Selekcjonera reprezentacji Polski bronią wyniki, a one są w piłce nożnej najważniejsze. Nie mieli ich Waldemar Fornalik i Franciszek Smuda. To bardzo silna karta przetargowa, która stawia go w bardzo pozytywnym świetle. Adam Nawałka nie zawsze jednak podejmuje racjonalne decyzje, których można w jakikolwiek normalny sposób bronić.
57-latek jako trener cechuje się upartością, odwagą i konsekwencją. Te trzy umiejętności przynoszą bardzo pozytywne efekty. W swoją rolę, sternika kadry „Biało-Czerwonych”, wpisał się świetnie. Okazał się być połączeniem najlepszych cech Smudy i Fornalika. Drużynę prowadzi twardą ręką i na każdym kroku podkreśla, że najważniejsza jest solidna praca na treningach, ale nie zapomina przy tym o żartach i tworzeniu dobrej atmosfery w szatni. Jego zespoły zawsze prezentowały się bardzo specyficznie. Największe piętno odcisnął na Górniku Zabrze – to właśnie dzięki pracy w tym miejscu dostał nominację od PZPN.
Cel kiedy obejmował kadrę był jeden – awans na Euro 2016. Od razu wraz ze swoim sztabem wziął się do przygotowywania planu. Wyselekcjonował daną grupę piłkarzy, nie zapominając przy tym o swoich wychowankach (Arkadiusz Milik, Paweł Olkowski), których od zawsze mocno promował. Od początku swojej przygody z reprezentacją nie bał się ryzyka. Odważnie stawiał na siedzącego na ławce w Ajaksie Amsterdam Milika, który odwdzięczył mu się świetną grą i kilkoma golami w eliminacjach. Odważnie postawił również na Kamila Grosickiego, Sebastiana Milę, Tomasza Jodłowca czy Artura Jędrzejczaka. Wszystkie te decyzje w duże mierze przyczyniły się do tego, iż „Biało-Czerwoni” plasują się w tabeli swojej grup tuż za Niemcami, na drugiej lokacie. Jednak teraz koniec słodzenia, bo selekcjonerowi naszej reprezentacji zdarza się podejmować zupełnie irracjonalne decyzje.

Powołania. W tym bardzo istotnym elemencie swojej pracy Adam Nawałka często szokuje. Podjął już kilka bardzo dziwnych wyborów. W tym, co robi, jest jednak szalenie konsekwentny. Na najważniejsze, październikowe spotkania eliminacji do Euro 2016 z Irlandią i Szkocją również powołał kilku ,,ciekawych’’ graczy. Przemysław Tytoń, Thiago Cionek, Sebastian Mila i Sławomir Peszko . 57-latek ciągle ich powołuje, zupełnie nie zważając na to co dzieje się dookoła. Tego nie da się wytłumaczyć. Może po kolei, żeby pokazać absurd całej sytuacji.
Na pierwszy ogień dwójka z Lechii. Należy odnotować, że drużyna z Gdańska, która miała bić się o mistrzostwo, zajmuje 13. miejsce w tabeli, więc bliższe strefy spadkowej niż grupy mistrzowskiej. Liderem zawodzącej ekipy miał być właśnie Mila, który mimo trochę słabszej wiosny wciąż jechał na fali jesiennego błysku w meczach reprezentacyjnych. Do tego jest sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, ma poczucie humoru i błyszczy ciekawymi wypowiedziami. Krótko: tworzy atmosferę. Walorów sportowych jednak w ostatnich miesiącach nie posiada żadnych. Po boisku porusza się jak zjawa – flegmatycznie, gra bez polotu, a kibiców i kolegów z drużyny frustrują jego straty czy niecelne podania. Nic więc dziwnego, że coraz częściej siedzi na ławce dla rezerwowych. Podobnie wygląda sytuacja u jego nowego klubowego kolegi, Sławomira Peszki. Przychodził do Gdańska jako skrzydłowy kadry o uznanej marce w Bundeslidze i Europie. – mówił. Jak się okazuje, przyjście do Lechii też niekoniecznie będzie dobre. Na tle przeciętnych do bólu polskich ligowców on niczym się nie wyróżniał. Biegał, jak mówi słynne piłkarskie powiedzenie, jak Żyd po pustym sklepie. Zadebiutował i siadał na ławce. Thomas von Heesen go nie polubił. Ma o nim prawdopodobnie bardzo złe zdanie. O niebo lepsze ma za to Adam Nawałka, który nie bał się sięgnąć po swojego pupila. Nawet jeśli ten pełni tylko epizodyczną rolę w powolnym wstawaniu z kolan Lechii.













