Lech Poznań notuje kolejne zwycięstwo, ale kolejne, po którym nikt w Poznaniu nie skacze z radości, wręcz jest małe zakłopotanie, w którym kierunku to idzie. Mnóstwo kombinowania, zmiany formacji, ale na niewiele to się zdało. Mecz uratował i tak duet Filip Marchwiński i Kristoffer Velde. I to akurat cieszy, że ci dwaj piłkarze rosną.
Momentami nie było za wesoło, wręcz zrobiło się nerwowo po straconej bramce i pachniało nieoczekiwaną stratą punktów, która mogła być bardzo bolesna i zachwiać tą wciąż niepewną lokomotywą. Udało się wygrać 2:1, ale wciąż nie wiadomo w jakim kierunku idzie Lech i wciąż jest lekka niepewność przed ważnym spotkaniem z Rakowem. „Kolejorz” wygrał ten mecz tylko dlatego, że na Bułgarską przyjechała tylko Stal Mielec, a nie dlatego że podopieczni Johna van den Broma rozegrali dobre spotkanie. I nic ich nie tłumaczy. Nawet nierówna murawa, na którą narzekał Kristoffer Velde po spotkaniu. Stan nawierzchni pozostawiał wiele do życzenia, ale nie tak, żeby piłka latała na Marcelińską, jak to ujął Norweg.
Lech Poznań zmienia ustawienie
Ustawieniem bazowym Johna van den Broma, odkąd przyszedł do Lecha, było ustawienie 4-2-3-1. Kurczowo się jego trzymał. Zresztą sam Tomasz Rząsa wielokrotnie powtarzał, że chciałby, aby w ten sposób grał zespół. Tak grają również wszystkie drużyny młodzieżowe. W spotkaniu z Wartą, ku zaskoczeniu wszystkich, łącznie chyba z Dawidem Szulczkiem, John van den Brom zdecydował się na ustawienie z trójką obrońców. Oczywiście było to dość płynne ustawienie, aczkolwiek było to coś nowego.
Oficjalna wersja jest taka, że wyszło to przez przypadek i takie rozwiązanie nie było testowane na treningach. Infekcja Mikaela Ishaka zdecydowała, że podjęta została taka decyzja. Tak tłumaczył to na konferencji. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. W spotkaniu ze Stalą również zabrakło szwedzkiego kapitana i znów postawiono na takie ustawienie, a rywal był dość podobny do Warty charakterologicznie. Być może jak coś wyszło, nawet przez przypadek, to stwierdzono, że brniemy w to dalej.
Tym razem jednak nie wyszło. Na przedmeczowej konferencji Holender stwierdził, że Stal Mielec to półka wyżej pod względem kontrataków niż Warta Poznań. Ziściły się te słowa jeszcze w pierwszej połowie, gdy poszła piłka za plecy Filipa Dagerstala, który nie był już w stanie dogonić Macieja Domańskiego, który otworzył wynik spotkania. Ta sytuacja jednak pokazała, że tu nie ma co dalej kombinować. „Kolejarz” nie istniał przez 30 minut. Nie stwarzał sobie sytuacji, był nijaki.











