Mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Jak pech, to pech. Jak już coś nie wychodzi, to ciągnie się za tym cała lawina siedmiu nieszczęść. Tak to już bywa i z taką przypadłością musi się zmagać Lech Poznań na pozycji podwieszonego napastnika. Gdy wszyscy, na których liczyłeś, zawodzą, szukasz, rotujesz, ale oni jeszcze bardziej się pogrążają. A przecież mieli być ważnymi postaciami zespołu.
Nie ma co ukrywać, że dobiegająca już do końca runda jesienna była dla Lecha cholernie trudna, dlatego nawet pewne wahania formy można zrozumieć. Po beznadziejnym okresie wakacyjnym przyszedł bardzo dobry wrzesień, by zepsuć całe wrażenie znów słabym październikiem. Listopad za to, a głównie mecz z Villarrealem, to okres kluczowy, w którym trzeba ratować sezon. Ratować swój honor, a na tę bitwę John van den Brom wychodzi z Ishakiem i plastikowym mieczykiem, który przez całą rundę nie potrafi zadać ran przeciwnikom.
Nie musimy chyba przypominać, jak bardzo ważny dla losów mistrzostwa był duet Ishak – Amaral. Nie miniemy się z prawdą, gdy napiszemy, że nikt nie współpracował tak jak oni. Statystyki tylko potwierdzają nasze słowa. Wspomniana dwójka zdobyła 32 punkty w klasyfikacji kanadyjskiej, co czyni ją po prostu najlepszą w PKO Ekstraklasie. W tym sezonie, nawet w Lechu, znajdziemy lepszy duet, co już daje do myślenia. Zmienił się trener, ale to nie jest powodem, dla którego Joao Amaral przestał grać na przyzwoitym dla siebie poziomie. Z tego zespołu zabrano główne ogniwo, które napędzało ten zespół. Bez niego nawet Mikael Ishak nie jest w stanie pokazać wszystkich swoich atutów.
Lech Poznań (nie)radzi sobie bez Amarala
Znaliśmy już kilka wersji Joao Amarala. Ta Skorży i Żurawia, ale teraz widzimy jego wariację, o której nie mieliśmy pojęcia. Wiedzieliśmy, że zdarzają mu się różne chimery, ale jak jest w formie, to potrafi poprowadzić zespół do mistrzostwa i stać się gwiazdą ligi. Mało mamy graczy, którzy emanują taką pewnością, szybkością, dynamiką i wirtuozerią. Oczywiście mówimy o zawodniku z poprzedniego sezonu.
Obecnie to absolutne przeciwieństwo. Jakby zmienił fryzurę, w życiu byśmy nie powiedzieli, że to ten sam zawodnik. Portugalczyk jest w tak słabej formie, że nie dostaje już szans gry. W październiku tylko dwukrotnie dostał szansę od pierwszej minuty – na dziewięć spotkań – ale były to tak beznadziejne występy, że najdłużej na boisku wytrzymał do 60. minuty. Ponadto podczas 168 minut w październiku, kiedy na murawie przebywał Amaral, Lech nie zdobył ani jednej bramki. To tylko pokazuje, jak marginalną postacią jest i jak stał się bezużyteczny, dlatego mocno realna jest opcja sprzedaży Portugalczyka.
W tym momencie jednak nikt by po nim nie płakał, bo jak już jest na boisku, to nic nie wnosi. Popis dał w Wiedniu, gdzie miał piłkę na wagę awansu na własnej stopie w doliczonym czasie gry. Przestało mu wychodzić to, czym zachwycał pod wodzą Skorży. Straszna niedokładność, spóźnione decyzje, niezrozumiałe wybory. Joao Amaral po prostu stracił fun z tej gry. Stracił tę dziecięcą radość z futbolu, jaką zaszczepił w nim były trener Lecha. „Kolejorz” ma ogromne problemy, żeby go zastąpić, w końcu nikt nie mógł nawet przeczuwać, że staną się takie rzeczy. To przechodzi ludzkie pojęcie.











