Spotkanie Lecha Poznań z Jagiellonią Białystok określano jako starcie dwóch aktualnie najmocniejszych polskich drużyn. PKO BP Ekstraklasa lubi podnieść temperaturę spotkania przed meczem, by później kibice spektakularnie zderzyli się boleśnie z jej własną chimerycznością. Nie był to mecz na miarę hitu, ale znów nie brakowało emocji. Piękny gol? Był. Piłkarska jakość? Jak najbardziej. Gdyby nie ten przesyt nieskuteczności, nadmierna ostrożność Jagiellonii w drugiej połowie – pewnie wrażeń byłoby więcej. Nie zabrakło kontrowersji wokół decyzji Szymona Marciniaka. Finalnie, znów Lech Poznań załatwia sprawę w końcówce. Wygrywa z Jagiellonią Białystok 2:1.
Samo spotkanie było wyrównane do końca pierwszej połowy. Swoje momenty miała i Jagiellonia, i Lech. Podobnie jak przy okazji starcia z Widzewem Łódź, druga część niemal w całości pod dyktando Lecha Poznań. I znów, o wyniku zadecydowała bramka strzelona w dość kuriozalnych okolicznościach.
Zachowawczo, spokojnie, ale z jakością
Pierwsze minuty spotkania były zdefiniowane przede wszystkim przez imponujące racowisko zaprezentowane przez kibiców Lecha Poznań. Niestety, jego następstwem była szybka decyzja o przerwie, gdyż wysokie zadymienie nie sprzyjało rozegraniu meczu w normalnych warunkach. Oba zespoły próbowały grać otwarty futbol. Nieźle w pressingu wypadała prawa strona Jagiellonii Białystok złożona z Norberta Wojtuszka oraz Ousmane Sow’a. Już w pierwszych 10 minutach w defensywie dwoma dobrymi interwencjami popisał się Michał Gurgul. Piłkarze „Kolejorza” próbowali swojego szczęścia głównie stroną świetnie dysponowanego Patrika Walemarka. Szwed kilkukrotnie obiegał defensywę Jagiellonii Białystok, problematyczną kwestią było ostanie podanie i znalezienie optymalnej pozycji do strzału. Po stronie gospodarzy nie brakowało także problemów w środku pola. Na jeden potencjalnie groźny atak Jagiellonii pozwolił najnowszy z nabytków Lecha, Gustav Berggren, który stracił piłkę w swojej strefie na rzecz młodziutkiego Eryka Kozłowskiego. Utalentowany pomocnik popchnął akcję „Jagi” do przodu, ale znów, Mateusz Lis raczej nie musiał wielokrotnie interweniować w pierwszych minutach spotkania. Poza pole karne wyszedł raz, zapewne tętno kibiców Lecha skoczyło do dwustu, ale były gracz m.in. Wisły Kraków wybił piłkę głową – na tyle daleko, by zneutralizować atak Jagiellonii. Oba zespoły raczej szczelnie broniły pola karnego i grały bardziej zachowawczo. W pierwszych 20 minutach oglądaliśmy tylko dwa strzały, oddane przez skrzydłowych Jagiellonii, aktywnych od początku spotkania Ousmane Sow’a i Rodrigo Conceicao.











