W meczu pierwszej kolejki fazy grupowej Ligi Mistrzów Real Madryt mierzył się z Szachtarem Donieck. W tym spotkaniu „Królewscy” mieli udowodnić, że ich ofensywna niemoc została zażegnana na dobre. W dwóch poprzednich spotkaniach Real wbił rywalom 11 goli i wielka w tym była zasługa tercetu BBC.
Szczególną rolę miał w układance Beniteza pełnić Gareth Bale. O ile w przedsezonowych spotkaniach ta rola wydawała się go przygniatać, o tyle ostatnio Walijczyk był w wyśmienitej formie. Hiszpański trener wymyślił sobie, że w jego Realu Madryt gra będzie toczyła się wokół Garetha Bale’a, a gole zdobywał będzie standardowo nie kto inny jak Cristiano Ronaldo. Walijczyk od początku pretemporady wystawiany był na pozycji numer dziesięć. Jednak w tej zbudowanej przez Beniteza maszynie brakowało jednego elementu – Karima Benzemy. Jakiś czas temu, gdy pisałem o ofensywnej niemocy Realu, postawiłem tezę, że to właśnie Francuz jest brakującym ogniwem. Bez niego grę „Królewskich” cechował chaos. Nikt nie wiedział, co ma robić, piłkarze przeszkadzali sobie na boisku. W grze Realu brakowało spokoju. Spokoju, którego brakowało Bale’owi. Spokoju, który był potrzebny Walijczykowi, by udowodnić swoją wartość. Spokoju, którego od blisko roku piłkarz z jedenastką na plecach nie zaznał. Wrócił Benzema. Chaos zamienił się w kosmos. „Galaktyczni” powrócili. Powrócił galaktyczny Gareth Bale, powróciły hurtowo strzelane przez Ronaldo gole.

Ostatnie tygodnie udowodniły nam, że każdy element tercetu BBC jest tak samo ważny. Ronaldo daje gole. Bale w formie daje jakość. Benzema daje spokój. Sama obecność Francuza na boisku wydaje się być zbawienna. Coś, co bez popularnego „Benza” było grą, w której żaden zawodnik nie może znaleźć sobie miejsca, stało się nieprawdopodobną wymianą pozycji. Ronaldo na skrzydle, Ronaldo w ataku, Benzema w ataku, Benzema cofający się, żeby rozegrać piłkę, Isco zmieniający skrzydła, Bale rozgrywający, Bale wrzucający, Bale uderzający z dystansu. Oglądając ostatnie mecze Realu, nie mogłem się połapać, kto gra na jakiej pozycji. Chociaż właściwie oglądając sezon przygotowawczy, też miałem z tym problemy. Jednak różnica jest taka, że tym razem zawodnicy dziesięciokrotnego zdobywcy Pucharu Europy wiedzą, co mają robić. Chaos zamienił się w rządzący się swoimi prawami kosmos. Rządzący się prawami, których nikt inny zrozumieć nie potrafi.
Wracając jeszcze do Bale’a, na którego tak bardzo liczy Benitez. Wydaje się, że Walijczyk nie jest już pierwszym na linii strzału kibicowskich obelg. W ubiegłym sezonie to właśnie Bale był obwiniany za większość niepowodzeń madrytczyków. Z pewnością odbijało się to na jego formie, co dawało kibicom kolejne powody do narzekań. I tak w kółko. Rozwiązanie przyszło dopiero z Rafą Benitezem, który od samego początku pokazywał, że Bale będzie pełnił u niego wyjątkową rolę. Ile dla Walijczyka znaczyła ta świadomość bycia potrzebnym i docenionym, pokazuje obecny sezon. Od momentu, w którym do gry wrócił Benzema, Bale grał znakomicie. W spotkaniu z Realem Betis, wygranym przez „Królewskich” 5:0, były gracz Tottenhamu zdobył dwa gole i zanotował asystę. Kolejny mecz, przeciwko Espanyolowi, Real wygrał 6:0. Bilans Walijczyka? Trzy asysty. Oznacza to, że Bale miał udział w sześciu z jedenastu zdobytych przez Real ligowych goli. Coś, co jeszcze dwa miesiące temu nie miało prawa wypalić, udaje się doskonale.












