Lubin i Nieciecza. Dwa… miasta – określenie to byłoby w tym przypadku sporym nadużyciem. Dwie miejscowości, w których latem hucznie witano ekstraklasę. Minęło blisko pół roku i nadszedł czas na to, aby podsumować dotychczasowe poczynania beniaminków. Jaka była runda jesienna dla Zagłębia i Termaliki?
Frycowe Niecieczy
Historyczny debiut, dziewiczy występ – takimi epitetami określano pierwszy mecz Termaliki na poziomie ekstraklasy. Rywalem był – z perspektywy czasu czasu, nie byle kto, bo aktualny lider – Piast Gliwice. „Słoniki” mogły zaskoczyć niedzielnego widza konsekwencją w budowaniu akcji od samego bramkarza. Patrząc na Niecieczę, można było odnieść wrażenie, że oglądamy delikatnie niedorobioną Barcelonę. Trener Mandrysz koniecznie chciał przenieść styl, który Termalica wypracowała w pierwszej lidze, na ekstraklasowe podwórko. Było to jednak trudne. Dlaczego?
Rywale na najwyższym szczeblu rozgrywek nie rzucali się do szaleńczego, często chaotycznego pressingu, jak miało to miejsce na zapleczu ekstraklasy. Spokojnie ustawiali szyki i czekali na błąd Termaliki w wyprowadzeniu piłki. A takich nie brakowało. W trzech pierwszych meczach, które – warto zaznaczyć – beniaminek rozgrywał na wyjazdach, Nieciecza nie zdobyła nawet oczka, a w dodatku miała na koncie pięć straconych goli i żadnego zdobytego. Na beniaminku nie pozostawiono suchej nitki i już wieszczono szybki powrót do I ligi.
Tymczasem trener Mandrysz wyciągnął wnioski, zmienił nieco styl pracy z zespołem, rezygnując z utopijnej wizji małopolskiej tiki-taki. Co więcej, ściągnął do Niecieczy człowieka, który z niejednego piłkarskiego pieca jadł chleb, a walkę o utrzymanie w ekstraklasie ma we krwi. Tym kimś był Pavol Stano – 38-letni Słowak, który po rozwiązaniu kontraktu z Podbeskidziem pozostawał bez pracy. Ten ruch transferowy, z pogranicza odwagi i szaleństwa, szybko przyniósł oczekiwane skutki.
Odwrócona karta
7 sierpnia 2015 roku, godzina 20:30, 4. kolejka ekstraklasy. Pierwszy gwizdek w meczu beniaminków – Termalica podejmuje Zagłębie na własnym stadionie w… Mielcu. Pełne trybuny, ale trudno się dziwić – ekstraklasa wróciła, chociaż przez chwilę, na Podkarpacie. I to właśnie w Mielcu stała się rzecz niesłychana – Termalica nie dość, że zdobyła „dziewiczą bramkę” , której strzelcem był niedoszły emeryt Stano, to jeszcze zainkasowała „historyczne punkty”, pokonując „Miedziowych” 1:0. Szok i niedowierzanie.
Tydzień później do Mielca zawitał Górnik Zabrze i dla Ślązaków nie była to podróż przyjemna. Trzy bramki w worku i długa droga powrotna do Zabrza. Termalica zachwyciła nie tylko samym zwycięstwem, ale unikalnym stylem. Na grę „Słoników” patrzyło się z przyjemnością.
Niecieczy brakowało jednak punktów zdobywanych na wyjazdach. Wyprawa do Chorzowa w piątej kolejce nie przyniosła żadnych zmian – Termalica w delegacji wciąż była synonimem klęski. Wyjazdowe zwycięstwo przyszło dopiero w 8. kolejce, kiedy to po kapitalnym meczu beniaminek pokonał rozpędzoną Cracovię 3:2. Na marginesie – był to chyba jeden z lepszych jak dotychczas meczów ekstraklasy w tym sezonie. Nieciecza zaprezentowała wszystko to, czego wymaga się od klasowego zespołu. Z kronikarskiego obowiązku warto też podkreślić, że tydzień wcześniej beniaminek odprawił z kwitkiem Lecha Poznań, choć tak naprawdę w tamtym okresie nie był to żaden wyczyn, liga funkcjonowała wówczas na zasadzie „bij mistrza!”.











