Sensacyjnie zakończyło się spotkanie w północnej Francji, gdzie miejscowe Valenciennes ograło wicemistrza kraju, Olympique Lyon. Była to ich pierwsza porażka od czternastu kolejek. W dzisiejszych meczach wygrali również piłkarze m.in. PSG z Arles Avignon, Sochaux z silnym Rennes, a także beniaminek z Normandii ograł 2:0 zespół Auxerre. W najpóźniej rozegranym dziś meczu derbowym lider, Lille, po słabym widowisku wygrał skromnie 1:0 z Lens.
13-tka okazała się pechowa
Przed spotkaniem z Valenciennes wicemistrzowie Francji mieli na koncie serię 13 meczów bez porażki, która rozpoczęła się jeszcze jesienią po derbowej przegranej z Saint-Etienne. Mimo niedawnej wpadki w Pucharze Francji (odpadli z Niceą po dogrywce), nikt nie spodziewał się, iż na Stade Nungesser może dojść do jakiejkolwiek sensacji, a jednak. Piłkarze Valenciennes zagrali z polotem i wielką determinacją, dobrze chroniąc swoje tyły. To oni w pierwszej, bezbramkowej połowie częściej zagrażali bramce rywali, pomimo mniejszego posiadania piłki. Obrona „Les Gones” popełniała co chwila kardynalne błędy i sama często prokurowała sytuacje w swojej „szesnastce”.

Początek drugiej połowy okazał się być dawką piorunującą dla przyjezdnych, którzy w 51., a potem w 59. minucie musieli przyjąć dwa zabójcze ciosy. Najpierw świetnie w pole karne wbiegł z lewej strony Gael Danic, a Jeremy Toulalan zablokował mu dostęp do bramki, lecz nieprzepisowo. Do „jedenastki” podszedł obrońca, Milan Bisevać, i pewnie pokonał Hugo Llorisa. Dalsza gra pozycyjna Lyonu była wodą na młyn dla kontr gospodarzy. Po jednej z nich świetnie z krycia obrońców uwolnił się Carlos Sanchez i podał do nie pilnowanego Gregory’ego Pujola, który wpakował piłkę do pustej siatki.
Odpowiedź piłkarzy Claude’a Puela nastąpiła dziesięć minut później. Kontaktowe trafienie zaliczył Michel Bastos, któremu piłkę na szesnasty metr wyłożył Lisandro Lopez, wprowadzony chwilę wcześniej. Od tej pory przewaga goniących wynik rosła z każdą minutą, a Valenciennes wciąż grało z kontry. Okazji pod obiema bramkami było coraz więcej. Najlepszą na podwyższenie rezultatu miał Pujol, gdy przejął złe podanie Aly’ego Cissokho do bramkarza, lecz w ostatniej chwili pojawił się Cris. Do ostatnich minut trwało oblężenie bramki Nicolasa Penneteau, który przy dwóch strzałach musiał wykazać się nie lada umiejętnościami. Wpierw po dośrodkowaniu z rzutu wolnego o krok od wyrównania był Toulalan, ale golkiper fantastycznie wybił futbolówkę z linii bramkowej. W doliczonym czasie gry Penneteau wyciągnął się jak struna, by wyłapać strzał Reveillere’a i stało się jasne, iż goście tego spotkania nie zremisują.
PSG zgodnie z planem, Rennes rozbite
W Awinionie zdarzyło się to, czego wszyscy się spodziewali. Gospodarze nie sprostali stołecznym piłkarzom Paris Saint-Germain, przegrywając 1:2. Tym samym paryżanie jako jedyna z goniących lidera drużyn nie straciła punktów. Obie bramki dla gości zdobył Turek, Mevlut Erding, zaś rywale byli w stanie odpowiedzieć honorowym trafieniem NDiaye.
Prawdziwy festiwal strzelecki urządzili sobie piłkarze Sochaux na własnym stadionie, a ich ofiarą stało się Rennes. Zespół, który w nowym roku zdobył 11 bramek i nie stracił ani jednej, musiał dzisiejszego wieczoru wyjmować piłkę z siatki aż pięć razy. Gole dla zwycięzców strzelały najistotniejsze postacie „Les Lionceaux”, Modibo Maiga dwie, Ideye Brown, Marvin Maritn oraz Ryad Boudebouz, który wykorzystał jedenastkę po faulu bramkarza „Czerwono-czarnych”, Nicolasa Doucheza. Oprócz jedenastki goście zostali pozbawieni swojego golkipera i między słupkami stać do końca spotkania musiał zawodnik z pola. Warto dodać, iż cały mecz rozegrał w obronie Damien Perquis i zaliczył w tym czasie asystę przy jednej z bramek.
Gospodarze pewnie wygrywają
W pozostałych meczach z godziny 19 tryumfowali tylko gospodarze. W Normandii poległo Auxerre z dwoma Polakami w składzie. Ani Ireneusz Jeleń, ani Dariusz Dudka nie zapobiegli dobrze grającym piłkarzom Caen i muszą wracać do domu z pustymi rękoma. Oba gole padły dopiero w drugiej połowie. Najpierw strzelił pomocnik Benjamin Nivet, a tuż przed zakończeniem spotkania rezerwowy Kandia Traore.
Podobnym rezultatem skończyły się bretońskie derby, w których Lorient podejmowało Brest. Podopieczni Christiana Gourcuffa potwierdzili, że mocni są tylko na swoim obiekcie. Dublet w ciągu ośmiu minut ustrzelił super snajper „Morszczuków”, Kevin Gameiro, o którego wciąż trwa batalia w obecnym oknie transferowym. To już trzecia porażka z rzędu Brestu, po ligowym starciu z Caen dwa tygodnie temu i odpadnięciu z Pucharu Francji w Chambery. Ten rok zdaje się nie być już tak obiecujący jak poprzedni.
Tak jak jesienią, w starciu Saint-Etienne z Tuluzą swoją wyższość nad przeciwnikiem zaprezentowali „Zieloni”. Wtedy był to mecz na szczycie, w którym niepokonany lider doznał pierwszej w sezonie porażki z rewelacyjnym SE. Teraz obie ekipy zajmują lokaty w środku tabeli, więc sam mecz nie wzbudzał już takiego entuzjazmu. Goli i emocji jednak nie zabrakło. W pierwszej odsłonie dwie bramki strzelił skrzydłowy „Zielonych”, Bakary Sako i wydawało się, iż następne trafienia będą kwestią czasu. Nadzieję na dobry rezultat dla przyjezdnych dał w 51. minucie Franck Tabanou, lecz na więcej nie starczyło sił i tym samym piłkarze Christopha Galtiera przeskoczyli dziś swoich rywali w tabeli.
Nudne derby
Wyjątkowym rozczarowaniem okazały się być derby północnej Francji, w których Lens pojechało zmierzyć się z liderem, Lille. Mecz, zapowiadany jako hit, nudził zgromadzonych kibiców aż do 68 minuty. Wtedy to po raz pierwszy gospodarze rozegrali piękne kilka podań i do siatki rywali trafił Tulio De Melo. Brazylijski napastnik zastąpił dziesięć minut wcześniej zawodzącego tego dnia Moussę Sowa. Akcję – marzenie zainicjował Eden Hazard, który z lewego skrzydła wprowadził piłkę w pole karne przeciwnika, tam bez przyjęcia przedłużył Ludovic Obraniak, a następnie bez zastanowienia uderzył De Melo. Nie starał się on jednak uderzać z całej siły, lecz lekko trącił piłkę tak, by wpadła tuż przy słupku obok bezradnego Vedrana Runje.
Niestety, jeśli ktoś spodziewał się, iż pierwsze trafienie ożywi atmosferę na boisko, to srogo się zawiódł. Wszystko wróciło do normy, tylko Lille, pewne trzech punktów, nie starało się za wszelką cenę rozmontowywać obrony gości. „Krwisto-czerwonych” można pochwalić za grę w destrukcji, gdyż świetnie przyjmowali „francuską Barcelonę” na własnej połowie i nie dopuszczali do dogodnych sytuacji. Jednak nie istnieli oni w ofensywie i było to tym bardziej widoczne, gdy stan rzeczy wymagał odrabiania strat. W ostatnich minutach bliskim podwyższenia prowadzenia był Yohan Cabaye, uderzając z wolnego w samo okienko, ale Runje zaprezentował wybitną interwencję.
Warto jednak wspomnieć o ważnym incydencie, o którym za kilka dni nikt nie będzie pamiętać. Niedługo po zmianie stron Florent Balmont ostro faulował swojego rywala i gdyby nie łaskawość sędziego, to pomocnik „Les Dogues” musiałby wylecieć z gry za drugi żółty kartonik. Tak się nie stało i trzeba przyznać, że w kolejnych derbach arbiter troszeczkę wspomógł graczy Rudiego Garcii. Nie spełniły się dziś marzenia innych klubów Ligue 1 i Lille nie zgubiło punktów. W ten sposób utrzymali oni cztery punkty przewagi nad Paris Sant-Germain, a do siedmiu zwiększyli nad Lyonem i Rennes.
Oglądałem ten "Hit kolejki" i byłem znudzony po
pierwszej połowie. Niestety dotrwałem do końca i
szczerze żałuję. Lille nie zabłysnęło niczym
,Sow ,Hazard czy Gervinho byli tłem dla... Kibiców
gospodarzy?! To prawda ,ale muszę się jeszcze
zgodzić ze słowami komentatora... Takimi meczami
(zwycięstwami) wygrywa się mistrzostwo.