Po ledwie jednodniowej przerwie powraca hiszpańska Primera Division. 10. kolejka będzie rozłożona na trzy dni: już we wtorek zagrają drużyny biorące udział w najciekawszym pojedynku poprzedniej tury spotkań, Barcelona pojedzie do Grenady, a Sevilla podejmie u siebie Racing Santander. Drugi w tabeli Real Madryt zagra w środę z Villarrealem, a Levante, sensacyjny lider, będzie gościć Real Sociedad.
Wtorek
Granada CF – FC Barcelona
Na pierwszy rzut oka typowe starcie Dawida z Goliatem. Na drugi rzut oka okazja dla graczy Barcelony, by podreperować sobie statystyki strzeleckie. Na trzeci rzut oka nadchodzący koszmar dla bramkarza gospodarzy, Roberto Fernandeza.
Xavi, Busquets, Messi (fot. lequipefr)
Zanim rozpoczął się sezon, jako pewnik przyjmowano, że Granada jest najsłabszym zespołem La Liga. Później, w miarę trwania rozgrywek, pogląd ten wypadało lekko zmodyfikować: drużyna z Andaluzji nie była gromiona w każdym meczu, nie grała bezradnie i topornie. W większości meczów prezentowała bardzo solidną defensywę i organizację gry, a niekiedy udało się i wpadło coś z przodu. Niestety, formuła ta powoli się wyczerpuje, co potwierdził ostatni mecz ze Sportingiem Gijon – do tej pory pozostającym na dnie tabeli. Podopieczni Preciado pewnie pokonali beniaminka, który tym samym spadł na 18. miejsce. Nie jest to dobry prognostyk przed meczem z „Barcą”, tym bardziej że w ekipie Quique Piny nie zagrają kontuzjowani Boateng, Martins i Yebda.
Niepocieszony będzie zapewne Fabregas, który chętnie obrzuciłby wspomnianych Afrykanów inwektywami – powiedzieliby złośliwi. Dochodzenie, co powiedzieli sobie Cesc i Kanoute w końcówce meczu „Blaugrany” z Sevillą nie ma sensu, panowie bowiem już się przeprosili, sprawy zatem nie ma. Warto skupić się na sportowym wymiarze pojedynku obu klubów. Tu jeszcze jesteśmy w stanie powiedzieć, co się stało: „Barca” nie zdołała pokonać Sevilli, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tak się stanie. Z innego wymiaru, i zapewne nie z nieba i ziemi pochodzi za to Javi Varas, co tłumaczyłoby jego nieprawdopodobną dyspozycję sobotniego wieczoru na Camp Nou. Jeśli ani z gry, ani z wapna nie trafia Leo Messi, wiedzcie, że coś się dzieje. Wiedzcie też, że z Granadą nie zagra Carles Puyol, co zapewne nie przeszkodzi Katalończykom w zrewanżowaniu się za remis z Sevillą.
Zapraszamy na radiową relację ze spotkania na antenie iGol.fm.
Sevilla FC – Racing Santander
„Po takim meczu, jak w sobotę, Sevilla jest w stanie wygrać, a przynajmniej nie przegrać z każdym” – można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego, pewni swego Andaluzyjczycy mogą stracić punkty już w najbliższym spotkaniu, z ostatnią drużyną w tabeli.
Pan z prawej broni dostępu do bramki przed piłką. I robi to naprawdę dobrze (fot. visualrian.com)
Po sobotnim meczu chyba już każdy, kto choćby incydentalnie ogląda mecze La Liga, wie, kim jest Javi Varas. Nie wie za to, że odkąd ten zawodnik zaczął pojawiać się w pierwszym składzie Sevilli, nie popełnił bodaj żadnego błędu, a miewał już mecze (choćby z Valencią w zeszłym sezonie), po których napastników drużyny przeciwnej trzeba było odwieźć do szpitala psychiatrycznego. Remis z „Barcą”, wywalczony w niesamowitych okolicznościach, może dać drużynie Marcelino potężnego kopa. Może też ich całkiem… uśpić, no bo skoro nie przegrywa się z ekipą prezentującą nieziemski futbol, to oczekuje się bezproblemowego zwycięstwa z najsłabszą drużyną ligi. I tu tkwi haczyk, bo rzadko zwycięża się bezproblemowo. Smaku ewentualnej wiktorii z Racingiem nie zazna (z wiadomych przyczyn) Kanoute.
Co można napisać o Racingu? Że jest drużyną bardzo słabą, to wiadomo, wystarczy spojrzeć na tabelę. Że jest ekipą bardzo nieskuteczną czy wręcz indolentną, też wiadomo, wystarczy zerknąć na ich dorobek bramkowy. W tym przypadku należy zresztą pamiętać, że trzy z czterech zdobytych w tym sezonie bramek gracze Hectora Cupera zdobyli… w pierwszej (drugiej) kolejce. Innymi słowy w siedmiu pozostałych meczach Racing zdobył tylko jednego gola, co jest wynikiem porażającym. Drużyna ta w ekspresowym tempie osunęła się w dół tabeli, a ostatnio sięgnęła dna. Ma więc dwie możliwości – albo na owym dnie osiądzie na dłużej (wtedy utrzymanie będzie niezwykle trudne), albo od owego dna się odbije i zacznie zwyciężać. Będzie trudno – rywal to nie byle kto, a w meczu nie zagrają kontuzjowani Acosta, Kennedy, Colsa i Edu Bedia.
Środa
Real Madryt – Villarreal CF
W piątek 21 października „Los Blancos” świętowali mały jubileusz – właśnie wtedy minął miesiąc od momentu, kiedy nie wygrali co najmniej trzema bramkami. Dzień wcześniej tyle samo czasu upłynęło od ostatniej wiktorii Villarrealu w jakichkolwiek rozgrywkach.
Giuseppe Rossi wzdycha. Zapewne za Santim Cazorlą (fot. article.wn.com)
Dokładne analizowanie, rozpisywanie się nad stylem Realu w ostatnich meczach nie ma większego sensu. Podopieczni Mourinho od wspomnianego miesiąca po prostu miażdżą wszystko (i wszystkich, o czym boleśnie przekonał się Alvaro Vadillo), co stanie na ich drodze. Bilans bramkowy 23-3 mówi zresztą sam za siebie. Jeśli komuś przyszło do głowy, że Realowi w meczu z Malagą może być mimo wszystko nieco trudniej, już w 11. minucie spotkania mógł podrapać się w głowę, a po końcowym gwizdku rozłożyć ręce. „Los Blancos” ponownie są przerażająco skuteczną maszyną do wygrywania i stanie się coś dziwnego, jeśli boleśnie nie przekona się o tym słabiutki ostatnio Villarreal. W meczu przeciwko „Żółtej Łodzi Podwodniej” nie zagrają kontuzjowani Carvalho, Coentrao i Lass, bardzo mało prawdopodobny jest również występ dopiero niedawno ozdrowiałych Albiola i Sahina.
Co się dzieje z Villarrealem? Na to pytanie nie jest w stanie odpowiedzieć chyba nikt. Przy okazji pisania każdej zapowiedzi meczu tej drużyny, nasuwa się myśl, że klubowi włodarze strzelili sobie w stopę, sprzedając do Malagi Santiego Cazorlę. Patrząc, jak podopieczni Garrido punktują, wypadałoby się poprawić: włodarze dali sobie wyciąć jakiś ważny organ, w nadziei, że jakoś sobie bez niego poradzą. Jak widać po wynikach, drużyna niestety sobie nie radzi bez swojego głównodowodzącego. Trudno powiedzieć, co mogłoby być receptą na obecne problemy „Żółtej Łodzi Podwodnej”. Może dobry mecz na przełamanie? Może zmiana ustawienia? W środę na Santiago Bernabeu raczej nie ma co liczyć na to pierwsze, granie na tym obiekcie inną taktyką niż domyślna również nie jest najlepszym pomysłem.
Zapraszamy na radiową relację ze spotkania na antenie iGol.fm.
UD Levante – Real Sociedad
Co decyduje o fenomenie Levante? Jak długo jeszcze ci biedacy i w gruncie rzeczy słabeusze będą wieść prym w lidze? Skąd pochodzą Baskowie i dlaczego mają tak śmieszny język? Pytania te łączy jeden wspólny czynnik – trudno udzielić na nie odpowiedzi.
Sergio Ballesteros jest wysoki i potężny. Nie byłoby nic dziwnego w jego świetnym graniu w piłkę, gdyby nie to, że do tego jest szybki i… stary (fot. desportes-orange.es)
W zapowiedzi do poprzedniej kolejki, pisałem, że zwycięstwo nad Malagą było dla Lewantyńczyków momentem przełomowym, który potwierdził, że nie są rewelacją „na chwilę”, i że po kilku udanych meczach nie zaczną pikowania w dół, jak choćby Betis Sewilla. Kolejny dowód na to, że coś z tą drużyną jest na rzeczy dostaliśmy w niedzielę: podopieczni Juana Martineza już nie u siebie, nie grając topornie, stłukli na kwaśne jabłko czwartą drużynę poprzedniego sezonu, Villarreal. W związku z niesamowitą dyspozycją jednej z najbiedniejszych drużyn ligi, rodzą się liczne pytania, na przykład te, które zawarłem we wstępie. Z jednej strony irytujące, z drugiej strony piękne jest to, że fenomenu Levante wytłumaczyć się nie da. Bo gdyby się dało, ¾ drużyn całego świata próbowałoby go stosować. Wszystko wskazuje na to, że kolejnymi ofiarami graczy Martineza będzie Real Sociedad.
Pomijając fakt, że gracze z Walencji prezentują się niesamowicie, goście nie są ostatnimi czasy drużyną, przed którą ktokolwiek trząsłby portkami. Osiem zdobytych punktów na osiem rozegranych meczów to bilans mocno średni, jak na drużynę z takim potencjałem, zatem albo jest ona w nie najlepszej formie, albo jednak potencjał nie jest tak wysoki. Mimo wszystko wypada się przychylić do tej pierwszej tezy. Potwierdza ją choćby poziom piłkarskich umiejętności poszczególnych zawodników (od Claudio Bravo, przez Xabiego Prieto po Antoine’a Griezmanna) a także wcale nie fartowny remis wywalczony z „Barcą”. To było jednak dawno, od tamtej pory podopieczni Philippe’a Montaniera wywalczyli ledwie cztery punkty na 18 możliwych, wygrywając ze słabiutką Granadą i remisując ostatnio z Getafe. W meczu z Levante o przełamanie będzie niezwykle trudno.
Real Saragossa – Valencia CF
Dogłębnie przemeblowana drużyna Javiera Aguirre podejmie nienajlepiej spisującą się ostatnio (zarówno na własnym, jaki i europejskim podwórku) ekipę Unaia Emery’ego. Jeśli „Los Ches” nie chcą tracić kontaktu ze ścisłą czołówką, potrzebują zwycięstwa.
W dużej mierze od skuteczności Roberto Soldado będzie zależał wynik meczu w Saragossie (fot. vcfcentral.com)
Jakie określenie najlepiej pasuje do opisania wyników notowanych ostatnio przez Aragończyków? Że są one zróżnicowane. Wysoka porażka, pewne zwycięstwo, bramkowy remis, bezbramkowy remis, porażka, zwycięstwo, remis, porażka – bardziej w kratkę grać się po prostu nie da. Zważywszy na ostatni wynik, czyli porażkę na wyjeździe z Osasuną 0:3, nadszedł czas na remis, najpewniej bramkowy. Przemawiają za tym klasa rywala (gdyby na La Romaredę przyjechał ktoś słabszy, niż Valencia, Saragossa zapewne zgarnęłaby trzy punkty, bo tak dotychczas przeważnie czyniła na własnych śmieciach). W ostatnich sześciu spotkaniach podopieczni Javiera Aguirre zdobyli dziewięć goli, zatem można się spodziewać, że w środowym meczu obejrzymy jakieś bramki.
Żadnej z nich z pewnością nie zdobędzie Sergio Canales, kontuzjowany w ostatnim spotkaniu ligowym zawodnik „Los Ches”. Młody pomocnik wypożyczony z Realu Madryt zerwał więzadła krzyżowe prawego kolana i nie wybiegnie na boisko przez najbliższych kilkanaście tygodni. W tej sytuacji otwiera się szansa przed wysiadującym w rezerwie Danim Parejo. Canales tym samym dołączyło również długotrwale kontuzjowanego Hedwigesa Maduro. Jeśli chodzi o postawę graczy Emery’ego w ostatnich meczach, to była ona z pewnością daleka od tej oczekiwanej przez kibiców. Po niedawnej porażce w meczu Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen fani Valencii głośno wyrazili swoje niezadowolenie z frajersko straconych punktów. Trener bronił siebie i piłkarzy, przypominając, że są tylko ludźmi. Tyle że tego nikt nie kwestionował.
Athletic – Atletico
Mecz jedenastej z dziewiątą drużyną La Liga zapowiada się niezwykle ciekawie. Po pierwsze, losy obu ekip są ściśle ze sobą połączone. Baskowie z Bilbao założyli na początku 20. wieku filię klubu w stolicy Hiszpanii. Zespoły do dziś grają w tych samych, pasiastych barwach. Po drugie, przed sezonem oba zespoły przeszły rewolucję i na razie ze zmianami radzą sobie średnio. O ile Athletic chyba już wychodzi z dołka, to Atletico ciągle ma gigantyczne problemy z utrzymaniem równej formy. W weekend Athletic w wyjazdowym meczu z Valencią trzy punkty stracił dopiero na minuty przed końcem i przez całe zawody był stroną dominującą. „Los Colchoneros” również zremisowali, tyle że ze słabiutka Mallorcą na własnym boisku. Gola, co prawda z rzutu karnego, zdobył Falcao i był to chyba jedyny pozytyw tego niezbyt porywającego widowiska.
Iker Muniain jest ostatnio nie do zatrzymania (fot. athletic-club.com)
Gospodarze na San Mames stawią się bez swojego kapitana Carlosa Gurpegiego, który w meczu z Valencią poważnie uszkodził sobie więzadła krzyżowe i prawdopodobnie – klub powstrzymał się od podawania jakichkolwiek terminów – do końca sezonu już nie zagra. Nie wiadomo, czy na „La Catedral” zobaczymy Fernanda Llorente, który narzeka na bóle w lewym kolanie. Jeśli reprezentant Hiszpanii nie zdąży się ostatecznie wykurować, jego miejsce zajmie zapewne niezbyt ruchliwy, ale za to bardzo waleczny Gaizka Toquero.
W obozie gości trochę strachu narobił wszystkim Falcao. Kolumbijczyk opuścił ostatni trening z powodu problemów żołądkowo-jelitowych i chociaż klub jest ostrożny w prognozach, wydaje się, że supersnajper na San Mames zagra. Inaczej sprawy mają się z Salvio, który wczoraj skręcił kostkę. Do Bilbao nie wybiera się też od dłuższego czasu walczący z przepukliną Silvio, który niedawno niespodziewanie ogłosił, że za żadne skarby świata nie da się zoperować. Portugalczyk obawia się, że zabieg wykluczy go z gry na bardzo długo.
Faworytem rozgrywanego w Kraju Basków meczu będą gospodarze, którzy prezentują ostatnio formę pozwalającą znów mieć nadzieję na walkę o czołowe miejsca w ligowej tabeli. Nawet bez Llorente „Lwy” nie powinny mieć problemów z „Wytwórcami materaców”. Wytwórcy materaców rzadko wygrywają z lwami.
Po ledwie jednodniowej przerwie powraca hiszpańska Primera Division. 10. kolejka będzie rozłożona na trzy dni: już we wtorek zagrają drużyny biorące udział w najciekawszym pojedynku poprzedniej tury spotkań, Barcelona pojedzie do Grenady, a Sevilla podejmie u siebie Racing Santander. Drugi w tabeli Real Madryt zagra w środę z Villarrealem, a Levante, sensacyjny lider, będzie gościć Real Sociedad.
Wtorek
Granada CF – FC Barcelona
Na pierwszy rzut oka typowe starcie Dawida z Goliatem. Na drugi rzut oka okazja dla graczy Barcelony, by podreperować sobie statystyki strzeleckie. Na trzeci rzut oka nadchodzący koszmar dla bramkarza gospodarzy, Roberto Fernandeza.
Xavi, Busquets, Messi (fot. lequipefr)
Zanim rozpoczął się sezon, jako pewnik przyjmowano, że Granada jest najsłabszym zespołem La Liga. Później, w miarę trwania rozgrywek, pogląd ten wypadało lekko zmodyfikować: drużyna z Andaluzji nie była gromiona w każdym meczu, nie grała bezradnie i topornie. W większości meczów prezentowała bardzo solidną defensywę i organizację gry, a niekiedy udało się i wpadło coś z przodu. Niestety, formuła ta powoli się wyczerpuje, co potwierdził ostatni mecz ze Sportingiem Gijon – do tej pory pozostającym na dnie tabeli. Podopieczni Preciado pewnie pokonali beniaminka, który tym samym spadł na 18. miejsce. Nie jest to dobry prognostyk przed meczem z „Barcą”, tym bardziej że w ekipie Quique Piny nie zagrają kontuzjowani Boateng, Martins i Yebda.
Niepocieszony będzie zapewne Fabregas, który chętnie obrzuciłby wspomnianych Afrykanów inwektywami – powiedzieliby złośliwi. Dochodzenie, co powiedzieli sobie Cesc i Kanoute w końcówce meczu „Blaugrany” z Sevillą nie ma sensu, panowie bowiem już się przeprosili, sprawy zatem nie ma. Warto skupić się na sportowym wymiarze pojedynku obu klubów. Tu jeszcze jesteśmy w stanie powiedzieć, co się stało: „Barca” nie zdołała pokonać Sevilli, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że tak się stanie. Z innego wymiaru, i zapewne nie z nieba i ziemi pochodzi za to Javi Varas, co tłumaczyłoby jego nieprawdopodobną dyspozycję sobotniego wieczoru na Camp Nou. Jeśli ani z gry, ani z wapna nie trafia Leo Messi, wiedzcie, że coś się dzieje. Wiedzcie też, że z Granadą nie zagra Carles Puyol, co zapewne nie przeszkodzi Katalończykom w zrewanżowaniu się za remis z Sevillą.
Zapraszamy na radiową relację ze spotkania na antenie iGol.fm.
Sevilla FC – Racing Santander
„Po takim meczu, jak w sobotę, Sevilla jest w stanie wygrać, a przynajmniej nie przegrać z każdym” – można by pomyśleć. Nic bardziej mylnego, pewni swego Andaluzyjczycy mogą stracić punkty już w najbliższym spotkaniu, z ostatnią drużyną w tabeli.
Pan z prawej broni dostępu do bramki przed piłką. I robi to naprawdę dobrze (fot. visualrian.com)
Po sobotnim meczu chyba już każdy, kto choćby incydentalnie ogląda mecze La Liga, wie, kim jest Javi Varas. Nie wie za to, że odkąd ten zawodnik zaczął pojawiać się w pierwszym składzie Sevilli, nie popełnił bodaj żadnego błędu, a miewał już mecze (choćby z Valencią w zeszłym sezonie), po których napastników drużyny przeciwnej trzeba było odwieźć do szpitala psychiatrycznego. Remis z „Barcą”, wywalczony w niesamowitych okolicznościach, może dać drużynie Marcelino potężnego kopa. Może też ich całkiem… uśpić, no bo skoro nie przegrywa się z ekipą prezentującą nieziemski futbol, to oczekuje się bezproblemowego zwycięstwa z najsłabszą drużyną ligi. I tu tkwi haczyk, bo rzadko zwycięża się bezproblemowo. Smaku ewentualnej wiktorii z Racingiem nie zazna (z wiadomych przyczyn) Kanoute.
Co można napisać o Racingu? Że jest drużyną bardzo słabą, to wiadomo, wystarczy spojrzeć na tabelę. Że jest ekipą bardzo nieskuteczną czy wręcz indolentną, też wiadomo, wystarczy zerknąć na ich dorobek bramkowy. W tym przypadku należy zresztą pamiętać, że trzy z czterech zdobytych w tym sezonie bramek gracze Hectora Cupera zdobyli… w pierwszej (drugiej) kolejce. Innymi słowy w siedmiu pozostałych meczach Racing zdobył tylko jednego gola, co jest wynikiem porażającym. Drużyna ta w ekspresowym tempie osunęła się w dół tabeli, a ostatnio sięgnęła dna. Ma więc dwie możliwości – albo na owym dnie osiądzie na dłużej (wtedy utrzymanie będzie niezwykle trudne), albo od owego dna się odbije i zacznie zwyciężać. Będzie trudno – rywal to nie byle kto, a w meczu nie zagrają kontuzjowani Acosta, Kennedy, Colsa i Edu Bedia.
Środa
Real Madryt – Villarreal CF
W piątek 21 października „Los Blancos” świętowali mały jubileusz – właśnie wtedy minął miesiąc od momentu, kiedy nie wygrali co najmniej trzema bramkami. Dzień wcześniej tyle samo czasu upłynęło od ostatniej wiktorii Villarrealu w jakichkolwiek rozgrywkach.
Giuseppe Rossi wzdycha. Zapewne za Santim Cazorlą (fot. article.wn.com)
Dokładne analizowanie, rozpisywanie się nad stylem Realu w ostatnich meczach nie ma większego sensu. Podopieczni Mourinho od wspomnianego miesiąca po prostu miażdżą wszystko (i wszystkich, o czym boleśnie przekonał się Alvaro Vadillo), co stanie na ich drodze. Bilans bramkowy 23-3 mówi zresztą sam za siebie. Jeśli komuś przyszło do głowy, że Realowi w meczu z Malagą może być mimo wszystko nieco trudniej, już w 11. minucie spotkania mógł podrapać się w głowę, a po końcowym gwizdku rozłożyć ręce. „Los Blancos” ponownie są przerażająco skuteczną maszyną do wygrywania i stanie się coś dziwnego, jeśli boleśnie nie przekona się o tym słabiutki ostatnio Villarreal. W meczu przeciwko „Żółtej Łodzi Podwodniej” nie zagrają kontuzjowani Carvalho, Coentrao i Lass, bardzo mało prawdopodobny jest również występ dopiero niedawno ozdrowiałych Albiola i Sahina.
Co się dzieje z Villarrealem? Na to pytanie nie jest w stanie odpowiedzieć chyba nikt. Przy okazji pisania każdej zapowiedzi meczu tej drużyny, nasuwa się myśl, że klubowi włodarze strzelili sobie w stopę, sprzedając do Malagi Santiego Cazorlę. Patrząc, jak podopieczni Garrido punktują, wypadałoby się poprawić: włodarze dali sobie wyciąć jakiś ważny organ, w nadziei, że jakoś sobie bez niego poradzą. Jak widać po wynikach, drużyna niestety sobie nie radzi bez swojego głównodowodzącego. Trudno powiedzieć, co mogłoby być receptą na obecne problemy „Żółtej Łodzi Podwodnej”. Może dobry mecz na przełamanie? Może zmiana ustawienia? W środę na Santiago Bernabeu raczej nie ma co liczyć na to pierwsze, granie na tym obiekcie inną taktyką niż domyślna również nie jest najlepszym pomysłem.
Zapraszamy na radiową relację ze spotkania na antenie iGol.fm.
UD Levante – Real Sociedad
Co decyduje o fenomenie Levante? Jak długo jeszcze ci biedacy i w gruncie rzeczy słabeusze będą wieść prym w lidze? Skąd pochodzą Baskowie i dlaczego mają tak śmieszny język? Pytania te łączy jeden wspólny czynnik – trudno udzielić na nie odpowiedzi.
Sergio Ballesteros jest wysoki i potężny. Nie byłoby nic dziwnego w jego świetnym graniu w piłkę, gdyby nie to, że do tego jest szybki i… stary (fot. desportes-orange.es)
W zapowiedzi do poprzedniej kolejki, pisałem, że zwycięstwo nad Malagą było dla Lewantyńczyków momentem przełomowym, który potwierdził, że nie są rewelacją „na chwilę”, i że po kilku udanych meczach nie zaczną pikowania w dół, jak choćby Betis Sewilla. Kolejny dowód na to, że coś z tą drużyną jest na rzeczy dostaliśmy w niedzielę: podopieczni Juana Martineza już nie u siebie, nie grając topornie, stłukli na kwaśne jabłko czwartą drużynę poprzedniego sezonu, Villarreal. W związku z niesamowitą dyspozycją jednej z najbiedniejszych drużyn ligi, rodzą się liczne pytania, na przykład te, które zawarłem we wstępie. Z jednej strony irytujące, z drugiej strony piękne jest to, że fenomenu Levante wytłumaczyć się nie da. Bo gdyby się dało, ¾ drużyn całego świata próbowałoby go stosować. Wszystko wskazuje na to, że kolejnymi ofiarami graczy Martineza będzie Real Sociedad.
Pomijając fakt, że gracze z Walencji prezentują się niesamowicie, goście nie są ostatnimi czasy drużyną, przed którą ktokolwiek trząsłby portkami. Osiem zdobytych punktów na osiem rozegranych meczów to bilans mocno średni, jak na drużynę z takim potencjałem, zatem albo jest ona w nie najlepszej formie, albo jednak potencjał nie jest tak wysoki. Mimo wszystko wypada się przychylić do tej pierwszej tezy. Potwierdza ją choćby poziom piłkarskich umiejętności poszczególnych zawodników (od Claudio Bravo, przez Xabiego Prieto po Antoine’a Griezmanna) a także wcale nie fartowny remis wywalczony z „Barcą”. To było jednak dawno, od tamtej pory podopieczni Philippe’a Montaniera wywalczyli ledwie cztery punkty na 18 możliwych, wygrywając ze słabiutką Granadą i remisując ostatnio z Getafe. W meczu z Levante o przełamanie będzie niezwykle trudno.
Real Saragossa – Valencia CF
Dogłębnie przemeblowana drużyna Javiera Aguirre podejmie nienajlepiej spisującą się ostatnio (zarówno na własnym, jaki i europejskim podwórku) ekipę Unaia Emery’ego. Jeśli „Los Ches” nie chcą tracić kontaktu ze ścisłą czołówką, potrzebują zwycięstwa.
W dużej mierze od skuteczności Roberto Soldado będzie zależał wynik meczu w Saragossie (fot. vcfcentral.com)
Jakie określenie najlepiej pasuje do opisania wyników notowanych ostatnio przez Aragończyków? Że są one zróżnicowane. Wysoka porażka, pewne zwycięstwo, bramkowy remis, bezbramkowy remis, porażka, zwycięstwo, remis, porażka – bardziej w kratkę grać się po prostu nie da. Zważywszy na ostatni wynik, czyli porażkę na wyjeździe z Osasuną 0:3, nadszedł czas na remis, najpewniej bramkowy. Przemawiają za tym klasa rywala (gdyby na La Romaredę przyjechał ktoś słabszy, niż Valencia, Saragossa zapewne zgarnęłaby trzy punkty, bo tak dotychczas przeważnie czyniła na własnych śmieciach). W ostatnich sześciu spotkaniach podopieczni Javiera Aguirre zdobyli dziewięć goli, zatem można się spodziewać, że w środowym meczu obejrzymy jakieś bramki.
Żadnej z nich z pewnością nie zdobędzie Sergio Canales, kontuzjowany w ostatnim spotkaniu ligowym zawodnik „Los Ches”. Młody pomocnik wypożyczony z Realu Madryt zerwał więzadła krzyżowe prawego kolana i nie wybiegnie na boisko przez najbliższych kilkanaście tygodni. W tej sytuacji otwiera się szansa przed wysiadującym w rezerwie Danim Parejo. Canales tym samym dołączyło również długotrwale kontuzjowanego Hedwigesa Maduro. Jeśli chodzi o postawę graczy Emery’ego w ostatnich meczach, to była ona z pewnością daleka od tej oczekiwanej przez kibiców. Po niedawnej porażce w meczu Ligi Mistrzów z Bayerem Leverkusen fani Valencii głośno wyrazili swoje niezadowolenie z frajersko straconych punktów. Trener bronił siebie i piłkarzy, przypominając, że są tylko ludźmi. Tyle że tego nikt nie kwestionował.
Athletic – Atletico
Mecz jedenastej z dziewiątą drużyną La Liga zapowiada się niezwykle ciekawie. Po pierwsze, losy obu ekip są ściśle ze sobą połączone. Baskowie z Bilbao założyli na początku 20. wieku filię klubu w stolicy Hiszpanii. Zespoły do dziś grają w tych samych, pasiastych barwach. Po drugie, przed sezonem oba zespoły przeszły rewolucję i na razie ze zmianami radzą sobie średnio. O ile Athletic chyba już wychodzi z dołka, to Atletico ciągle ma gigantyczne problemy z utrzymaniem równej formy. W weekend Athletic w wyjazdowym meczu z Valencią trzy punkty stracił dopiero na minuty przed końcem i przez całe zawody był stroną dominującą. „Los Colchoneros” również zremisowali, tyle że ze słabiutka Mallorcą na własnym boisku. Gola, co prawda z rzutu karnego, zdobył Falcao i był to chyba jedyny pozytyw tego niezbyt porywającego widowiska.
Iker Muniain jest ostatnio nie do zatrzymania (fot. athletic-club.com)
Gospodarze na San Mames stawią się bez swojego kapitana Carlosa Gurpegiego, który w meczu z Valencią poważnie uszkodził sobie więzadła krzyżowe i prawdopodobnie – klub powstrzymał się od podawania jakichkolwiek terminów – do końca sezonu już nie zagra. Nie wiadomo, czy na „La Catedral” zobaczymy Fernanda Llorente, który narzeka na bóle w lewym kolanie. Jeśli reprezentant Hiszpanii nie zdąży się ostatecznie wykurować, jego miejsce zajmie zapewne niezbyt ruchliwy, ale za to bardzo waleczny Gaizka Toquero.
W obozie gości trochę strachu narobił wszystkim Falcao. Kolumbijczyk opuścił ostatni trening z powodu problemów żołądkowo-jelitowych i chociaż klub jest ostrożny w prognozach, wydaje się, że supersnajper na San Mames zagra. Inaczej sprawy mają się z Salvio, który wczoraj skręcił kostkę. Do Bilbao nie wybiera się też od dłuższego czasu walczący z przepukliną Silvio, który niedawno niespodziewanie ogłosił, że za żadne skarby świata nie da się zoperować. Portugalczyk obawia się, że zabieg wykluczy go z gry na bardzo długo.
Faworytem rozgrywanego w Kraju Basków meczu będą gospodarze, którzy prezentują ostatnio formę pozwalającą znów mieć nadzieję na walkę o czołowe miejsca w ligowej tabeli. Nawet bez Llorente „Lwy” nie powinny mieć problemów z „Wytwórcami materaców”. Wytwórcy materaców rzadko wygrywają z lwami.
Komentarze4
~
~mario
barcelona już wygrała widze macie w redakcji
wróżbitów :)
~
~kibic
każdy artykuł na tej stronie dotyczący la liga
jest nieprawdopodobnie stronniczy, varas zagrał
fenomenalne zawody na camp nou a nie w sevilli.
~
~.:)
Podreperowali dorobek strzelecki… i czy to był
taki spacerek, to się nie zgodzę… cienko
Barcelona zagrała, powinniście to przyznać bez
bólu, a nie faworyzować w każdym artykule.
~
~Jaro
Polska to wolny kraj więc każdy ma prawo do
swobodnego wypowiadania się…