Derby Krakowa – elektryzujące nie tylko gród Kraka, ale także całą piłkarską Polskę – tuż-tuż. Nastroje, zarówno przy Reymonta, jak i przy Kałuży, niezwykle bojowe. Napięcie sięga zenitu, a typowanie faworyta to niejako wróżenie z fusów. W meczach o takim ciężarze gatunkowym szalę zwycięstwa może przechylić jeden błąd lub jedno genialne zagranie, a o szczyptę geniuszu na boisku będzie miał kto zadbać. Kapustka, Brożek, Rakels, Guerrier i najpoważniejszy z kandydatów Mateusz Cetnarski – w tej chwili, nie bójmy się tych słów, najlepszy piłkarz biegający po ligowych boiskach.
Garść statystyk na początek. Siedem goli, cztery asysty, pięć kluczowych podań. Udział przy golu co 72 minuty. „Ale Nikolić ma więcej!” – odezwą się wszechobecni krytycy. Owszem, ma. Węgier więcej strzela, ale jest to uwarunkowane przez jego boiskową pozycję. Jako typowy lis pola karnego ma wpływ na grę swojej drużyny, ale tylko w najbliższych okolicach bramki przeciwnika. Z kolei Cetnarski to dziś, jakby to zwięźle ujął Franciszek Smuda, „alfa romeo” Cracovii. Człowiek orkiestra i jest to przydomek idealnie skrojony dla byłego piłkarze Śląska, bo jak sam przyznaje, jest wielkim pasjonatem muzyki każdej maści, z wyłączeniem disco polo, a także amatorem perkusji.
Parafrazując biblijny klasyk, „oddajmy Cetnarskiemu, co Cetnarskiego”. Bezapelacyjnie piłkarz Cracovii to jedna z najbardziej barwnych postaci ekstraklasy. Jego koloryt, radość, jaką czerpie z życia osobistego i zawodowego, wyraźnie przebija się na tle ligowej szarzyzny. Człowiek wielu pasji, szerokich horyzontów. Nie powiela schematów, zawsze potrafi zaskoczyć inteligentną odpowiedzią czy puentą. Nie boi się skrytykować siebie czy kolegów, ale jest daleki od samobiczowania, które z takim uwielbieniem praktykuje chociażby jego kolega z szatni Marcin Budziński. Jeden z niewielu, który ma coś do powiedzenia nie tylko o piłce, choć u naszych ligowców i z tym czasem trudno, ale także o wielu aspektach codziennego życia. Rozmówca idealny. Trudno się jednak dziwić, Cetnarski miał wątpliwą przyjemność, aby przekonać się, jak kruchy i niepewny może być żywot nie tyle piłkarza, co człowieka.
Sepsa, która zaatakowała jego organizm, mogła nie tylko w brutalny sposób przerwać jego karierę, ale nawet zagrozić życiu. Hart ducha, siła, którą musiał się odznaczyć, aby najpierw pokonać chorobę, a później w ekspresowym tempie wrócić na boisko, wymagają podkreślenia. Życie dało mu popalić, ale on się nie zraził. Wstał, otrzepał się i poszedł dalej. Już choćby z tego powodu Cetnarski jest, dla mnie, postacią wybitną, zasługującą na najwyższe słowa uznania. A powodów, dla których warto byłoby rozważyć zbudowanie Cetnarskiemu niewielkiego pomniczka przy Kałuży, jest więcej.












