Rok temu od pierwszej minuty nie rozegrał nawet połowy spotkań ligowych Barcelony B. Dziś bez wahania wypełnia będącą w szwach linię obrony „Blaugrany”. La Masia przywitała go w 2007 roku. Trzynaście lat później pozwoliła mu zadebiutować w pierwszej drużynie w spotkaniu Ligi Mistrzów. Nic takiego nie miałoby miejsca, gdyby nie pech innego obrońcy. Oscar Mingueza swoją historią pokazuje, że Barcelona powinna pójść po rozum do głowy.
– Myślę, że zasłużył na więcej występów. Dziś pokazał, że możemy na niego liczyć. Wykorzystał swoją szansę – Ronald Koeman tuz po debiucie Minguezy.
21-latek został wrzucony na głęboką wodę. Spotkaniem z Dynamem Kijów Barcelona rozpoczęła eksperyment pod tytułem: „Czy uda nam się ukryć brak Pique?”. Na pierwszy ogień poszedł Oscar Mingueza, który bez gry od ponad miesiąca wystąpił jak do tej pory w każdym spotkaniu. Trzy mecze z potencjalnie łatwymi rywalami, trzy czyste konta. Jest dobrze, ale sucha statystyka nie może zamydlić nam oczu.
Solidny początek niespodziewanego
– Zadebiutowanie w Lidze Mistrzów w najlepszym klubie świata jest marzeniem. Jestem bardzo, bardzo szczęśliwy. Przez cały tydzień zastanawiałem się, czy pojawię się na boisku. Kiedy się dowiedziałem, że zagram, ucieszyłem się, miałem wielkie chęci do gry. Mam nadzieję, że to początek czegoś wielkiego. Trzeba dalej pracować – powiedział piłkarz po wyczekiwanym debiucie.
Na boisku widzimy go często z kamienną twarzą, z którą zagrywa niczym zakodowane podania. Stres czy w pełni naturalne środowisko, do którego przyzwyczajany był przez ponad dekadę? Prawdziwą twarz zawodnika poznamy, kiedy ten otworzy usta. Trudno o ukrywanie szczerych emocji, gdy spełniają się twoje marzenia. Ciężka, wieloletnia praca się spłaca, ale z tyłu głowy wciąż pozostaje świadomość, że czar może zaraz prysnąć.
Być może tak się nie stanie, bo początek jest więcej niż dobry. Mingueza stworzył duet z Lengletem. Tym, którego do pewnego czasu uznawać można było za pewniaka dorównującego do poziomu Pique. W tym sezonie Francuz się zdrzemnął z Realem i do tej pory się nie obudził. Elektryczny, niepewny, z głową w chmurach. Lengleta pilnować muszą nie tylko rywale, ale i jego koledzy z drużyny. W tym trudniejsza robota dla Minguezy, który, wchodząc, musi przede wszystkim patrzeć na siebie. A to jak do tej pory się sprawdza.











