W drugim sobotnim meczu La Liga Betis pokonał na własnym boisku Valencię 2:1. Pierwsza połowa była pokazem nieudolności graczy obydwu drużyn, ale druga odsłona, a w szczególności końcówka spotkania, mogły zadowolić nawet najbardziej żądnych emocji obserwatorów.
Pierwszą godną wspomnienia akcję na stadionie Benito Villamarin przeprowadziła Valencia. Po świetnym krosowym podaniu w wykonaniu Tino Costy przed dobrą szansą stanął noszący w tym spotkaniu opaskę kapitana Roberto Soldado. Mimo ostrego kąta i nacisków Isidorio, zdołał mocno uderzyć na bramkę, ale Casto udanie pilnował krótkiego słupka. W odpowiedzi przed kapitalną okazją stanął Santa Cruz, ale okazało się, że trzy metry to dla niego zbyt duża odległość, by trafić do bramki, a obok bramkarza. Na usprawiedliwienie Paragwajczyka musimy wspomnieć, że tuż przed strzałem położył się przed nim Victor Ruiz. Innymi słowy, nie była to taka prosta sytuacja.

Drugi i trzeci kwadrans pierwszej połowy były tak ubogie w sytuacje podbramkowe, że Casto i Alves mogli bez większych przeszkód zejść z boiska, strzelić sobie po butelce „Mahou” i porozmawiać o swoich typach na Gran Derbi. Ich koledzy zapewne nawet nie potrafiliby z tego skorzystać, ponieważ, o ile się nie mylę, między 14. a 45. minutą nie oddali nawet strzału na bramkę. Być może przeszkadzał im padający deszcz, być może nie chcieli się zmęczyć przed oglądaniem późnowieczornego meczu, a może po prostu spotkanie zupełnie przypadkowo miało taki, a nie inny przebieg, a autor tej relacji szuka dziury w całym. Tak czy inaczej, w pierwszej połowie z biegania 22 graczy (i sędziego) po boisk nie wynikło nic.
Na początku drugiej połowy kibice zapewne w myślach dziękowali Benatowi Etxebarii, który jednym prostym kopnięciem piłki zrobił połowę tego, co obydwa zespoły przez pierwsze 45 minut. Mianowicie pomocnik uderzył futbolówkę z rzutu wolnego i choć nie wpadła ona do siatki (ładna parada Alvesa), to jednak ewidentnie do niej zmierzała. Tylko nieco mniej celny okazał się strzał Jonathana Perreiry z 57. minuty, futbolówka minęła bramkę Valencii o jakiś metr. Chwilę później z narożnika pola karnego huknął Ruben Castro, ale piłce bliżej było do wylecenia poza stadion, niż do trafienia w bramkę Diego Alvesa. Niemniej przewaga Betisu stała się wyraźna.












