Czarna dziura – obszar czasoprzestrzeni, którego z uwagi na wpływ grawitacji nic nie może opuścić. Cóż, wszystko się zgadza. Droga, jaką kilka miesięcy temu zaczęła podążać Cracovia, mogła prowadzić tylko do jednego miejsca i aż dziw bierze, że po tak źle obranym kursie załoga kosmiczna Michała Probierza wciąż nie straciła szansy na ratunek. Sytuacja jest tragiczna, bo mówimy przecież o sześciu porażkach z rzędu w ekstraklasie. Jakimś cudem jednak nie można jeszcze powiedzieć, że czarna dziura na tyle pochłonie „Pasy”, że wylądują one w innej galaktyce, gdzie krążą planety pokroju Kielc czy Gdyni.
Sześć spotkań – 0 punktów. Gdyby PKO BP Ekstraklasa posiadała większą godność niż reputacja na poziomie 29. ligi w Europie, być może Cracovia znajdowałaby się w tej chwili poza rywalizacją o europejskie puchary. Ba, może nawet w dolnej połowie stawki, gdzie z takim bilansem klub już dawno powinien wylądować. Dla porównania spójrzmy na angielskie podwórko. Tam w pewnym momencie sezonu Everton zanotował cztery porażki z rzędu, co z 6. lokaty w tabeli sprowadziło ekipę z Liverpoolu (uwaga) do strefy spadkowej. Albo Southampton, dla którego siedem meczów bez zwycięstwa równało się ze spadkiem o dziewięć szczebelków. Cracovia jest przy tego typu zjawiskach jak pączek w maśle.
Cracovia uczy, jak upadać bez większych konsekwencji
Najpierw cofnijmy się trochę w czasie. Konkretnie do 23. kolejki, kiedy Cracovia rozpoczęła swoją niechlubną serię trwającą do dziś. I tutaj jest kwestia bardzo ważna: serię o tyle specyficzną, że jej negatywne działanie zamiast wywołać potężną wichurę, jedynie drasnęło maskę samochodu trenera Probierza. Krakowski klub bowiem – mimo notowania porażki za porażką – niezmiennie znajdował się wśród ekip tworzących czołówkę ekstraklasy. I o ile ten stan (chciałoby się powiedzieć: w końcu!) obecnie ulega zmianie, o tyle ta sytuacja uwidacznia wyjątkowość polskich rozgrywek. Albo jak kto woli – patologię.

Niewątpliwie Cracovia padła ofiarą marazmu, a mecz z Pogonią Szczecin tylko udowodnił fakt, że winy za poprzednią porażkę nie można zrzucać na przerwę spowodowaną pandemią. To wręcz niepokojące, że okoliczności i warunki do pracy się zmieniają, a w Krakowie nadal grają tę samą melodię. Melodię z pewnością nie pochwalną, bo tak naprawdę trudno cokolwiek w grze ekipy trenera Probierza pochwalić. Jeśli już, to wyłącznie indywidualne występy poszczególnych piłkarzy, takich jak np. Rafa Lopes czy David Jablonsky, ale ogółem nie ma mowy o słowach pokroju: było dobrze, ale zabrakło kropki nad „i”. Nie, od dłuższego czasu w drużynie „Pasów” brakuje jakości na miarę klubu z większymi ambicjami.












