Rok w rok jest to samo. Liga czołga się w ślamazarnym tempie, a na końcu mistrzem Polski zostaje Legia Warszawa. Zapowiedzi poważnych transferów, szturmowanie Ligi Mistrzów i budowanie „własnego DNA”. Kończy się przegranym kolejny raz z rzędu Superpucharem, spektakularną kompromitacją w eliminacjach Champions League i doczłapaniem się w niemiłosiernych bólach do fazy grupowej Ligi Europy.
Awanse polskich klubów nie zawsze są regularne, ale w ekstraklasie dostrzeżemy kilka powtarzających się schematów. Oto jedna z takich prawidłowości – zazwyczaj trener zdobywający mistrzostwo, szkoleniowiec prowadzący zespół w eliminacjach do Europy i ten, który już w Europie toczy boje w fazie grupowej, to trzy zupełnie różne osoby. Bywa i tak, że dołącza do nich kolejny – ten, który ma za zadanie dociągnąć zespół do szczęśliwego końca rozgrywek. Wszyscy są dumni, wszyscy świętują przy akompaniamencie akordeonu, wszyscy mają poczucie dobrze wykonanej pracy zwieńczonej sukcesem . Sukcesem krótkotrwałym.
Gdzie to DNA?!
Legia buduje swoje DNA. Było już DNA norweskie z domieszką Fergusonowskiej szkoły angielskiej. Później było twarde, siłowe DNA rodem z Rosji, które ustąpiło miejsca DNA belgijsko-albańskiemu. Następnie zdecydowano się na powrót do DNA warszawskiego, by później nastało DNA chorwackie. Każdy z trenerów był specjalistą, który w innych warunkach niż Ekstraklasa, byłby postrzegany jako dobry szkoleniowiec z predyspozycjami do osiągnięcia sukcesu. Na przestrzeni lat Legia Warszawa miała być drugim Anderlechtem, Olympiakosem Pireus, drugą Kopenhagą, Ajaxem Amsterdam i Dinamem Zagrzeb. Choć najbardziej konsekwentnie wygląda koncepcja bycia drugą Bazyleą – o czym szumnie wspominał jeszcze prezes Leśnodorski, a aktualny sternik, prezes Mioduski, zatrudnił doradcę dowodzącego niegdyś szwajcarskim klubem. Legia ma być każdym. Tylko nie sobą.
„Wojskowi” nie są jednak odosobnionym przypadkiem na piłkarskiej mapie Polski. Swego czasu bardzo podobnie wyglądała sytuacja w Poznaniu, gdzie Lech przez szereg lat postrzegał swoją tożsamość jako genialnego, skazanego na sukces klubu, żyjąc wciąż pamięcią o czasach Smudy, Lewandowskiego, Arboledy i pamiętnych spotkań w Europie. Długie lata szczycono się dokonaniami, które ostatecznie zakończyły się klęską – kolejnym brakiem mistrzostwa, kompromitacją w ostatnim meczu z Legią. Smutny obrazek. Lech doszedł do punktu, w którym trzeba było przyznać się do błędu. Niewłaściwego doboru trenera do strategii, zatrudnianiem niepotrzebnych i przepłaconych skandynawskich gwiazd, które blokowały miejsce w składzie kolejnym wychowankom. Powiewem optymizmu okazała się konferencja Piotra Rutkowskiego, na której zaprezentowano nowego szkoleniowca. Słuchając tych słów, można było wyczuć złość na zaistniałą sytuację i brak akceptacji takiego stanu rzeczy. A jego rozwiązaniem miał być trener znający doskonale realia klubu, który od dawna szykował się do objęcia stanowiska. Od dawna ogrywał kolejnych młodych zawodników w systemie trójką obrońców i teraz konsekwentnie wprowadza system w pierwszej drużynie. Następny krok? Wprowadzać do składu kolejnych wychowanków i mieszać ich z dobrymi, pasującymi do zespołu obcokrajowcami. Lech spokorniał. Lech zrozumiał swoje błędy i postanowił je naprawić w najlepszy możliwy sposób. Bo zatrudnienie Djurdjevicia w Poznaniu jest nie tylko mniej kosztowne, ale także mniej ryzykowne niż sprowadzanie zagranicznego magika. Pytanie tylko, czy powrót do korzeni przyniesie Lechowi Poznań od dawna wyczekiwany sukces.













