Koniec sezonu to czas podsumowań i wspomnień. To również smutne pożegnanie naszych rodzimych rozgrywek. Rozstanie z weekendami pełnymi emocji, troszkę śmiechów i smutek. Smutek, bo trzeba będzie poczekać do startu następnych rozgrywek. Smutek, bo ubiegły sezon naprawdę był ciekawy…
Ligowy Bigos to seria felietonów, w których będziemy skupiali się na najważniejszych wydarzeniach minionej kolejki naszej rodzimej ligi. Jednakże dzisiaj troszkę odejdziemy od tej definicji Ligowego Bigosu. W dzisiejszym i niestety ostatnim w tym sezonie wydaniu podyskutujemy co nieco o tym, co się wydarzyło od lipca zeszłego roku do wczoraj.
To nie będzie takie zwykłe podsumowanie sezonu. Takowe już na naszym wortalu mogliście przeczytać.
Klikając TUTAJ, możecie przeczytać o najważniejszych momentach sezonu. Natomiast klikając TUTAJ, możecie znaleźć naszą subiektywną jedenastkę sezonu. „Podsumowanie” w tym felietonie to raczej luźne posezonowe przemyślenia. Takie melancholijne żale miłośnika najlepszej ligi świata – nie mylić z Premier League…
Dziesięć miesięcy…
…tak szybko minęło. Z pewnością uczniom w szkole taki czas niebywale się dłuży. Zresztą wiadomo, że czas leci szybko pod warunkiem, że dobrze się bawimy. Nic więc dziwnego, że uczniom dziesięć miesięcy się dłuży, a fanom ekstraklasy leci niczym w mgnieniu oka. Raz, dwa. Po prostu. Nawet najbardziej nienawidząca polską ligę persona, pisząca co tydzień, że nasza rodzima ekstraklasa jest – mówiąc delikatnie – do bani, musi przyznać, że nie brakuje w niej emocji. A to główny czynnik, dla którego fani ekstraklasy kochają ją nad życie!
Ileż zwrotów akcji było w tym sezonie, to głowa mała. Najpierw przerwać hegemonię warszawskiej Legii miała Lechia Gdańsk, która punktowała aż miło. Szkoda tylko, że robiła to w nieco mniej spektakularnym i niezbyt miłym dla oka stylu. Po jakimś czasie wreszcie podopieczni Piotra Stokowca opadli z sił. Wtedy do gry weszła Legia.
Legia, którą przejął wówczas po zwolnionym Ricardo Sa Pinto legionista z krwi i kości – Aleksandar Vuković. Warszawianie po zwycięstwie nad Lechią w rundzie finałowej mieli już niemalże autostradę do obrony tytułu mistrza Polski. Jednakże wówczas do gry wszedł Piast Gliwice.
Podopieczni Waldemara Fornalika od początku rundy wiosennej zachwycali piękną grą, która owocowała regularnym zdobywaniem kompletu punktów. Prawdziwy test dla gliwiczan przyszedł w rundzie mistrzowskiej. A konkretniej – w Warszawie, na Ł3. Tam „Piastunki” nie dały najmniejszych szans ówczesnym mistrzom Polski. I co najważniejsze, dzisiaj tym tytułem może się szczycić właśnie Piast Gliwice.
Ciekawi jesteśmy, czy był jakiś jegomość, który obstawił na początku sezonu, że mistrzem Polski zostanie właśnie Piast Gliwice. Piast Gliwice, którego nawet gdyby zajął drugie czy trzecie miejsce, można by nazywać rewelacją i sensacją rozgrywek. Jednakże podopieczni byłego selekcjonera wykorzystali szansę i teraz będą się bić o Ligę Mistrzów…











