Seria ośmiu porażek ligowych z rzędu Łódzkiego Klubu Sportowego miała zabić aspiracje zespołu Kazimierza Moskala do pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Kryzys udało się zażegnać efektownymi zwycięstwami, które miały zwiastować lepsze jutro dla łodzian. Jak się jednak szybko okazało, okres dobrej gry był tylko przejściowy. ŁKS musi się obecnie ponownie zmagać z licznymi problemami, które uniemożliwiają klubowi stałe punktowanie i bezpieczną sytuację w ligowej tabeli.
Wraz z ostatnim wygranym w tym sezonie meczem Pucharu Polski skończył się wesoły czas ŁKS-u. Od zwycięstwa nad Górnikiem Zabrze wszystko na nowo zaczęło się sypać. Wróciły koszmary defensywy z pierwszej części sezonu i do tego nieskuteczność, która czasowo zbiegła się z problemami zdrowotnymi ważnych piłkarzy łódzkiego klubu.
Pierwszy alarm
ŁKS zagrał cztery mecze na naprawdę fajnym dla oka poziomie. Dobra gra nareszcie miała przełożenie na wynik, bo do tamtego czasu wielokrotnie zdarzało się, że mimo przyzwoitej gry ŁKS nie punktował. Raz brakło szczęścia, raz ogrania w ekstraklasie, a jeszcze innym razem poparcia umiejętności boiskowych wyrachowaniem w końcówce spotkania. Tak czy inaczej od dna udało się odbić, w trzech meczach na konto wpadło siediem punktów i atmosfera wokół klubu się oczyściła. Do tego w krajowym pucharze nie była wyzwaniem dla podopiecznych Moskala potyczka z Górnikiem Zabrze i pewnie udało się awansować do 1/8 finału. Tyle że na tym eldorado się zakończyło.
Zwycięstwa nad Koroną Kielce i Rakowem Częstochowa nie mogły być w pełni wyznacznikiem możliwości ŁKS-u. Miały je dopiero zweryfikować mecze z rywalami z górnej części tabeli. A takowych łódzki klub miał mieć akurat pełno, od początku listopada w zasadzie do końca grudnia. Na pierwszy ogień poszła Jagiellonia, jeszcze wówczas prowadzona przez Ireneusza Mamrota, mająca za sobą trudny i obfity w wahania formy czas.
Jak się jednak okazało, białostocki klub był lepszy od ŁKS-u. A przede wszystkim bardziej wyrachowany i potrafiący wykorzystywać błędy rywala. Dwowa prezentami obdarzył przeciwnika Jan Sobociński, który w głównej mierze ponosi odpowiedzialność za tamtą porażkę. Przy pierwszym golu zgubił Bartosza Kwietnia, za którego miał odpowiadać przy rzucie rożnym, a przy drugim w gimnazjalny sposób dał się przechytrzyć Jesusowi Imazowi, który wyłożył piłkę Patrykowi Klimali.
Skromne porażki, duży wstyd
Mecz ze Śląskiem był kolejnym z serii tych bardzo istotnych. I zarazem kolejnym, w którym ŁKS nie podołał zadaniu. Nie chodzi nawet o samą porażkę, bo różnica była tylko jednobramkowa, ale bardziej o styl. A ten był koszmarny. Od początku spotkania piłkarze z Alei Unii Lubelskiej 2 byli totalnie zagubieni. Sprawiali wrażenie zawodników mających pierwszy raz do czynienia z dużą krajową piłką. I to nie takich wyciągniętych z 1. czy 2. ligi, ale bardziej ze szczebla wojewódzkiego.












