Czy kilka miesięcy temu pomyślałby ktoś, że największym hitem wiosny, który zdecydować może o losach mistrzostwa, będzie pojedynek niepozornego Montpellier z bogatym, lecz składanym naprędce z gwiazd Paris Saint-Germain? Tak to jednak jest w tym futbolu – już dziś o godzinie 21 cała Francja żyła będzie pojedynkiem na Parc des Princes pomiędzy gośćmi z Langwedocji a stołecznymi gigantami.
Kopciuszek w świecie gigantów
Hiszpania miała swoje Levante, Anglia Newcastle, a Niemcy Borussię Moenchengladbach. Jednak tylko ta ostatnia ekipa była w stanie dotrzymać kroku ligowej czołówce i utrzymać do dzisiaj realne szanse na tytuł, który stałby się ogromną sensacją na skalę europejską. Podobnie ma się rzecz we Francji. W Ligue 1, czyli w jednej z najmniej przewidywalnych lig na Starym Kontynencie, czternasty budżet tamtejszej piłki walczy jak równy z równym z największą obecnie potęgą finansową nad Sekwaną. Co prawda, oficjalny budżet PSG wynosi „tylko” 150 milionów euro, ale zdać sobie trzeba sprawę, że gdy przyjdzie potrzeba, Katarczycy wyłożą na stół odpowiednią kwotę.

33 mln euro Montpellier wygląda w tej sytuacji niezwykle skromnie. Mniej pieniędzy w L1 wydaje tylko dwóch beniaminków z zeszłego sezonu (Caen i Brest) oraz grono tegorocznych nowoprzybyłych drużyn. Nic w tym dziwnego, jeśli spojrzy się na fakt, iż Montpellier w ekstraklasie jest dopiero od 2009 roku. Jednak to, czego w tym czasie było w stanie dokonać, jest już rzeczą niebywałą. W swoim premierowym sezonie po powrocie na salony było czarnym koniem rozgrywek, awansując aż do europejskich pucharów. Tam piękny sen się skończył, bo twardą międzynarodową rzeczywistość w rundzie eliminacyjnej pokazał im węgierski Gyor. Zeszłoroczne rozgrywki zapowiadały się równie obiecująco, lecz fatalna postawa na wiosnę przyniosła spadek do drugiej części tabeli i stało się jasne, iż „La Paillade” ścieli sobie gniazdko wśród francuskich średniaków.
Jak zatem wyjaśnić fakt, iż po 23 kolejkach podopieczni Rene Girarda tracą do lidera zaledwie jeden punkt, a nad trzecim mają bezpieczną przewagę siedmiu? – Z takim budżetem nie jesteśmy w stanie walczyć o mistrzostwo – mówił po kilku udanych grach Girard, jednocześnie zdejmując presję ze swoich podopiecznych. Udało mu się to znakomicie i z grupy młodych, nieokrzesanych, ale ogromnie utalentowanych piłkarzy stworzył maszynę do wygrywania. W drugiej linii pierwszej jedenastki błyszczą wychowankowie w osobach Younesa Belhandy i Remiego Cabelli, który zdołał nabrać doświadczenia w słabiutkim Arles Avignon, gwiazdą numer jeden został zaś sprowadzony za niewielkie pieniądze z drugoligowego Tours Olivier Giroud.
Napastnik Montpellier na boisku robi właściwie wszystko poza staniem między słupkami. Jest pierwszym obrońcą, rozgrywa piłkę, zagrywa niekonwencjonalnie, a w okolicach pola karnego jest tak pazerny na zdobywanie bramek, że nikt inny w klasyfikacji strzelców dorównać mu nie jest w stanie. Jedna bramka wystarczy mu, by wpisać się do historii MHSC jako najlepszy strzelec w ciągu jednego sezonu (obecnie ma 16 goli). Nie można nie wspomnieć również o wydawało się nieznaczących transferach letnich, a trafionych w dziesiątkę. Dotyczy to przede wszystkim obrony, w której pierwsze skrzypce grają niechciany w Marsylii Vittorino Hilton oraz spadkowicz z Lens, Henri Bedimo.












