Rokrocznie przy okazji kolejnych klęsk naszych zespołów w europejskich pucharach pojawia się temat trenerów. Oczywistym jest, że dobry szkoleniowiec może wznieść się na wyżyny ze swoją ekipą, która musi prezentować jednak określony poziom, by móc osiągać sukcesy. Tak samo słaby trener może spowodować, iż dobra drużyna będzie grała słabo. Od lat panuje przekonanie, że polscy szkoleniowcy są dobrzy jedynie na naszą ligę. A i to nie do końca, bowiem od jakiegoś czasu klaruje się trend oddawania sterów drużyny w ręce obcokrajowców.
Dawne dzieje – Gmoch, Górski, Kasperczak
Chyba nikt z nas nie lubi, gdy podczas dyskusji o piłce z kimś z nieco starszego pokolenia słyszymy tradycyjne „kiedyś to było…”. Niemniej doszukując się sukcesów polskich trenerów za granicą, musimy cofnąć się aż do lat 80. ubiegłego wieku. Wówczas renomę polskim szkoleniowcom za granicą szczególnie budowało trio Jacek Gmoch, Andrzej Strejlau i Kazimierz Górski. Nie wszyscy wiedzą, iż ten pierwszy dotarł ze swoim Panathinaikosem do 1/2 Pucharu Europy Mistrzów Klubowych w sezonie 1984/1985.
Strejlau może pochwalić się m.in wicemistrzostwem Chin z Shanghaiem Shenhua. Osiągał również dobre wyniki w greckim AE Larisa, z którym dotarł do 1/4 Pucharu Zdobywców Pucharów. Górski jako swoisty nauczyciel tej dwójki odnosił sukcesy w Grecji. Z Panathinaikosem i Olympiakosem zdobył trzy mistrzostwa już po najważniejszych osiągnięciach z kadrą Polski.
Czy oprócz tej trójki był ktoś jeszcze? Przez chwilę na bazie ich sukcesów do Grecji trafili Jerzy Kopa (Iraklis Saloniki) oraz Janusz Pekowski (Panachaiki). Oboje nie odnosili jednak zbyt dobrych rezultatów, czego skutkiem był ich szybki powrót do kraju.
Osobne słowa należą się Henrykowi Kasperczakowi , który już wcześniej, bo w 1979 roku rozpoczął pracę z FC Metz. Cztery lata później z tym zespołem zdobył nawet Puchar Francji. We Francji trenował łącznie prawie czternaście lat, by potem z sukcesami prowadzić afrykańskie reprezentacje (m.in. drugie miejsce w Pucharze Narodów Afryki z Tunezją).
Obiecujące lata 90.
Wbrew temu, co działo się na arenie międzynarodowej, jeśli chodzi o seniorską reprezentację, to koniec lat 80. i początek 90. mogły wlać nieco optymizmu do serc polskich trenerów. Antoni Piechniczek jako jeden z pierwszych rozpoczął egzotyczne przygody za sterami tunezyjskiego Esperance Tunis. Przez chwilę pracował nawet równocześnie jako trener klubu i tunezyjskiej kadry. Z pewnością pozytywny wpływ na opinię o polskich trenerach mógł mieć również wynik osiągnięty przez Janusza Wójcika na igrzyskach olimpijskich w 1992 roku. Ponadto ledwie dwa lata później Widzew awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów UEFA, gdzie całkiem przyzwoicie prezentował się na tle europejskich tuzów. Łódzką drużyną dowodził wtedy z ławki nie kto inny jak Franciszek Smuda.
Wójcik jako kolejny z tamtego pokolenia trenerów rozpoczął egzotyczne, zagraniczne wojaże. Po dwuletniej nieudanej przygodzie z Legią w 1994 roku objął posadę trenera kadry olimpijskiej Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Następnie prowadził tamtejsze I-ligowe kluby.











