spodziewać po jej powrocie z zimowego letargu. Rodzime rozgrywki jak zawsze nie zawiodły i zaserwowały kibicom jako aperitif prawdziwy mecz walki. Ruch i Cracovia stworzyły spektakl, którego nie powstydziliby się najznamienitsi rzymscy gladiatorzy. Było zaangażowanie i walka do końca… no, może do 70. minuty, po której wszyscy solidarnie opadli z sił.
Niezwykle trudno byłoby ocenić transfery Ruchu i Cracovii po piątkowym meczu i to z kilku powodów. Po pierwsze, oba kluby na zakupach nie szalały. Ruch, bo jest po prostu biedny, natomiast w Krakowie uznano, że kadra jest wystarczająco silna. A po drugie, żaden nowy nabytek nie pojawił się w wyjściowej jedenastce. Jednak czekaliśmy cierpliwie na wypożyczonych: z Lechii do Chorzowa Milena Gamakowa oraz słowacką nadzieję „Pasów”, Jaroslava Mihalika. Obaj wbiegli na wspaniale przygotowaną na to widowisko murawę w 80. minucie. I tutaj podobieństwa obu panów się kończą, ponieważ Gamakov postanowił pozostać do końca meczu niewidocznym, natomiast młody skrzydłowy wypożyczony ze Slavii Praga szukał gry. Szukał, szukał, aż znalazł… go Marcin Budziński swoim świetnym prostopadłym podaniem, po którym Mihalik zanotował asystę przy golu Krzysztofa Piątka.
Nic tak nie smakuje jak gol w końcówce spotkania, przez który wielu kibicom powypadały plomby z zębów. Jeśli szukać pozytywów, to byli nim z pewnością sympatycy Ruchu, którzy mimo mrozu stawili się przy Cichej w liczbie przeszło 6 tysięcy oraz właśnie Jaroslav Mihalik, który mimo jednej udanej akcji pokazał, że umie znaleźć sobie miejsce za linią obrony i potrafi uciec rywalom… a przynajmniej zmęczonym defensorom Ruchu.











