Niezależnie od kosmicznego pogromu, jaki Barcelona zgotowała w sobotę Osasunie, Real mógł utrzymać nad odwiecznym rywalem bezpieczną, dwupunktową przewagę. Mógł, ale nie utrzymał, bo w meczu z Levante w aktora postanowił pobawić się Angel Di Maria, natomiast w szeryfa Sami Khedira. Skończyło się haniebną porażką Realu 0:1 i kolejnymi, nieco już nudnymi utyskiwaniami Jose Mourinho na spisek arbitrów.
Barca

Zacznijmy od Barcelony. Po dwóch remisach 2:2 z kolei (ligowym i pucharowym) było więcej niż pewne, że Osasuna przyjedzie na Camp Nou po solidne baty. Dodatkowo gwarantem pogromu był fakt, że we wspomnianych spotkaniach ani razu do bramki nie trafił Leo Messi, pałający chęcią podreperowania statystyk. Stało się to, czego wszyscy się spodziewali, choć rozmiary wiktorii mogą zaskakiwać. Choć rytualne lanie odbywa się na Camp Nou średnio raz w miesiącu, osiem bramek kibice „Barcy” mogli oglądać ostatnio niemal 15 lat temu (kiedy to rozstrzelali Logrones). Fenomenalny występ zaliczył Messi, strzelając trzy bramki, a przy dwóch asystując, a równie świetnie zagrał Fabregas, który wypracował dwie bramki „La Puldze”, jedną Villi, a jedną zdobył sam. Innymi słowy, wszystko wróciło do normy, „Barca” wygrywa tak wysoko, jak jej się podoba (grając tym razem w ustawieniu 4-4-2), prezentując futbol z innej planety. Mecz z Osasuną pokazał też, że mózg Barcelony, Xavi, został przez wielu zbyt wcześnie wysłany na emeryturę. Dobry mecz z Sociedad, świetny z Milanem i jeszcze lepszy z rywalem z Nawarry zadają kłam teoriom, że transfery Cesca, Sancheza i eksplozja talentu Thiago zepchną żelolubnego mikrusa do rezerwy. I chociaż grę w pierwszym składzie w tej chwili ułatwia Xaviemu kontuzja Iniesty (i być może, w mniejszym stopniu, uraz Sancheza), to wydaje się, że gdy wrócą do zdrowia, pozycja wicekapitana będzie równie mocna.
Real

W jakim stopniu kanonada „Blaugrany” wpłynęła na wynik meczu Realu? Trudno ocenić. Wydaje się, że jeszcze przed wyjściem na boisko na mecz z Levante piłkarze Mourinho mieli świadomość, że powinni wygrać jeśli nie równie wysoko, to przynajmniej przekonująco, by udanie odpowiedzieć Barcelonie. Jeśli nie to wywarło presję na graczach w białych koszulkach, to doprawdy trudno orzec, co to było. Faktem jest, że już od pierwszego gwizdka brakowało im zimnej krwi w sytuacjach podbramkowych, co zapewne tylko potęgowało presję i frustrację. Znalazła ona ujście już w 40. minucie spotkania. Najpierw Angel Di Maria był faulowany przez Juanfrana, a nie mogąc doczekać się decyzji sędziego, sam wyciął rywala w rewanżu. Momentalnie wokół poszkodowanego utworzyło się zbiegowisko, co w idiotyczny sposób próbował wykorzystać Argentyńczyk, padając niczym porażony piorunem i chowając twarz w dłoniach. Symulacja była o tyle perfidna, że w momencie „upadku” najbliżej gracza „Los Merengues” stali koledzy z zespołu i arbiter liniowy. A może to on ukradkiem znokautował Angela? Jose Mourinho zapewne nie wykluczał takiej możliwości. Do zwijającego się z „bólu” Argentyńczyka podszedł Sergio Ballesteros, co spotkało się z równie idiotyczną reakcją Khediry, który mając już na koncie żółty kartonik, postanowił przewrócić gracza Levante. Summa summarum wszyscy trzej, Di Maria, Ballesteros i Khedira dostali „żółtko”, co dla tunezyjskiego Niemca oznaczało opuszczenie boiska. Dla szarego człowieka większą zagadką jest jednak zachowanie „El Fideo”, bo jaki ma sens robienie z siebie pośmiewiska na oczach całego świata? W imię czego? Zwycięstwa? No to niestety nie wyszło, bo osłabiony Real nie dał rady słabiutkiemu Levante i już po trzech kolejkach traci punkt do „Barcy” i trzy do lidera…












