Śląsk Wrocław jest w trakcie małego dołka. Przykład WKS-u jest potwierdzeniem tezy, że zbyt dobrze to też niedobrze. W pierwszych spotkaniach tego sezonu ich zabawa w piłkę nożną trwała w najlepsze, a ostatnio nadeszło tzw. męczenie buły. Wyniki i tak mogły być gorsze, choć jest żal, że coś uciekło.
Awans do europejskich pucharów z tylnego rzędu? Więcej złego niż dobrego, to proszenie się o kłopoty – tak twierdzi wielu. Zmartwień dorobił się także czwarty zespół ubiegłego sezonu ekstraklasy? Tego nie można wykluczyć.
Syndrom pucharów?
„Teraz przynajmniej będziemy mogli się skupić na lidze…” – jest to stała fraza polskich klubów po zakończeniu ich przygód w europejskich pucharach. Nie inaczej musiało być w obozie Śląska Wrocław, którego piękny sen w brutalny sposób przerwał się w trzeciej rundzie eliminacji. Było to o tyle przykre, iż „Zielono-biało-czerwoni” do tamtego momentu byli prawdziwą rewelacją rozgrywek i z pełnym przekonaniem naszym najlepszym reprezentantem na arenie ze wszystkich czterech klubów.
Jak zatem ma się ich obecna sytuacja na głównym froncie? Średnio. Po żadnym spotkaniu ligowym podopiecznych Jacka Magiery nie mogliśmy powiedzieć: „Tak! To był Śląsk Wrocław w swoim najlepszym wydaniu!”. W przeciwieństwie do lipcowych występów kwalifikacyjnych.
Uporządkujmy wydarzenia chronologicznie. Piłkarze z Wrocławia spokojnie przeszli estońskie Paide, a w Armenii efektownie pokonali Ararat, po drodze pechowo oddając punkt Warcie Poznań na inaugurację ekstraklasy. Kontynuując mocne wejście w Ligę Konferencji Europy, dokończyli dzieła z erywańczykami, natomiast później wygrali w Krakowie z „Pasami”. Przed własną publicznością triumfowali nad Hapoelem. Również w swoim domu prowadzili przez dłuższy czas w wyrównanym meczu przyjaźni przeciwko Lechii Gdańsk, ale podobnie jak z „Zielonymi” w ostatnim kwadransie oddali prowadzenie, tym razem tracąc gola w niemalże ostatniej akcji meczu.
Od tej chwili maszyna się zacięła. Wspomniany wstydliwy rewanż z Izraelczykami, następnie bezbramkowy remis z Górnikiem Łęczna, który także trzeba traktować w kategoriach porażki. W ubiegły weekend bardzo szczęśliwie wywalczony podział punktów z Piastem w Gliwicach nie odwrócił mocno stonowanych nastrojów w stolicy Dolnego Śląska.
Czy wrocławian dotyka słynny pocałunek śmierci? Z jednej strony wypisz, wymaluj syndrom polskiego pucharowicza, ale raczej nie jest to poważniejszy kryzys. Najzwyczajniej w świecie na tę fazę sezonu brakuje im pary, którą wykorzystali na samym starcie. Nie pomogła niewystarczająca i za mało jakościowa rotacja – co zresztą jest największym zmartwieniem naszych klubów.












