Zgrupowanie reprezentacji Polski dobiegło końca. Zgrupowanie, które – nie ma co ukrywać – generalnie wzbudziło w trakcie swojego trwania raczej więcej negatywnych niż pozytywnych emocji. W końcu dwie porażki, remis i zwycięstwo to wyniki, lekko mówiąc, niezadowalające. Za nami czas, który mógł reprezentację Polski w oczach polskiego kibica wprost obrzydzić, a od niektórych piłkarzy przynajmniej odrzucić… Warto jednak dodać do tego, że nie brakowało i dobrych momentów, i postaci, które możemy za ten czas, mimo wszystko, pochwalić. Oto bohaterowie i antybohaterowie tych dwóch tygodni…
Przedstawiamy zestawienie największych wygranych, a z drugiej strony barykady, największych przegranych minionego, wrześniowo-październikowego zgrupowania. Kto w meczach z Bośnią i Hercegowiną (0:0), ze Szwecją (1:3), z Rumunią (6:0) oraz ponownie z Bośnią (0:1), najbardziej się wyróżniał, a kto do oczekiwanego poziomu nie „dojechał”?
Wygrani
Marcin Bułka
Minione zgrupowanie miało odpowiedzieć nam na wiele pytań. Jedna z najważniejszych wątpliwości dotyczyła obsady pozycji bramkarza reprezentacji Polski. O ile na wiele pytań nie do końca udało się odpowiedzieć, o tyle kwestia „jedynki” wydaje się rozwiązana. Wątpliwości zostały rozwiązane:
- Po pierwsze – co do Łukasza Skorupskiego, który w ogóle nie dostał powołania i wydaje się skreślony w oczach selekcjonera;
- Po drugie – co do Kamila Grabary, który pechowo wypadł z powodu kontuzji i szybko do gry nie wróci.
Okoliczności dla Bułki były specyficzne, gdyż spośród powołanych rozważano w kontekście pierwszego składu jego i Kamila Grabarę, który ze wspomnianych przed chwilą powodów z tej rywalizacji wypadł. I wyszło, że został w tej rywalizacji sam. Pewne było zatem, że zagra i trzeba przyznać, że „robotę dowiózł”, grając na miarę oczekiwań. W obu meczach z Bośnią czy Rumunią nie miał, fakt faktem, zbyt wiele roboty, niemniej kilka wymagających strzałów naszych oponentów wybronił.
Ze Szwecją być może lepiej mógł zachować się przy jednym golu, jednak nie powinniśmy go za tę porażkę, mimo wszystko, winić. Całe zgrupowanie w jego wykonaniu oceniamy bardzo pozytywnie. Na tyle pozytywnie, że w końcu możemy po kilku latach niepewności powiedzieć: w reprezentacji Polski jest bramkarz z ugruntowaną pozycją „jedynki”. A to ostatnio, jak wspomnieliśmy, oczywiste nie było. Nieważne, kto pojawi się na ławce trenerskiej, czy zostanie na niej Urban, jesteśmy przekonani, że to Bułka będzie podstawowym graczem naszej kadry.
Wiktor Nowak
Chyba największy wygrany całego zgrupowania i być może nawet najlepszy z ekipy „Biało-czerwonych”, jeżeli weźmiemy pod uwagę zsumowaną dyspozycję ze wszystkich czterech rozegranych spotkań. Zawodnik, który być może jak nikt inny, przeniósł swoją dyspozycję klubową na reprezentację. A jeżeli dodamy do tego, że było to jego pierwsze zgrupowanie, które w dodatku zaczynał na ławce rezerwowych, robi się to jeszcze bardziej imponujące.
Wiktor Nowak nie zaliczył gola ani asysty, ale to w zasadzie jedyna rzecz, jakiej brakowało 22-latkowi. Poziom jego „harowania” na boisku, umiejętności odbioru, ale również podprowadzenia gry i fizyczność, są na niezwykłym poziomie. Jego status w reprezentacji urósł do tego stopnia, że na dziś jest jedną z najważniejszych postaci tego zespołu. Postacią, od której selekcjoner powinien tak naprawdę zaczynać skład. I to niezależnie z kim gramy. Piłkarz, jak na nasze warunki, świetny. Tym bardziej jest to dobra informacja, ponieważ pozycja numer „6” była kolejnym miejscem na boisku, na którym mieliśmy problemy. Jeżeli nic nagle nie zahamuje rozwoju pomocnika Slavii Praga, a tego sobie życzymy, mamy nowoczesny typ „szóstki” na lata. A Wiktor Nowak… No cóż, wielka kariera przed nim. Ją wróżą zresztą nie tylko kibice:
– On niedługo też będzie grać w Anglii. Przyjdzie do Premier League. Jest jak Steven Gerrard, box-to-box. To polski Tomáš Souček? Jest lepszy. Ciągle jest młody, ma czas. Souček to też pomocnik box-to-box, wygrywa główki. Nowak dobrze jednak radzi sobie z piłką przy nodze. To nie jest brak szacunku dla Součka, bo rozegrał bardzo dużo meczów w Premier League, ale myślę, że Nowak jest lepszy. Ma przed sobą wielką przyszłość. Dobrze, że jest z nami – wypowiedział się o potencjale Polaka, jego reprezentacyjny kolega Matty Cash.
– Jestem jego wielkim fanem! Dajmy mu jednak spokojnie pracować, żeby się rozwijał. Na boisku robi dobrą robotę i to widać, co mnie cieszy! – również skomentował inny kolega reprezentacyjny Nowaka, Sebastian Szymański.
Sebastian Szymański
Sebastian Szymański już od dłuższego czasu jest wyróżniającą się postacią, a mimo to dużo kibiców przypięło do niego łatkę zawodnika będącego cieniem samego siebie w kadrze narodowej. Wzięło się to z tego, że faktycznie wychowanek Legii Warszawa wejście do reprezentacji miał trudne. Nie pomagał mu też fakt, że wielu kibiców śledzących karierę tego zawodnika było wprost zawiedzionych jego spowolnionym rozwojem. Wyjazd do Rosji, przygoda w Holandii i gra w Turcji. To nie brzmi źle, jednak brak gry w top 5 ligach europejskich do 26. roku życia był trochę niepokojącym trendem dla każdego, kto dobrze Szymańskiemu i jego rozwojowi życzył. Wszystko odwróciło się tak naprawdę w ostatnim roku i nie dość, że za kadencji selekcjonera Urbana (dla którego odbudowanie Szymańskiego wydaje się chyba największym sukcesem) ten zaczął grać lepiej, zaliczać lepsze liczby, to jeszcze w końcu przeszedł do ligi top 5 – do francuskiego Rennes.
Skoro już wcześniej grał dobrze, dlaczego znajduje się w tym zestawieniu? Zdecydowaliśmy się go tu umieścić z uwagi na to, że chcemy docenić tu ciągłość w formie i to, że w zasadzie obok wcześniej wspomnianych Nowaka oraz Bułki, wyróżniał się podczas minionego zgrupowania najmocniej. Mówiąc wprost, jest nieodzowną częścią tej kadry. Jego praca na boisku, ale również wyszkolenie techniczne i umiejętności pociągnięcia akcji do przodu to coś, na czym w zasadzie opiera się obecna reprezentacja. Wspomnieliśmy o pracy, gdyż w liczbie odbiorów podczas tego zgrupowania zajął drugie miejsce, zaraz po Nowaku! Obaj byli w tym aspekcie naprawdę bardzo dobrzy. Szymański nawet wtedy, kiedy akurat w drugim meczu z Bośnią zagrał nie na swoim optymalnym poziomie. Był nieskuteczny. Doceniamy jednak dodatkowo za gola ze Szwecją i asystę z Rumunią. Do tego za całokształt – było dobrze.
Nicola Zalewski
Pokazał, że bez niego Polska jest dużo gorsza. Niezależnie, w jakiej formie klubowej jest. Istnieją zawodnicy, którzy samodzielnie są w stanie odmienić losy gry i Zalewski jest jednym z takich graczy. Co prawda, tym razem mu się ta sztuka nie udała, ale raczej do niego nie powinniśmy mieć o to większych pretensji. Jeżeli kierowaliśmy się w przypadku Szymańskiego chęcią postawienia na gracza, który w każdym z czterech spotkań grał przynajmniej solidnie i trzymał poziom, Zalewski jest tym samym przypadkiem.
Brakuje w jego grze detali, ale daje tej reprezentacji bardzo, ale to bardzo dużo. Czasem źle uderzy, czasami zdecyduje się na drybling, który skończy się stratą… Ale samo wprowadzenie go na boisko w pierwszym meczu z Bośnią i Hercegowiną za kontuzjowanego Jakuba Kamińskiego pokazało, jakiego kalibru gracza tu mamy i że w zasadzie jest to kolejna postać, od której powinniśmy zaczynać budowanie składu. Tak jak wspominaliśmy wcześniej, prawdopodobnie nawet wtedy, gdy jego kariera klubowa nie znajduje się w najlepszym położeniu. To gracz, z którego na nasze warunki się po prostu nie rezygnuje.
Aktywny, tworzący zagrożenie, potrafiący współpracować z kolegami z zespołu. Nawet jeżeli czasem było czuć brak rytmu i małą ociężałość. Oczywiście asysty ze Szwecją oraz z Rumunią również robią swoje. Jeden z nielicznych, których możemy po stronie Polaków za to zgrupowanie pochwalić. Po raz kolejny potwierdził swoją jakość i to, że reprezentacja Polski bez niego praktycznie nie tworzy zagrożenia pod bramką rywala. Niezależnie, jak cała kadra zostanie poddana przebudowie, on nie jest zagrożony.
Przegrani
Tymoteusz Puchacz
Teraz przejdziemy do ciemnej strony tego artykułu…
Tę część tekstu zaczynamy od zawodnika, którego powołania domagała się niemal cała piłkarska Polska. Ten zaliczył jednak trudny powrót do kadry, przegrywając ostatecznie rywalizację na lewej stronie obrony z Przemysławem Frankowskim, który nawet na co dzień tam nie gra. Zagrał tylko ze Szwecją i zaprezentował się bardzo miernie. Więcej szans nie dostał i – nie oszukujmy się – całkiem słusznie tych kolejnych prób nie otrzymał. Jego przegrana na zgrupowaniu polega na tym, że naród wierzył w jego przemianę trochę na bazie dobrych występów w lidze azerskiej i poprawę wizerunku. Choć przygoda piękna, a awans do Ligi Mistrzów był fantastycznym zwieńczeniem, to wciąż ten sam Puchacz. Puchacz, który gra ambitnie, dużo biega i walczy. Tego odmówić mu nie można. Nie można mu też odmówić zaangażowania w grę ofensywną ani tego, że czasem dobrze wrzuci w pole karne. W grze defensywnej są jednak bardzo duże braki. Tu nie zmieniło się absolutnie nic.
Czar prysł i tak jak dużo osób zaczęło śledzić przygodę Puchacza z Sabah Baku, mamy wrażenie, że to zgrupowanie generalnie może to zaburzyć. Człowiek, który miał tu wrócić kompletnie odmieniony, co sam na każdym kroku komunikował, niestety zaprezentował się zdecydowanie poniżej oczekiwań. Pokazał, że nie jest to ten poziom, jaki zaczęto mu przypisywać na bazie gry w Sabahu.
– Nie do końca jestem zadowolony z jego gry defensywnej. Ma większe tendencje do gry jako pomocnik niż obrońca – skomentował grę Puchacza na konferencji Jan Urban.
Przemysław Wiśniewski
Bardzo dużo stracił na tym zgrupowaniu również Przemysław Wiśniewski, którego powołanie od początku budziło kontrowersje. Poniekąd jednak rozumieliśmy Urbana, bo nie dość, że ten zwykle bronił się, gdy przychodziło mu grać z orzełkiem na piersi, to jeszcze w Widzewie jest szefem defensywy swojego zespołu. Tym razem się jednak swoją grą nie wybronił. Zdecydowanie! Aby znaleźć się w tym zestawieniu, potrzebował tylko jednego meczu… Jednak bardzo słabego, przeciwko Szwecji. To nie był najgorszy piłkarz zgrupowania, ale zdecydowanie stracił swój status w kadrze – a niektórzy cenią go za jego siłę i bezkompromisowość. Tym bardziej, że zastąpił na placu gry Potulskiego, który zaprezentował się w pierwszym meczu z Bośnią akurat nieźle. A rozbieżność w grze tej dwójki była aż nadto widoczna…
Przemysław Wiśniewski nie wykluczył się z reprezentacji, ale nie powinniśmy się dziwić, jeżeli przy kolejnych powołaniach go nie zobaczymy. A przynajmniej poza pierwszym składem. W hierarchii powinien być i za Bednarkiem, i za Kiwiorem, i za Potulskim… Przynajmniej!
Karol Świderski
Karol Świderski rozegrał kolejno 17, 14, 90 i 63 minuty. Przejście z rezerwowego do startera powinno wskazywać na to, że Karol Świderski pokazywał się dobrze po wejściu z ławki i wygrał z kimś rywalizację… Nic bardziej mylnego! Napastnik nie grał w żadnym z tych czterech spotkań choćby dobrze. Miewał co prawda przebłyski, ale mówiąc szczerze, patrząc na obecną formę, w tej kadrze w ogóle nie powinno go być. To nie jest forma reprezentacyjna i to, co pokazuje w klubie (słabą grę), przełożył na grę w biało-czerwonych barwach.
Z jednej strony, w sumie niczego nie oczekiwaliśmy i Karol Świderski potwierdził tylko, że jego desygnacja przez Jana Urbana była błędem. Z drugiej, musimy za tak słabą, nieefektywną grę po prostu go czymś takim ukarać. Tym bardziej, że podejrzewamy, że większość selekcjonerów, znając nawet cały kontekst wokół Świderskiego, po prostu by go w selekcji pominęło. Ten facet niestety niczym się nie broni – ewentualnie walką, bo tego mu nie odbierzemy. To jest jednak za mało na reprezentację i sam 29-latek pewnie z tego doskonale zdaje sobie sprawę.
Był ściągany jako jeden z napastników, a jak sam Jan Urban przyznał, nie jest to typowa „dziewiątka”, a bliżej mu do grania nawet jako „dziesiątka”. To jest kolejny powód, dla którego to powołanie było po prostu niepotrzebne. Nie dał niczego w żadnym meczu – nawet wtedy, gdy zespół wygrał 6:0, akurat gracza Widzewa całkiem słusznie krytykowano. W tym przypadku, w razie braku poprawy formy klubowej, nie chce nam się wierzyć, że ponownie dostanie szansę. Jedna kwestia, że nie jest już młody, druga – że to już jego kolejne nieudane zgrupowanie, trzecia – że jest po prostu za słaby na ten poziom. I wydaje się, że naprawdę może być to jego początek końca w reprezentacji (tym bardziej, jeżeli Jan Urban przestanie pełnić obowiązki selekcjonera – a na to się zanosi).
Jan Urban
Zdecydowanie największy przegrany wrześniowo-październikowego zgrupowania reprezentacji Polski. Nominacja nietypowa, bo nie piłkarz, ale musieliśmy. Smutno się to ogląda. Trener, który rozpoczynając pracę, potrafił porwać za sobą tłumy dobrymi wynikami i obietnicami, kompletnie się w swoich decyzjach pogubił. W dużej mierze za jego sprawą reprezentacja aż tak podupadła. Masa irracjonalnych, bezsensownych decyzji zrobiła swoje. Dziwne powołania, brak kilku ważnych odświeżeń składu, stworzenie swoimi powołaniami dziur na poszczególnych pozycjach, zamienienie dobrze grającego Potulskiego, brak dawania szans dla Mońki, nieodpowiedzialne powołanie Pietuszewskiego. Do tego głupie, niekiedy już wręcz toksyczne wypowiedzi na konferencjach prasowych. Jan Urban tak naprawdę w każdym meczu i przed meczami popełniał w jakiejś z tych materii błędy (poza Rumunią). Raziło jednak w oczy to, że ten zdawał się kompletnie gubić, samemu sobie zaprzeczać. Nic dziwnego, że z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa Jan Urban przestanie pełnić funkcję selekcjonera reprezentacji.
Słusznie czy nie? Ktoś powie nie, bo generalnie wyników nie miał wcześniej tragicznych. Dwukrotnie Bośnia i raz Szwedzi pokazali jednak, że kadra ta kompletnie się nie rozwija lub robi to bardzo wolno. Dlatego wydaje się, że przygoda ta, jeżeli zostanie zakończona, to będzie to jak najbardziej słuszne. Niewiele dziś daje kontrargumentów. Styl słaby, zdobycz punktowa słaba, decyzje fatalne, taktyka nietrafiona, wypowiedzi głupie. Niestety, taki dzisiaj obraz Urbana i jego reprezentacji.











