Piast Gliwice przegrał zaległe domowe spotkanie z Rakowem Częstochowa 0:1 – bramkę stracił w ostatniej akcji meczu. To już druga porażka „Niebiesko-czerwonych” z rzędu po golu w samej końcówce. I chociaż życie kibica mistrza Polski sprzed trzech lat w ostatnim okresie nie jest łatwe, to wczoraj niezłym stylem gry piłkarze dali swoim sympatykom mały powód do optymizmu.
Trzeba przyznać, że w czwartkowy wieczór „Piastunki” stawiły czoła „Medalikom” w nierównej walce, szczególnie biorąc pod uwagę absencję zdrowotną dwójki liderów – Damiana Kądziora i Kamila Wilczka – oraz brak pauzującego za żółte kartki Constantina Reinera.
Można natomiast stwierdzić, że z przebiegu spotkania gliwiczanie byli drużyną minimalnie lepszą. Gospodarze grali jak odmienieni, po fiasku w Płocku, a goście jeszcze nie otrząsnęli się po niepowodzeniu z Widzewem.
Zmęczenie materiału?
W każdym sezonie Piast Gliwice obiera ten sam schemat: bardzo słaby początek, nabieranie rozpędu w odmienionym składzie, a na koniec walka o puchary. W tym roku wydawało się, że problemy skończą się stosunkowo szybko. Po trzech porażkach na starcie w czterech następnych spotkaniach udało się wygrać trzy razy, ale kolejne cztery pojedynki to zaledwie dwa punkty.
Co prawda w zeszłym roku na tym etapie rozgrywek Ślązacy mieli o dwa oczka więcej, ale przypomnijmy sobie rozgrywki sprzed dwóch lat. „Piastunkom” udało się wówczas zatriumfować dopiero w dziewiątej kolejce. Wcześniej zespół zanotował dwa remisy i sześć porażek, a w czterech pierwszych seriach gier nie strzelił nawet bramki.
Niewyciąganie wniosków było dotąd zarzutem, który w pierwszej kolejności obciążał konto pionu sportowego. Ciągła sprzedaż liderów i uzupełnianie ich piłkarzami, którzy albo nie dawali jakości, albo nie byli wzmocnieniami „na już” . Ale tego lata coś takiego nie miało miejsca. Z wiodących postaci odszedł jedynie Martin Konczkowski, którego – co trzeba uwzględnić – na razie nie udaje się łatwo zastąpić Arkadiuszem Pyrką lub Tomaszem Mokwą.











