Dzieje się w tej lidze hiszpańskiej. Za nami pierwsza noworoczna kolejka i od razu wracamy do tego, co było jeszcze przed sylwestrową zabawą, czyli do sprawy przyszłości Jose Mourinho w Realu Madryt.
Iker Casillas, bramkarz „Królewskich”, na pewno nie tak wyobrażał sobie zakończenie 2012 i rozpoczęcie 2013 roku. Jose Mourinho zdecydował, że Hiszpan nie zagra w ligowym meczu przeciwko Maladze, co argumentował „lepszą formą Antonio Adana”. Ten na La Rosaleda zagrał bardzo przeciętnie, puścił trzy gole, a zespół przegrał. W mediach rozpętała się burza, a teraz ma w nich miejsce prawdziwe gradobicie. Casillas bowiem w drugim ligowym meczu z rzędu zasiadł na ławce rezerwowych – tym razem na Bernabeu w starciu z Realem Sociedad. Długo się na niej nie nasiedział, bo Adan już w 5. minucie wyleciał z boiska z czerwoną kartką, samemu udowadniając, że na grę w pierwszym składzie jednak nie zasługuje. Sam Mourinho jeszcze przed rozpoczęciem meczu otrzymał od publiczności na trybunach solidną porcję gwizdów, gdy spiker wyczytywał nazwisko Adana. I teraz nasuwa się pytanie: w co gra portugalski trener? Nikt chyba nie wierzy, że posadzenie Casillasa w dwóch meczach z rzędu to „decyzja czysto techniczna” – w tym musi być jakiś cel.

Można pojechać całkowicie po bandzie i doszukiwać się tutaj wywierania presji na zarządzie, a głównie na Florentino Perezie. Nie od dzisiaj wiadomo, że Jose Mourinho chciałby mieć w swoim zespole dwóch równorzędnych bramkarzy. Może Portugalczyk dzięki słabej grze Adana i czerwonej kartce osiągnął swój cel? Może faktycznie o to chodziło. Może „The Special One” liczył właśnie na to, że Adan rozczaruje i da to do myślenia Perezowi, który naprędce wyłoży 20-30 milionów euro na bramkarza z prawdziwego zdarzenia. Na bramkarza, który nie będzie tylko rezerwowym, ale sprawi, że Iker w końcu będzie miał rywala do gry z prawdziwego zdarzenia. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to absurdalnie, ale w obecnej sytuacji tak naprawdę nic już mnie nie zdziwi.
Zachowania Jose Mourinho w tym sezonie są – co tu dużo mówić – dziwne. Żaden inny trener nie miał w Madrycie takiej władzy. To on odpowiada za wszystko. Florentino Perez tak na dobrą sprawę spełnia praktycznie każdą jego zachciankę. A mimo to dalej wygląda to tak, jakby Portugalczykowi ciągle się coś nie podobało. Nawet madryckie media mają już go dosyć, całkowicie przestały go wspierać i najchętniej widziałyby na ławce trenerskiej kogoś innego. Sam Mourinho doskonale zdaje sobie z tego sprawę, ale z drugiej strony kompletnie się tym nie przejmuje. Nikt nie jest w stanie odgadnąć, o co tak naprawdę chodzi. Nikt przecież do tej pory nawet nie pomyślał o tym, by tykać Casillasa. Najbliżej był Manuel Pellegrini, ale Chilijczyk wiedział, że nie jest w futbolu kimś aż tak wysoko postawionym, aby pozwolić sobie na ruszenie ikony madridismo. Co innego Mourinho. Jose doskonale wie, jaki ma status – w Madrycie może wszystko, bo jego przybycia na Bernabeu oczekiwano jak przyjścia Mesjasza. Przez pierwsze dwa lata wszyscy go kochali, teraz publika jest podzielona.










