Skauting piłkarski to dziś znacznie więcej niż oglądanie meczów i wyszukiwanie wyróżniających się zawodników. O tym, jak wygląda praca skauta od środka, jak zmienił się ten zawód i na co zwraca uwagę przy ocenie potencjału piłkarza, rozmawiamy z Michałem Opiłką. Wspominamy jego doświadczenia z Reading FC, Widzewem Łódź, Jagiellonią Białystok i agencją Unidos, a także kulisy obserwacji zawodników, współpracy z trenerami i analitykami oraz momenty, w których statystyki muszą ustąpić miejsca „oku” skauta.
Filip Tomana (iGol.pl): Gdybyś miał cofnąć się do momentu, w którym jeszcze nie wiedziałeś, że skauting będzie Twoim zawodem, to co tak naprawdę sprawiło, że zacząłeś patrzeć na piłkę inaczej niż zwykły kibic?Pamiętasz pierwszy moment, kiedy złapałeś się na tym, że zamiast tylko oglądać mecz, zacząłeś analizować zawodników, ich zachowania, decyzje i potencjał?
Michał Opiłka (skaut piłkarski): W sumie od zawsze interesowała mnie analiza oraz ocena potencjału, a na tamte czasy powiedziałbym: czy ktoś się nadaje czy nie. Oglądając najlepsze ligi świata, zawsze szukałem czegoś nietuzinkowego. Trochę też życie postawiło mnie pod ścianą — mając marzenia związane z pracą przy piłce, musiałem odszukać swoją niszę. Trenerka nigdy mnie nie kręciła, więc poszedłem w tym kierunku.
Twoja kariera skautingowa zaczęła się w Anglii, w Reading, a nie w Polsce. Jak człowiek z Polski trafia wtedy do klubu na Wyspach i jak wyglądało zderzenie z rzeczywistością pierwszego dnia?Co było największym szokiem – poziom organizacji, język, sposób pracy, wymagania czy może świadomość, że jesteś obserwowany przez ludzi, którzy naprawdę zawodowo zajmują się oceną Twojej pracy?
Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem nie wiadomo jak ważnym skautem w Reading FC w tamtym czasie. Raczej sprowadzało się to do wyjazdu na mecz i zrobienia raportu. Nie uczestniczyłem w pełnym procesie transferowym. Trafiłem tam poprzez wysłanie CV, pojechałem na rozmowę i tak zaczęła się moja przygoda z klubem z południa Anglii. Jeśli chodzi o drugą część pytania, zdecydowanie największym problemem był język — nie samo porozumiewanie się, a używanie technicznego nazewnictwa, którego uczyłem się każdego dnia.
Wspominałeś, że trafiłeś do Reading FC przez wysłanie CV. Co było w tym CV albo podczas rozmowy, że klub zdecydował się dać Ci szansę? I jak wyglądał Twój pierwszy raport dla Reading?
W początkowej fazie moich działań na rzecz Reading FC był to wolontariat; ja wtedy mieszkałem w Szkocji, a nikogo nie mieli w tym rejonie, po prostu Phil Antwi dał mi szansę.
Pierwszy raport to było Newcastle United — Kilmarnock FC na obiektach treningowych w Newcastle — wtedy jechałem oglądać francuskiego napastnika, który był na testach w Newcastle, a w oko wpadł mi Matty Longstaff, który kilka lat później w swoim debiucie strzelił gola z Manchesterem United.
Reading dało Ci prawdopodobnie zupełnie inne spojrzenie na to, czym może być skauting.
Co z tamtego okresu zostało z Tobą do dziś jako zasada, której później nie chciałeś już odpuszczać, niezależnie od klubu, w którym pracowałeś?
Zawsze jestem ostrożny co do pierwszego wrażenia, bo potrafi Cię zgubić zarówno w skautingu negatywnym, jak i pozytywnym.
W Reading korzystaliście z systemu Scout7 i odpowiadaliście na bardzo szczegółowe pytania dotyczące m.in. formacji, atakowania przestrzeni czy funkcjonowania zawodnika w konkretnym systemie. Czy pamiętasz moment, kiedy po raz pierwszy zrozumiałeś, że „dobry zawodnik” i „zawodnik dobry dla naszego zespołu” to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy?
Podczas działań na rzecz Akademii zawsze szukasz efektu „wow”, czegoś wyjątkowego, talentu, szczególnie na poziomie Akademii Category 1, a taką właśnie kategorię miała Akademia Reading. A w pierwszym zespole szukasz gotowego „produktu”. Świetnym przykładem z tamtych czasów był Alfredo Morelos z Glasgow Rangers — maszyna do strzelania goli, ale fatalnie się prowadził, zapuszczony, naturalny goleador. W tamtym momencie nie uważałem jednak, że będzie strzelał w Premier League, bo w Reading szukaliśmy już pod kątem Premier League, co było jeszcze trudniejsze na rynku szkockim. To był dobry piłkarz, ale nie na najwyższy poziom w Anglii.
Wspomniałeś o Alfredo Morelosie. Co konkretnie sprawiło, że mimo jego naturalnego instynktu strzeleckiego, nie widziałeś go wtedy jako zawodnika na poziom Premier League?
Premier League to jest inny poziom, atletyczni piłkarze biegający po 35 km/h, niesamowicie wyszkoleni technicznie przygotowani w stu procentach do zawodu. I myślę, że tutaj główna cecha to mentalność, która zadecydowała — on nie był gotowy. Bliskość Londynu myślę, że też by mu nie pomogła.
Czy jest jakiś zawodnik, którego oglądałeś bardzo wcześnie w swojej karierze i którego ocena nauczyła Cię więcej niż dziesiątki kursów czy szkoleń? Nie musi to być ktoś, kogo trafnie wskazałeś – może właśnie ktoś, którego kompletnie źle oceniłeś.
Lewis Morgan, wtedy grał w St. Mirren na poziomie szkockiej Championship — mocno go rekomendowałem. Finalnie trafił do Celticu. Miał niesamowitą motorykę, ale kluczową sprawą, która wpłynęła na mój rozwój w jego przypadku, była obunożność — potrafił prowadzić obiema nogami, dryblować, strzelać i dośrodkowywać. Na tamtym etapie dopiero podczas trzeciej obserwacji byłem pewny, która noga jest wiodąca, po sugestii bardziej doświadczonego skauta.
Morgan to ciekawy przykład rozwoju Twojego „oka” skauta. Co dokładnie powiedział Ci bardziej doświadczony skaut na temat jego obunożności i czy od tamtej pory zacząłeś podczas obserwacji świadomie zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej mogłeś przeoczyć?
To było 10-12 lat temu, aż takich szczegółów nie pamiętam. Jedynie żeby potwierdzić, która noga jest mocniejsza, warto zwrócić uwagę, z której nogi się wybija podczas pojedynków główkowych.
W Reading pracowałeś w bardzo analitycznym środowisku, a później w Hibernianie sposób pracy był inny – dużo opierało się na Excelu, researchu dotyczącym zachowania zawodnika i jego przeszłości. Co było dla Ciebie większą szkołą skautingu: liczby i ustrukturyzowany proces czy „grzebanie” w człowieku i jego historii?
W tak początkowej fazie kariery czerpiesz garściami od wszystkich. Kolejna rzecz to statystyki — były rozwinięte, ale nie tak jak dzisiaj. Nie ma co porównywać ich do danych, które są obecnie dostępne. Jeśli chodzi o część socjalną piłkarza, to dziś Instagram, TikTok, Facebook czy fanpage piłkarzy mówią Ci wszystko. Musimy również pamiętać o tym, że piłkarz podczas rozmowy z Tobą dokładnie wie, co skaut chce usłyszeć, a jeśli pojawiają się jakieś kontrowersje na jego social mediach, to najprawdopodobniej albo jest mało inteligentny, albo otacza się złymi ludźmi, którzy mu o tym nie powiedzieli.
Dzisiaj mamy ogromną ilość danych i informacji o zawodniku. Czy początkujący skaut może nauczyć się odpowiednio analizować człowieka poza boiskiem, czy pewnego rodzaju „czutka” zawsze będzie kwestią doświadczenia?
Tylko że to jest odwracanie piramidy — skaut jest od oceny potencjału/przydatności do zespołu. Analityk sprawdza liczby. Sprawy socjalne są na później, szkoda czasu to sprawdzać w początkowej fazie, bo jak piłkarz Ci się nie spodoba, to po prostu nie idziesz w to głębiej.
Czy pamiętasz najbardziej absurdalną albo zaskakującą informację, jaką udało Ci się znaleźć podczas researchu zawodnika? Taką, która na pierwszy rzut oka nie miała nic wspólnego z piłką, ale ostatecznie zmieniła sposób, w jaki patrzyłeś na jego kandydaturę?
2022 – groźby: według holenderskiej prokuratury (OM) 7 października 2022 roku Ihattaren wspólnie z inną osobą próbował grozić pewnej osobie. Dowodem była m.in. rozmowa telefoniczna podsłuchana przez policję.
2023 – przemoc wobec partnerki: 11 lutego 2023 roku został zatrzymany po zgłoszeniu przez ówczesną partnerkę, która oskarżyła go o pobicie.
2025 – kara: Ihattaren przyznał się do obu czynów podczas posiedzenia w maju 2025 roku. Prokuratura nałożyła na niego 60 godzin prac społecznych. Nie złożył sprzeciwu, więc kara stała się prawomocna.
Powiązania ze środowiskiem przestępczym: przez pewien czas był również łączony w mediach i kontekście policyjnego śledztwa ze środowiskiem określanym w Holandii jako „Mocro Mafia”. To odrębna kwestia od dwóch czynów, za które otrzymał karę w 2025 roku. Nie należy przedstawiać samego powiązania medialnego jako skazania za działalność przestępczą.
Samochód: w 2022 roku jego Porsche spłonęło w podejrzanym pożarze. Później pojawiły się informacje o możliwym związku tego zdarzenia z szerszymi problemami wokół piłkarza, ale nie oznacza to, że Ihattaren został uznany za sprawcę podpalenia.
Problemy klubowe: wcześniej miał też problemy z dyscypliną, przygotowaniem fizycznym i regularnością. Juventus, Sampdoria, Ajax i później Slavia Praga nie zdołały ustabilizować jego kariery.
[Przyp. red. — Mohamed Ihattaren to holenderski ofensywny pomocnik marokańskiego pochodzenia, który jako nastolatek uchodził za jeden z największych talentów akademii PSV Eindhoven. W seniorskiej piłce reprezentował również barwy Juventusu, Sampdorii, Ajaksu czy Slavii Praga, jednak jego karierę zahamowały problemy pozasportowe i brak stabilizacji. Dziś występuje w Fortunie Sittard, próbując odbudować swoją pozycję w holenderskim futbolu.]
Czy przykład Ihattarena pokazuje Ci przede wszystkim, jak ważny jest background check czy raczej to, że niektórych problemów w życiu zawodnika nie da się przewidzieć?
Przykład Ihattarrena jest z innej planety, bo piłkarzy z takimi historiami jest niewielu. Problemów nie da się przewidzieć, ale zachwiania, które były w przeszłości, mogą Ci podpowiedzieć, czego możesz się spodziewać i jak ewentualnie możesz zadziałać prewencyjnie, jeśli się zdecydujesz na taki krok.
W Wielkiej Brytanii funkcjonuje bardzo rozbudowany system obserwowania zawodników z niższych poziomów. Co najbardziej różniło tamtejsze podejście od tego, co wówczas widziałeś w polskim futbolu? I czy była jakaś rzecz, o której wtedy pomyślałeś: „Dlaczego my w Polsce tego nie robimy?”
Tutaj widzę zupełnie inny problem. W UK jest masa skautów-pasjonatów, którzy za zwrot kosztów paliwa i przysłowiową kurtkę z emblematem swojego lokalnego klubu chcą jeździć i jeżdżą obserwować piłkarzy. Często są to jednak ludzie majętni, którzy traktują to jako hobby, a nie źródło zarobku. U nas początkujący skaut nie może sobie na to pozwolić w dłuższym wymiarze czasu i traci zapał, bo nie otrzymuje żadnego zwrotu za wkład włożony w rozwój danego klubu. W efekcie sami odpadają po jakimś czasie.
Podczas Football Scouting Convention opowiadałeś o Michaelu Olise jako przykładzie zawodnika, który został odpowiednio wcześnie zauważony przez skauting młodzieżowy. Czy pamiętasz jakiś moment z pracy na Wyspach, kiedy zobaczyłeś młodego zawodnika i pomyślałeś: „Jeżeli ten chłopak będzie się prawidłowo rozwijał, za kilka lat wszyscy będą o nim mówić”?
Pierwsza myśl to 15-letni Billy Gilmour przed transferem z Glasgow Rangers do Chelsea, podczas turnieju Victory Shield. Drugim będzie Axel Zagadou w reprezentacji Francji U-19 — lewonożny środkowy obrońca, atleta z niesamowitą techniką. Mimo że jego CV wygląda dobrze, kontuzje go wyhamowały.
Po latach pracy w kilku różnych środowiskach: gdybyś miał wyciągnąć trzy rzeczy z angielskiego skautingu, trzy ze szkockiego i trzy z polskiego, które razem stworzyłyby Twój idealny model pracy, co byś wybrał i dlaczego?
Z Wielkiej Brytanii na pewno dress code obowiązujący w lożach skautingowych oraz podejście klubów do skautingu, zarówno w kwestii budowy siatek skautingowych — są praktycznie na każdym poziomie, a różni je tylko liczba osób pracujących w klubie, jak i samej formy goszczenia skautów na stadionie. Przykładowo na Celticu siedzisz na samym środku, blisko murawy, ale wystarczająco wysoko, żeby komfortowo oglądać mecz.
Jeśli chodzi o Polskę, czyli środowisko, w którym dzisiaj operuję, to kluczowe dla mnie byłoby otoczenie się odpowiednimi ludźmi, o których wiem, że podobnie patrzą na piłkę jak ja, są oddani, pracowici i są specjalistami w swojej dziedzinie. Chciałbym, żeby byli zbalansowani, jeśli chodzi o działania, czyli live, video, data — nawiązując do rynku angielskiego: skauci techniczni.
Kiedy w listopadzie 2020 roku trafiłeś do Widzewa, zaczynałeś z około pięcioma osobami w siatce skautingowej, a później mówiłeś już o około 25 aktywnych skautach. Jak wyglądało budowanie takiej struktury od środka? Co było trudniejsze: znaleźć ludzi czy nauczyć kilkadziesiąt osób patrzeć na zawodnika według podobnych kryteriów?
W tamtym okresie byli to głównie wolontariusze, choć chętnych było dużo więcej. Byli to ludzie już po pierwszej selekcji. Największą satysfakcję mam z tego, że z grona osób, które wtedy działały na rzecz Akademii, około 30% dziś zarabia pieniądze z piłki na różnych poziomach.
Jeśli chodzi o spojrzenie, to na tamtym etapie Akademia Widzewa była w trakcie podnoszenia jakości, więc szukaliśmy zawodników lepszych od tych, którzy już byli w klubie. Profile były bardzo ogólne, nie mieliśmy CLJ-tek.
W pewnym momencie mówiłeś, że w jeden weekend skauci Widzewa potrafili obejrzeć około 50 spotkań. Jak wyglądało życie człowieka, który zarządza taką siatką? Czy zdarzały się sytuacje, w których dostawałeś raport za raportem i po kilkunastu godzinach miałeś już serdecznie dość oglądania piłki, mimo że zawodowo właśnie na tym polegała Twoja praca?
Na tamtym etapie nie było takich sytuacji, ale nie ukrywam, że są okresy, kiedy po sezonie nie oglądam meczów, jeśli nie „muszę”.
Czy pamiętasz pierwszego zawodnika znalezionego przez stworzoną przez Ciebie strukturę Widzewa, przy którym pomyślałeś: „To działa”? Opowiedz całą historię – od pierwszego raportu, przez kolejne obserwacje, aż do momentu, w którym zawodnik rzeczywiście znalazł się w klubie.
Ja z natury jestem optymistą, więc nie brałem pod uwagę, że coś może nie działać. Procesy zawsze jednak trzeba ulepszać.
Pierwszym zawodnikiem, który trafił do Akademii Widzewa i którego pilotowałem od A do Z, był Paweł Kwiatkowski. Miałem o tyle dobrze, że już znałem go z poziomu Juventus Academy Toruń. Znałem jego możliwości, rodzinę i podejście do piłki. Rodzice mi zaufali, a Paweł zadebiutował w PKO Ekstraklasie w wieku 16 lat i 350 dni, mimo że pierwszy okres przygotowawczy w klubie miał trudny, a trener nie do końca go chciał.
W Widzewie bardzo mocno zwracałeś uwagę na zawodników z niższych lig. Czy masz historię piłkarza, którego zobaczyłeś na poziomie, na którym większość ludzi kompletnie by go nie szukała, a później okazało się, że rzeczywiście miał potencjał na profesjonalny futbol?
Kacper Karasek, który w tamtym okresie był raczej brany jako dodatek, a finalnie zaliczył świetny sezon w 1. lidze w barwach Termaliki. Teraz jest w Radomiaku, a został pozyskany z poziomu Unii Skierniewice, która wtedy grała w 3. lidze. Żałuję, że źle nim zarządzano w Widzewie.
Innym ciekawym przypadkiem był Szymański, wtedy z Rekordu Bielsko-Biała. Dyrektor nie zdecydował się na niego ze względu na wiek. Finalnie zawodnik wszedł na poziom PKO Ekstraklasy, a w 1. lidze ma zagrane…
Przy Kacprze Karasku mówisz, że żałujesz, że źle nim zarządzano w Widzewie. Co konkretnie Twoim zdaniem zostało wtedy zrobione źle?
Kacper w tamtym okresie był młodzieżowcem, uważam, że mógł dostać więcej szans, ale też musimy pamiętać, broniąc trenerów, że my nie jesteśmy w treningu w pełnych mikrocyklach i nie wiemy, czego trener oczekuje. Może w tamtym okresie Kacper rzeczywiście nie zasługiwał.
Mówiłeś kiedyś, że młody zawodnik przyjeżdżający z małego klubu może zostać przytłoczony samą marką Widzewa i dlatego słabszy trening nie musi oznaczać, że zawodnik jest słaby. Jak nauczyłeś się odróżniać „nie umie” od „niepokazał tego, co umie, bo znalazł się w nowym środowisku”?
Dlatego właśnie są skauci, którzy muszą wierzyć w swoje przekonania. Naturalne jest to, że trener uczestniczy w procesie transferowym, ale właśnie przez pryzmat jednego meczu czy kilku treningów może kogoś stracić, bo akurat ta osoba dłużej się adaptuje w danym środowisku i słabiej wypada na treningach, a swoje możliwości pokazuje dopiero po jakimś czasie.
Dobrym przykładem jest Jakub Stasiak, wtedy z Wisełki Fordon, którego nie chcieli trenerzy, a dziś przyjeżdża na kadrę Polski i jest w młodzieżowych drużynach Sportingu Lizbona. Wtedy nie udało się przekonać do niego odpowiednich osób, ale uważam, że realizacja tego transferu byłaby trudna ze względu na zainteresowanie większych akademii.
Podajesz przykład Jakuba Stasiaka, którego trenerzy wtedy nie chcieli. Czy uważasz, że trener czasami może zbyt szybko skreślić zawodnika, ponieważ ocenia go przez pryzmat tego, co pokazuje tu i teraz, podczas gdy skaut powinien patrzeć również na jego potencjał?
Oczywiście, że może skreślić za szybko, ale na koniec dnia musimy pamiętać, że to on prowadzi drużynę i później musi „chcieć” tego zawodnika budować. Jeżeli mu go wrzucisz, mimo że go nie chciał, to on Ci udowodni bardzo szybko, że się pomyliłeś, a straci na tym tylko zawodnik.
Co jest trudniejsze: znaleźć zawodnika, który ma coś wyjątkowego czy przekonać innych ludzi w klubie, że rzeczywiście warto na niego postawić? Opowiedz o sytuacji, kiedy musiałeś szczególnie mocno bronić swojej opinii.
Dzisiaj, jeśli masz wypracowany model pracy w dziale i określone profile, to jeśli taki zawodnik ma wymagane cechy i ma „to coś”, namawianie nie będzie problemem. Zdecydowanie stawiam na znalezienie piłkarza z tą specjalną cechą.
Kilka razy używasz określenia „to coś” albo „specjalna cecha”. Co konkretnie masz na myśli? Czy można nauczyć się dostrzegać taką cechę u zawodnika, czy tutaj właśnie pojawia się ten słynny „nos” skauta?
Masz skrzydłowego który drybluje, masz „dziesiątkę”, która podaje przez dwie linie, masz „szóstkę”, która buduje pod presją, obraca się i zdobywa 40 metrów prowadzeniem — są pojedyncze zachowania pod pozycję, które powodują, że zaczynasz głębiej oglądać piłkarza. Masz choćby przykład Sławka Abromowicza stojącego na trzecim metrze posyłającego „wcinkę” do prawego obrońcy nad biegnącym napastnikiem. To jest „to coś”.
Jak często skaut powinien zaufać pierwszemu wrażeniu, a jak często powinien je wręcz świadomie odrzucić? Wyobraźmy sobie zawodnika, który przez 70 minut wygląda przeciętnie, ale w trzech akcjach pokazuje coś, czego nie da się nauczyć. Co robisz z takim przypadkiem?
Pierwsze wrażenie może Cię oszukać, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Taki zawodnik potrzebuje głębszej analizy. Dziś mamy narzędzia, dzięki którym możesz obejrzeć wszystkie jego mecze z danego sezonu, więc na pewno podjąłbym takie kroki.
Czy istnieje cecha zawodnika, która w Twojej karierze z czasem zaczęła być dla Ciebie dużo ważniejsza niż na początku? I odwrotnie – czy jest coś, co kiedyś uważałeś za ogromny atut, a dziś patrzysz na to zdecydowanie mniej entuzjastycznie?
Uważam, że mentalność jest kluczowa. Chciałbym podpisywać kontrakty tylko z zawodnikami, którzy chcą grać dla klubu, w którym pracuję, a nie traktują go jako opcji rezerwowej. Interesują mnie piłkarze, którzy chcą się rozwijać, każdego dnia być lepsi, zwyciężać i cały czas iść do przodu.
Oczywiście wyszkolenie techniczne, inteligencja boiskowa i motoryka — bez tego dzisiaj będzie trudno funkcjonować w klubach PKO Ekstraklasy. Tych cech jest jednak dużo więcej. Dziś rozkładasz piłkarza na czynniki pierwsze, wiesz, ile biega, jak szybko i czy jest produktywny.
Jak wygląda granica między skautingiem a psychologią? Jeżeli potrafisz świetnie ocenić zawodnika piłkarsko, ale nie wiesz, jak reaguje na porażkę, konkurencję, ławkę, presję pieniędzy czy zmianę kraju, to tak naprawdę wiesz o nim dużo czy bardzo mało?
Dlatego właśnie jeździmy na obserwacje na żywo. Oglądasz piłkarza już podczas rozgrzewki, a następnie skanujesz go przez pełne 90 minut. Widzisz wtedy to, czego nie pokaże Ci kamera. Czas z piłką przy nodze to 1,5–2,5 minuty, a co z pozostałymi 88 minutami?
Właśnie wtedy widzisz wiele rzeczy, o które pytasz: jak reaguje, gdy nie dostanie podania, jak reaguje na zmianę czy na zdobycie gola. Aspekt zmiany kraju i języka jest bardzo ważny i zawsze stanowi zagrożenie. W klubach powstają już działy, które pomagają w adaptacji — zajmują się wizami, mieszkaniami czy przedszkolami dla dzieci. Dziś musisz doprowadzić do tego, żeby piłkarz był skupiony wyłącznie na graniu w piłkę nożną.
Czy można nauczyć człowieka bycia dobrym skautem, czy pewnego rodzaju „czucia zawodnika” nie da się wytrenować? I jeśli można się tego nauczyć – jak wyglądałby Twój program szkolenia człowieka od zera przez pierwsze 12 miesięcy?
Uważam, że skautingu można nauczyć, ale przysłowiowy „nos” do piłkarzy jest bardzo ważny. Znam skautów, którzy są świetnymi organizatorami pracy, ale mają średnią „czutkę” i na odwrót.
Seria szkoleń 1–6 Scouts for Football może być dobrym startem, ale gdybym miał rozłożyć to na 12 miesięcy, byłyby to szkolenia nie w pigułce, a mocno rozbudowane.
Dzisiaj możesz dostać tysiące danych o zawodniku, klipy z każdego meczu, heatmapy, modele predykcyjne i coraz bardziej zaawansowane narzędzia AI. Gdybyś dostał zawodnika opisującego się jako „idealny” w danych, ale po obejrzeniu go na żywo coś by Ci nie pasowało – komu zaufałbyś najpierw i dlaczego?
Ocena wizualna dla mnie zawsze będzie kluczowa, czy to na żywo, czy na wideo. Oczywiście słabszy dzień i rozbieżności w ocenie z innymi osobami powodują, że musisz pójść „głębiej” z analizą i sprawdzić, czy to Ty masz rację, czy osoba z działu.
Czy technologia sprawia, że skauting staje się bardziej obiektywny, czy tylko daje nam bardziej wyrafinowane sposoby uzasadniania własnych błędów? Jak Ty próbujesz pilnować się przed tym, żeby dane nie potwierdzały po prostu tego, co już wcześniej chciałeś zobaczyć?
Dane mają pomagać. Miałem sytuację, w której oglądałem piłkarza grającego przez pewien okres na pozycji numer „8”, ale akurat ja obserwowałem go w tym miejscu, podczas gdy analitykowi „wyskoczył” jako numer „6”, bo przez całą karierę grał właśnie tam. Oglądając go na „ósemce”, wiedziałem, że to dobry piłkarz, ale na „szóstkę”. Analityk nie ogląda obrazu, tylko dostaje suche liczby. Jeśli jednak pokrywają się one z obrazem, a do tego zgadzają się dane motoryczne, to masz do realizacji idealny transfer.
Tutaj podam przykład Alberto Reiny z Mirandés, który trafił do Oviedo, a ten klub rok później spadł. Był na liście analityka, u skauta odpowiadającego za Hiszpanię i został potwierdzony przez kolejną osobę. Dziś cały czas uważam, że ludzkie oko będzie kluczowe w procesach transferowych.
Wyobraźmy sobie, że jutro dostajesz zadanie znalezienia środkowego pomocnika do konkretnego modelu gry. Masz budżet, kraj, pozycję i profil. Jak wyglądają pierwsze 24 godziny Twojej pracy?
Kluczowe jest to, ile mamy czasu. Jeśli szukamy kogoś na już, to pierwszym krokiem zawsze będzie sprawdzenie shadow squadu — nie tylko swojego, ale również obecnych członków działu i tych, których już w nim nie ma. Często piłkarz, który dziś jest niedostępny, staje się dostępny za półtora roku czy dwa lata.
Kolejna rzecz to filtry statystyczne pod konkretną pozycję na platformach — sprawdzenie, co wypluje program. Do tego informacje od agentów, bo dziś, jeśli masz dobre kontakty, naprawdę potrafią podesłać dobrego piłkarza. Dodatkowo masz TransferRoom. Możliwości jest bardzo dużo. Później musisz jeszcze sprawdzić dostępność tych piłkarzy.
Co w raporcie skautingowym jest dla Ciebie ważniejsze: liczba informacji czy jakość argumentu? I jak wygląda idealny raport, po którego przeczytaniu dyrektor sportowy powinien dokładnie wiedzieć, dlaczego zawodnik pasuje albo nie pasuje do klubu?
Bardzo ważna jest informacja na temat cech, których poszukujemy na danej pozycji i tego, na jakim poziomie są one u zawodnika. Interesuje mnie, jak wypadł w obserwowanym meczu, chyba że jest to raport z kilku spotkań.
Dosyć kluczowe jest dla mnie również porównanie do zawodnika z zespołu, w którym pracuję — czy jest lepszy, czy słabszy. W sumie to najważniejsze.
Po okresie pracy klubowej trafiłeś również do Unidos Mariusza Piekarskiego, czyli na drugą stronę rynku – do agencji menedżerskiej. Jak zmieniła się Twoja perspektywa na zawodnika, kiedy przestałeś patrzeć na niego wyłącznie jako potencjalny transfer klubu, a zacząłeś również widzieć jego karierę, interes i kolejne ruchy?
Unidos to jedna z najlepszych agencji w Polsce, z ponad 20-letnim doświadczeniem. Wiedziałem, że nauka od Mariusza może przynieść owoce w przyszłości, dlatego zdecydowałem się na taki krok. W praniu okazało się jednak, że działania na rzecz agencji to nie jest to, co chcę robić, dlatego po roku się rozstaliśmy. Prowadzenie karier młodych chłopców, często z dużymi zakrętami, zagraniczne transfery czy nawet transfery do PKO Ekstraklasy to bardzo ciężki kawałek chleba. Ja wyznawałem zasadę małych kroków. Dziś trudno wybiegać rok do przodu w przypadku młodych chłopców.
W zeszłym roku o tej porze Bartek Mazurek był trzecim albo czwartym środkowym pomocnikiem w Jagiellonii, a dziś jest w Red Bullu. Papier wszystko przyjmie, ale karier takich zawodników jak Bartek czy Oskar nie da się zaplanować. Można reagować na wydarzenia i szukać środowiska, które będzie kolejnym dobrym krokiem. I tutaj zarówno Mariusz, jak i agent Bartka dobrze wybrali.
Po roku stwierdziłeś, że praca agencyjna nie jest tym, co chcesz robić. Co konkretnie sprawiło, że zobaczyłeś, że bardziej odpowiada Ci praca po stronie klubu?
Uważam, że w pracy w klubie jest więcej sytuacji, które masz pod kontrolą, a w Agencji możesz stracić piłkarza, którym się zajmujesz 10 lat, bo ktoś go przekona, że lepiej poprowadzi karierę.
A istotną rzeczą jest to, że agent musi często proponować piłkarza do klubu, mimo iż wie, że zawodnik nie ma tyle umiejętności, żeby w nim grać. Niestety jego rolą jest znalezienie klubu dla swojego piłkarza — ja tak po prostu nie umiałem.
Czy praca po stronie agencji sprawiła, że dziś inaczej rozmawiasz z agentami jako człowiek pracujący w klubie? Innymi słowy: czego nauczyło Cię poznanie rynku transferowego „od środka”, czego wcześniej nie mogłeś zobaczyć jako skaut?
Nauczyła mnie tego, że dość szybko jestem w stanie ocenić, czy ktoś jest poważnym agentem czy zwykłym farmazonem.
Czy zdarzyło Ci się podczas pracy w agencji pomyśleć o zawodniku: „sportowo świetny, ale ten ruch w tym momencie kariery byłby błędem”? Jak wygląda rozmowa, w której trzeba komuś powiedzieć, że bardziej opłacalny finansowo transfer niekoniecznie jest najlepszym ruchem dla jego kariery?
Ja takich sytuacji nie miałem, bo byłem za krótko w agencji. Znam jednak kulisy odejścia Oskara i wiem, że finansowo były lepsze oferty, ale pod względem rozwoju żadna nie dorównywała tej z Porto.
We wrześniu 2025 roku zostałeś koordynatorem działu skautingu Jagiellonii i powiedziałeś, że część procesów jest już na dobrym poziomie, ale można je jeszcze poprawić. Gdybyś miał wskazać trzy rzeczy, które najbardziej chciałeśzmienić po wejściu do klubu, co by to było?
Lepsza organizacja działu, klarowny podział obowiązków i ulepszenie samego procesu transferowego. Ale tutaj akurat myślę, że jako organizacja wszyscy do tego dążyliśmy.
Przychodząc do Jagiellonii, nie przychodziłeś do klubu bez struktury – przejmowałeś określony sposób działania i ludzi, którzy już mieli swoje doświadczenia. Jak wygląda pierwsze kilka tygodni człowieka, który nie chce przyjść z nastawieniem „teraz pokażę wam, jak się to robi”, tylko najpierw musi zrozumieć, co już działa?
Uważam, że trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Ja też przyszedłem po to, żeby uczyć się od Łukasza Masłowskiego. Trudno jest wchodzić z takim nastawieniem, ale kiedy w dziale pojawia się nowa osoba, zawsze wnosi inne spojrzenie. Na początku szukaliśmy różnych rozwiązań, a pod koniec mojej przygody w „Jadze” uważam, że bardzo dobrze to funkcjonowało.
Powiedziałeś, że przyszedłeś do Jagiellonii również po to, żeby uczyć się od Łukasza Masłowskiego. Jaka jest jedna rzecz, której nauczyłeś się od niego, a która najbardziej zmieniła Twoje spojrzenie na pracę w skautingu?
Krzywdzącym byłoby wskazanie jednej rzeczy, jego działania w klubie uzmysłowiły mi niektóre sprawy jeśli chodzi o zarządzanie tak dużym projektem, jakim była Jagiellonia. Nie jestem w stanie wskazać czegoś stricte ze skautingu.
Jagiellonia przez ostatnie lata bardzo mocno rozwinęła się również na poziomie europejskim. Jak zmienia się profil skautingu klubu, kiedy zespół regularnie zaczyna grać przeciwko drużynom z innych lig i zawodnik, który wcześniej był „egzotycznym” kierunkiem, nagle staje się realnym celem?
Nie odczułem tego, bo byłem tam tylko rok, a na ten konkretny okres był jasno określony plan z ustalonym budżetem. Gra w Europie oczywiście otwiera Ci wiele możliwości negocjacyjnych, ale kluczem zawsze będą pieniądze. Jeśli oferujesz podobne wynagrodzenie jak klub A, to rzeczywiście jesteś w stanie przekonać piłkarza tym, że grasz w Europie, ale nie zawsze tak jest.
Opowiedz o najdziwniejszym meczu, na który pojechałeś jako skaut. Nie chodzi nawet o poziom sportowy – może to być stadion, warunki, podróż, zachowanie ludzi, pogoda albo sytuacja, przez którą do dziś pamiętasz właśnie ten wyjazd.
Bułgaria to dość specyficzne miejsce. Na meczu Slavii Sofia na sektorze VIP siedziałeś na czerwonych sofach z dziurami po papierosach, a wszyscy wokół Ciebie palili papierosy. Jakość meczu również nie powaliła.
Dość zabawna sytuacja była na Węgrzech, na meczu Debrecenu, gdzie na cudownym sektorze VIP — wygodne skórzane fotele, kobiety ubrane jak na Fashion Week w Paryżu, a większość ludzi jedząca słonecznik i rzucająca łuski na ziemię — wyglądało to jak na meczu B-klasy w Polsce.
Czy zdarzyło Ci się jechać setki kilometrów na konkretnego zawodnika, a po kilku minutach dojść do wniosku, że to kompletnie nie ten człowiek – i mimo wszystko zostać do końca meczu? Co wtedy robisz: oglądasz dalej dla potwierdzenia decyzji, szukasz innego zawodnika czy po prostu zaczynasz obserwować mecz jako kibic?
Bardzo często zdarza się, że jedziesz na mecz, a zawodnik jest na ławce albo nawet nie ma go w kadrze. Wtedy skupiasz się na innych. Jeśli klub wysyła Cię samochodem czy samolotem na obserwację, musisz być przygotowany na każdą ewentualność. Reasumując, sporadycznie zdarza się, że oglądasz tylko jednego piłkarza.
Jaka jest największa pomyłka lub przestrzelona ocena, do której możesz się dziś przyznać bez zasłaniania się okolicznościami? I co dokładnie w Twoim sposobie oceniania zawodników zmieniło się po tej historii?
Nie mam takiej sytuacji na koncie, bo nigdy nie brałem odpowiedzialności w 100%. Zawsze ktoś jest wyżej i nigdy nie decydowałem jednoosobowo.
Masz za sobą tysiące godzin oglądania zawodników. Czy jest jakiś jeden moment, jedna akcja albo jedno zachowanie piłkarza, które do dziś wraca Ci w głowie jako „czysty przykład talentu”?
Oleksandr Zinczenko grający jako numer „10” w reprezentacji Ukrainy U-21 przeciwko Szkocji. Był wtedy wypożyczony do PSV, ponieważ nie dostał pozwolenia na pracę. Niesamowity występ.
I na koniec chciałbym odwrócić perspektywę: przez lata Ty oceniałeś zawodników, ale gdyby ktoś miał teraz zrobić „scouting Michała Opiłki” – przeanalizować Twoją karierę, decyzje, miejsca pracy, sukcesy i błędy – jakie trzy cechy powinien wpisać w raporcie jako Twoje największe atuty, a jakie trzy jako obszary, nad którymi nadal musisz pracować?
Atuty: pracowity, nieustępliwy, z otwartym umysłem.
Cechy do poprawy:
Chciałbym nauczyć się języka hiszpańskiego.
Poszerzyć wiedzę na temat odczytywania danych.
Rozwinąć umiejętność korzystania z Pythona.
Wymieniłeś dane i Pythona jako rzeczy, które chciałbyś poprawić. W jakim kierunku chciałbyś rozwijać się przez najbliższe dwa–trzy lata — bardziej jako skaut, analityk czy ktoś łączący oba te światy?
Moim piłkarskim marzeniem jest być kiedyś dyrektorem sportowym, więc na wszystkich płaszczyznach zamierzam się rozwijać i właśnie praca z danymi jest jedną z dziedzin, nad którą będę pracował.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Skauting piłkarski to dziś znacznie więcej niż oglądanie meczów i wyszukiwanie wyróżniających się zawodników. O tym, jak wygląda praca skauta od środka, jak zmienił się ten zawód i na co zwraca uwagę przy ocenie potencjału piłkarza, rozmawiamy z Michałem Opiłką. Wspominamy jego doświadczenia z Reading FC, Widzewem Łódź, Jagiellonią Białystok i agencją Unidos, a także kulisy obserwacji zawodników, współpracy z trenerami i analitykami oraz momenty, w których statystyki muszą ustąpić miejsca „oku” skauta.
Filip Tomana (iGol.pl): Gdybyś miał cofnąć się do momentu, w którym jeszcze nie wiedziałeś, że skauting będzie Twoim zawodem, to co tak naprawdę sprawiło, że zacząłeś patrzeć na piłkę inaczej niż zwykły kibic?Pamiętasz pierwszy moment, kiedy złapałeś się na tym, że zamiast tylko oglądać mecz, zacząłeś analizować zawodników, ich zachowania, decyzje i potencjał?
Michał Opiłka (skaut piłkarski): W sumie od zawsze interesowała mnie analiza oraz ocena potencjału, a na tamte czasy powiedziałbym: czy ktoś się nadaje czy nie. Oglądając najlepsze ligi świata, zawsze szukałem czegoś nietuzinkowego. Trochę też życie postawiło mnie pod ścianą — mając marzenia związane z pracą przy piłce, musiałem odszukać swoją niszę. Trenerka nigdy mnie nie kręciła, więc poszedłem w tym kierunku.
Twoja kariera skautingowa zaczęła się w Anglii, w Reading, a nie w Polsce. Jak człowiek z Polski trafia wtedy do klubu na Wyspach i jak wyglądało zderzenie z rzeczywistością pierwszego dnia?Co było największym szokiem – poziom organizacji, język, sposób pracy, wymagania czy może świadomość, że jesteś obserwowany przez ludzi, którzy naprawdę zawodowo zajmują się oceną Twojej pracy?
Skłamałbym, gdybym powiedział, że byłem nie wiadomo jak ważnym skautem w Reading FC w tamtym czasie. Raczej sprowadzało się to do wyjazdu na mecz i zrobienia raportu. Nie uczestniczyłem w pełnym procesie transferowym. Trafiłem tam poprzez wysłanie CV, pojechałem na rozmowę i tak zaczęła się moja przygoda z klubem z południa Anglii. Jeśli chodzi o drugą część pytania, zdecydowanie największym problemem był język — nie samo porozumiewanie się, a używanie technicznego nazewnictwa, którego uczyłem się każdego dnia.
Wspominałeś, że trafiłeś do Reading FC przez wysłanie CV. Co było w tym CV albo podczas rozmowy, że klub zdecydował się dać Ci szansę? I jak wyglądał Twój pierwszy raport dla Reading?
W początkowej fazie moich działań na rzecz Reading FC był to wolontariat; ja wtedy mieszkałem w Szkocji, a nikogo nie mieli w tym rejonie, po prostu Phil Antwi dał mi szansę.
Pierwszy raport to było Newcastle United — Kilmarnock FC na obiektach treningowych w Newcastle — wtedy jechałem oglądać francuskiego napastnika, który był na testach w Newcastle, a w oko wpadł mi Matty Longstaff, który kilka lat później w swoim debiucie strzelił gola z Manchesterem United.
Reading dało Ci prawdopodobnie zupełnie inne spojrzenie na to, czym może być skauting.
Co z tamtego okresu zostało z Tobą do dziś jako zasada, której później nie chciałeś już odpuszczać, niezależnie od klubu, w którym pracowałeś?
Zawsze jestem ostrożny co do pierwszego wrażenia, bo potrafi Cię zgubić zarówno w skautingu negatywnym, jak i pozytywnym.
W Reading korzystaliście z systemu Scout7 i odpowiadaliście na bardzo szczegółowe pytania dotyczące m.in. formacji, atakowania przestrzeni czy funkcjonowania zawodnika w konkretnym systemie. Czy pamiętasz moment, kiedy po raz pierwszy zrozumiałeś, że „dobry zawodnik” i „zawodnik dobry dla naszego zespołu” to mogą być dwie zupełnie różne rzeczy?
Podczas działań na rzecz Akademii zawsze szukasz efektu „wow”, czegoś wyjątkowego, talentu, szczególnie na poziomie Akademii Category 1, a taką właśnie kategorię miała Akademia Reading. A w pierwszym zespole szukasz gotowego „produktu”. Świetnym przykładem z tamtych czasów był Alfredo Morelos z Glasgow Rangers — maszyna do strzelania goli, ale fatalnie się prowadził, zapuszczony, naturalny goleador. W tamtym momencie nie uważałem jednak, że będzie strzelał w Premier League, bo w Reading szukaliśmy już pod kątem Premier League, co było jeszcze trudniejsze na rynku szkockim. To był dobry piłkarz, ale nie na najwyższy poziom w Anglii.
Wspomniałeś o Alfredo Morelosie. Co konkretnie sprawiło, że mimo jego naturalnego instynktu strzeleckiego, nie widziałeś go wtedy jako zawodnika na poziom Premier League?
Premier League to jest inny poziom, atletyczni piłkarze biegający po 35 km/h, niesamowicie wyszkoleni technicznie przygotowani w stu procentach do zawodu. I myślę, że tutaj główna cecha to mentalność, która zadecydowała — on nie był gotowy. Bliskość Londynu myślę, że też by mu nie pomogła.
Czy jest jakiś zawodnik, którego oglądałeś bardzo wcześnie w swojej karierze i którego ocena nauczyła Cię więcej niż dziesiątki kursów czy szkoleń? Nie musi to być ktoś, kogo trafnie wskazałeś – może właśnie ktoś, którego kompletnie źle oceniłeś.
Lewis Morgan, wtedy grał w St. Mirren na poziomie szkockiej Championship — mocno go rekomendowałem. Finalnie trafił do Celticu. Miał niesamowitą motorykę, ale kluczową sprawą, która wpłynęła na mój rozwój w jego przypadku, była obunożność — potrafił prowadzić obiema nogami, dryblować, strzelać i dośrodkowywać. Na tamtym etapie dopiero podczas trzeciej obserwacji byłem pewny, która noga jest wiodąca, po sugestii bardziej doświadczonego skauta.
Morgan to ciekawy przykład rozwoju Twojego „oka” skauta. Co dokładnie powiedział Ci bardziej doświadczony skaut na temat jego obunożności i czy od tamtej pory zacząłeś podczas obserwacji świadomie zwracać uwagę na rzeczy, które wcześniej mogłeś przeoczyć?
To było 10-12 lat temu, aż takich szczegółów nie pamiętam. Jedynie żeby potwierdzić, która noga jest mocniejsza, warto zwrócić uwagę, z której nogi się wybija podczas pojedynków główkowych.
W Reading pracowałeś w bardzo analitycznym środowisku, a później w Hibernianie sposób pracy był inny – dużo opierało się na Excelu, researchu dotyczącym zachowania zawodnika i jego przeszłości. Co było dla Ciebie większą szkołą skautingu: liczby i ustrukturyzowany proces czy „grzebanie” w człowieku i jego historii?
W tak początkowej fazie kariery czerpiesz garściami od wszystkich. Kolejna rzecz to statystyki — były rozwinięte, ale nie tak jak dzisiaj. Nie ma co porównywać ich do danych, które są obecnie dostępne. Jeśli chodzi o część socjalną piłkarza, to dziś Instagram, TikTok, Facebook czy fanpage piłkarzy mówią Ci wszystko. Musimy również pamiętać o tym, że piłkarz podczas rozmowy z Tobą dokładnie wie, co skaut chce usłyszeć, a jeśli pojawiają się jakieś kontrowersje na jego social mediach, to najprawdopodobniej albo jest mało inteligentny, albo otacza się złymi ludźmi, którzy mu o tym nie powiedzieli.
Dzisiaj mamy ogromną ilość danych i informacji o zawodniku. Czy początkujący skaut może nauczyć się odpowiednio analizować człowieka poza boiskiem, czy pewnego rodzaju „czutka” zawsze będzie kwestią doświadczenia?
Tylko że to jest odwracanie piramidy — skaut jest od oceny potencjału/przydatności do zespołu. Analityk sprawdza liczby. Sprawy socjalne są na później, szkoda czasu to sprawdzać w początkowej fazie, bo jak piłkarz Ci się nie spodoba, to po prostu nie idziesz w to głębiej.
Czy pamiętasz najbardziej absurdalną albo zaskakującą informację, jaką udało Ci się znaleźć podczas researchu zawodnika? Taką, która na pierwszy rzut oka nie miała nic wspólnego z piłką, ale ostatecznie zmieniła sposób, w jaki patrzyłeś na jego kandydaturę?
2022 – groźby: według holenderskiej prokuratury (OM) 7 października 2022 roku Ihattaren wspólnie z inną osobą próbował grozić pewnej osobie. Dowodem była m.in. rozmowa telefoniczna podsłuchana przez policję.
2023 – przemoc wobec partnerki: 11 lutego 2023 roku został zatrzymany po zgłoszeniu przez ówczesną partnerkę, która oskarżyła go o pobicie.
2025 – kara: Ihattaren przyznał się do obu czynów podczas posiedzenia w maju 2025 roku. Prokuratura nałożyła na niego 60 godzin prac społecznych. Nie złożył sprzeciwu, więc kara stała się prawomocna.
Powiązania ze środowiskiem przestępczym: przez pewien czas był również łączony w mediach i kontekście policyjnego śledztwa ze środowiskiem określanym w Holandii jako „Mocro Mafia”. To odrębna kwestia od dwóch czynów, za które otrzymał karę w 2025 roku. Nie należy przedstawiać samego powiązania medialnego jako skazania za działalność przestępczą.
Samochód: w 2022 roku jego Porsche spłonęło w podejrzanym pożarze. Później pojawiły się informacje o możliwym związku tego zdarzenia z szerszymi problemami wokół piłkarza, ale nie oznacza to, że Ihattaren został uznany za sprawcę podpalenia.
Problemy klubowe: wcześniej miał też problemy z dyscypliną, przygotowaniem fizycznym i regularnością. Juventus, Sampdoria, Ajax i później Slavia Praga nie zdołały ustabilizować jego kariery.
[Przyp. red. — Mohamed Ihattaren to holenderski ofensywny pomocnik marokańskiego pochodzenia, który jako nastolatek uchodził za jeden z największych talentów akademii PSV Eindhoven. W seniorskiej piłce reprezentował również barwy Juventusu, Sampdorii, Ajaksu czy Slavii Praga, jednak jego karierę zahamowały problemy pozasportowe i brak stabilizacji. Dziś występuje w Fortunie Sittard, próbując odbudować swoją pozycję w holenderskim futbolu.]
Czy przykład Ihattarena pokazuje Ci przede wszystkim, jak ważny jest background check czy raczej to, że niektórych problemów w życiu zawodnika nie da się przewidzieć?
Przykład Ihattarrena jest z innej planety, bo piłkarzy z takimi historiami jest niewielu. Problemów nie da się przewidzieć, ale zachwiania, które były w przeszłości, mogą Ci podpowiedzieć, czego możesz się spodziewać i jak ewentualnie możesz zadziałać prewencyjnie, jeśli się zdecydujesz na taki krok.
W Wielkiej Brytanii funkcjonuje bardzo rozbudowany system obserwowania zawodników z niższych poziomów. Co najbardziej różniło tamtejsze podejście od tego, co wówczas widziałeś w polskim futbolu? I czy była jakaś rzecz, o której wtedy pomyślałeś: „Dlaczego my w Polsce tego nie robimy?”
Tutaj widzę zupełnie inny problem. W UK jest masa skautów-pasjonatów, którzy za zwrot kosztów paliwa i przysłowiową kurtkę z emblematem swojego lokalnego klubu chcą jeździć i jeżdżą obserwować piłkarzy. Często są to jednak ludzie majętni, którzy traktują to jako hobby, a nie źródło zarobku. U nas początkujący skaut nie może sobie na to pozwolić w dłuższym wymiarze czasu i traci zapał, bo nie otrzymuje żadnego zwrotu za wkład włożony w rozwój danego klubu. W efekcie sami odpadają po jakimś czasie.
Podczas Football Scouting Convention opowiadałeś o Michaelu Olise jako przykładzie zawodnika, który został odpowiednio wcześnie zauważony przez skauting młodzieżowy. Czy pamiętasz jakiś moment z pracy na Wyspach, kiedy zobaczyłeś młodego zawodnika i pomyślałeś: „Jeżeli ten chłopak będzie się prawidłowo rozwijał, za kilka lat wszyscy będą o nim mówić”?
Pierwsza myśl to 15-letni Billy Gilmour przed transferem z Glasgow Rangers do Chelsea, podczas turnieju Victory Shield. Drugim będzie Axel Zagadou w reprezentacji Francji U-19 — lewonożny środkowy obrońca, atleta z niesamowitą techniką. Mimo że jego CV wygląda dobrze, kontuzje go wyhamowały.
Po latach pracy w kilku różnych środowiskach: gdybyś miał wyciągnąć trzy rzeczy z angielskiego skautingu, trzy ze szkockiego i trzy z polskiego, które razem stworzyłyby Twój idealny model pracy, co byś wybrał i dlaczego?
Z Wielkiej Brytanii na pewno dress code obowiązujący w lożach skautingowych oraz podejście klubów do skautingu, zarówno w kwestii budowy siatek skautingowych — są praktycznie na każdym poziomie, a różni je tylko liczba osób pracujących w klubie, jak i samej formy goszczenia skautów na stadionie. Przykładowo na Celticu siedzisz na samym środku, blisko murawy, ale wystarczająco wysoko, żeby komfortowo oglądać mecz.
Jeśli chodzi o Polskę, czyli środowisko, w którym dzisiaj operuję, to kluczowe dla mnie byłoby otoczenie się odpowiednimi ludźmi, o których wiem, że podobnie patrzą na piłkę jak ja, są oddani, pracowici i są specjalistami w swojej dziedzinie. Chciałbym, żeby byli zbalansowani, jeśli chodzi o działania, czyli live, video, data — nawiązując do rynku angielskiego: skauci techniczni.
Kiedy w listopadzie 2020 roku trafiłeś do Widzewa, zaczynałeś z około pięcioma osobami w siatce skautingowej, a później mówiłeś już o około 25 aktywnych skautach. Jak wyglądało budowanie takiej struktury od środka? Co było trudniejsze: znaleźć ludzi czy nauczyć kilkadziesiąt osób patrzeć na zawodnika według podobnych kryteriów?
W tamtym okresie byli to głównie wolontariusze, choć chętnych było dużo więcej. Byli to ludzie już po pierwszej selekcji. Największą satysfakcję mam z tego, że z grona osób, które wtedy działały na rzecz Akademii, około 30% dziś zarabia pieniądze z piłki na różnych poziomach.
Jeśli chodzi o spojrzenie, to na tamtym etapie Akademia Widzewa była w trakcie podnoszenia jakości, więc szukaliśmy zawodników lepszych od tych, którzy już byli w klubie. Profile były bardzo ogólne, nie mieliśmy CLJ-tek.
W pewnym momencie mówiłeś, że w jeden weekend skauci Widzewa potrafili obejrzeć około 50 spotkań. Jak wyglądało życie człowieka, który zarządza taką siatką? Czy zdarzały się sytuacje, w których dostawałeś raport za raportem i po kilkunastu godzinach miałeś już serdecznie dość oglądania piłki, mimo że zawodowo właśnie na tym polegała Twoja praca?
Na tamtym etapie nie było takich sytuacji, ale nie ukrywam, że są okresy, kiedy po sezonie nie oglądam meczów, jeśli nie „muszę”.
Czy pamiętasz pierwszego zawodnika znalezionego przez stworzoną przez Ciebie strukturę Widzewa, przy którym pomyślałeś: „To działa”? Opowiedz całą historię – od pierwszego raportu, przez kolejne obserwacje, aż do momentu, w którym zawodnik rzeczywiście znalazł się w klubie.
Ja z natury jestem optymistą, więc nie brałem pod uwagę, że coś może nie działać. Procesy zawsze jednak trzeba ulepszać.
Pierwszym zawodnikiem, który trafił do Akademii Widzewa i którego pilotowałem od A do Z, był Paweł Kwiatkowski. Miałem o tyle dobrze, że już znałem go z poziomu Juventus Academy Toruń. Znałem jego możliwości, rodzinę i podejście do piłki. Rodzice mi zaufali, a Paweł zadebiutował w PKO Ekstraklasie w wieku 16 lat i 350 dni, mimo że pierwszy okres przygotowawczy w klubie miał trudny, a trener nie do końca go chciał.
W Widzewie bardzo mocno zwracałeś uwagę na zawodników z niższych lig. Czy masz historię piłkarza, którego zobaczyłeś na poziomie, na którym większość ludzi kompletnie by go nie szukała, a później okazało się, że rzeczywiście miał potencjał na profesjonalny futbol?
Kacper Karasek, który w tamtym okresie był raczej brany jako dodatek, a finalnie zaliczył świetny sezon w 1. lidze w barwach Termaliki. Teraz jest w Radomiaku, a został pozyskany z poziomu Unii Skierniewice, która wtedy grała w 3. lidze. Żałuję, że źle nim zarządzano w Widzewie.
Innym ciekawym przypadkiem był Szymański, wtedy z Rekordu Bielsko-Biała. Dyrektor nie zdecydował się na niego ze względu na wiek. Finalnie zawodnik wszedł na poziom PKO Ekstraklasy, a w 1. lidze ma zagrane…
Przy Kacprze Karasku mówisz, że żałujesz, że źle nim zarządzano w Widzewie. Co konkretnie Twoim zdaniem zostało wtedy zrobione źle?
Kacper w tamtym okresie był młodzieżowcem, uważam, że mógł dostać więcej szans, ale też musimy pamiętać, broniąc trenerów, że my nie jesteśmy w treningu w pełnych mikrocyklach i nie wiemy, czego trener oczekuje. Może w tamtym okresie Kacper rzeczywiście nie zasługiwał.
Mówiłeś kiedyś, że młody zawodnik przyjeżdżający z małego klubu może zostać przytłoczony samą marką Widzewa i dlatego słabszy trening nie musi oznaczać, że zawodnik jest słaby. Jak nauczyłeś się odróżniać „nie umie” od „niepokazał tego, co umie, bo znalazł się w nowym środowisku”?
Dlatego właśnie są skauci, którzy muszą wierzyć w swoje przekonania. Naturalne jest to, że trener uczestniczy w procesie transferowym, ale właśnie przez pryzmat jednego meczu czy kilku treningów może kogoś stracić, bo akurat ta osoba dłużej się adaptuje w danym środowisku i słabiej wypada na treningach, a swoje możliwości pokazuje dopiero po jakimś czasie.
Dobrym przykładem jest Jakub Stasiak, wtedy z Wisełki Fordon, którego nie chcieli trenerzy, a dziś przyjeżdża na kadrę Polski i jest w młodzieżowych drużynach Sportingu Lizbona. Wtedy nie udało się przekonać do niego odpowiednich osób, ale uważam, że realizacja tego transferu byłaby trudna ze względu na zainteresowanie większych akademii.
Podajesz przykład Jakuba Stasiaka, którego trenerzy wtedy nie chcieli. Czy uważasz, że trener czasami może zbyt szybko skreślić zawodnika, ponieważ ocenia go przez pryzmat tego, co pokazuje tu i teraz, podczas gdy skaut powinien patrzeć również na jego potencjał?
Oczywiście, że może skreślić za szybko, ale na koniec dnia musimy pamiętać, że to on prowadzi drużynę i później musi „chcieć” tego zawodnika budować. Jeżeli mu go wrzucisz, mimo że go nie chciał, to on Ci udowodni bardzo szybko, że się pomyliłeś, a straci na tym tylko zawodnik.
Co jest trudniejsze: znaleźć zawodnika, który ma coś wyjątkowego czy przekonać innych ludzi w klubie, że rzeczywiście warto na niego postawić? Opowiedz o sytuacji, kiedy musiałeś szczególnie mocno bronić swojej opinii.
Dzisiaj, jeśli masz wypracowany model pracy w dziale i określone profile, to jeśli taki zawodnik ma wymagane cechy i ma „to coś”, namawianie nie będzie problemem. Zdecydowanie stawiam na znalezienie piłkarza z tą specjalną cechą.
Kilka razy używasz określenia „to coś” albo „specjalna cecha”. Co konkretnie masz na myśli? Czy można nauczyć się dostrzegać taką cechę u zawodnika, czy tutaj właśnie pojawia się ten słynny „nos” skauta?
Masz skrzydłowego który drybluje, masz „dziesiątkę”, która podaje przez dwie linie, masz „szóstkę”, która buduje pod presją, obraca się i zdobywa 40 metrów prowadzeniem — są pojedyncze zachowania pod pozycję, które powodują, że zaczynasz głębiej oglądać piłkarza. Masz choćby przykład Sławka Abromowicza stojącego na trzecim metrze posyłającego „wcinkę” do prawego obrońcy nad biegnącym napastnikiem. To jest „to coś”.
Jak często skaut powinien zaufać pierwszemu wrażeniu, a jak często powinien je wręcz świadomie odrzucić? Wyobraźmy sobie zawodnika, który przez 70 minut wygląda przeciętnie, ale w trzech akcjach pokazuje coś, czego nie da się nauczyć. Co robisz z takim przypadkiem?
Pierwsze wrażenie może Cię oszukać, zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Taki zawodnik potrzebuje głębszej analizy. Dziś mamy narzędzia, dzięki którym możesz obejrzeć wszystkie jego mecze z danego sezonu, więc na pewno podjąłbym takie kroki.
Czy istnieje cecha zawodnika, która w Twojej karierze z czasem zaczęła być dla Ciebie dużo ważniejsza niż na początku? I odwrotnie – czy jest coś, co kiedyś uważałeś za ogromny atut, a dziś patrzysz na to zdecydowanie mniej entuzjastycznie?
Uważam, że mentalność jest kluczowa. Chciałbym podpisywać kontrakty tylko z zawodnikami, którzy chcą grać dla klubu, w którym pracuję, a nie traktują go jako opcji rezerwowej. Interesują mnie piłkarze, którzy chcą się rozwijać, każdego dnia być lepsi, zwyciężać i cały czas iść do przodu.
Oczywiście wyszkolenie techniczne, inteligencja boiskowa i motoryka — bez tego dzisiaj będzie trudno funkcjonować w klubach PKO Ekstraklasy. Tych cech jest jednak dużo więcej. Dziś rozkładasz piłkarza na czynniki pierwsze, wiesz, ile biega, jak szybko i czy jest produktywny.
Jak wygląda granica między skautingiem a psychologią? Jeżeli potrafisz świetnie ocenić zawodnika piłkarsko, ale nie wiesz, jak reaguje na porażkę, konkurencję, ławkę, presję pieniędzy czy zmianę kraju, to tak naprawdę wiesz o nim dużo czy bardzo mało?
Dlatego właśnie jeździmy na obserwacje na żywo. Oglądasz piłkarza już podczas rozgrzewki, a następnie skanujesz go przez pełne 90 minut. Widzisz wtedy to, czego nie pokaże Ci kamera. Czas z piłką przy nodze to 1,5–2,5 minuty, a co z pozostałymi 88 minutami?
Właśnie wtedy widzisz wiele rzeczy, o które pytasz: jak reaguje, gdy nie dostanie podania, jak reaguje na zmianę czy na zdobycie gola. Aspekt zmiany kraju i języka jest bardzo ważny i zawsze stanowi zagrożenie. W klubach powstają już działy, które pomagają w adaptacji — zajmują się wizami, mieszkaniami czy przedszkolami dla dzieci. Dziś musisz doprowadzić do tego, żeby piłkarz był skupiony wyłącznie na graniu w piłkę nożną.
Czy można nauczyć człowieka bycia dobrym skautem, czy pewnego rodzaju „czucia zawodnika” nie da się wytrenować? I jeśli można się tego nauczyć – jak wyglądałby Twój program szkolenia człowieka od zera przez pierwsze 12 miesięcy?
Uważam, że skautingu można nauczyć, ale przysłowiowy „nos” do piłkarzy jest bardzo ważny. Znam skautów, którzy są świetnymi organizatorami pracy, ale mają średnią „czutkę” i na odwrót.
Seria szkoleń 1–6 Scouts for Football może być dobrym startem, ale gdybym miał rozłożyć to na 12 miesięcy, byłyby to szkolenia nie w pigułce, a mocno rozbudowane.
Dzisiaj możesz dostać tysiące danych o zawodniku, klipy z każdego meczu, heatmapy, modele predykcyjne i coraz bardziej zaawansowane narzędzia AI. Gdybyś dostał zawodnika opisującego się jako „idealny” w danych, ale po obejrzeniu go na żywo coś by Ci nie pasowało – komu zaufałbyś najpierw i dlaczego?
Ocena wizualna dla mnie zawsze będzie kluczowa, czy to na żywo, czy na wideo. Oczywiście słabszy dzień i rozbieżności w ocenie z innymi osobami powodują, że musisz pójść „głębiej” z analizą i sprawdzić, czy to Ty masz rację, czy osoba z działu.
Czy technologia sprawia, że skauting staje się bardziej obiektywny, czy tylko daje nam bardziej wyrafinowane sposoby uzasadniania własnych błędów? Jak Ty próbujesz pilnować się przed tym, żeby dane nie potwierdzały po prostu tego, co już wcześniej chciałeś zobaczyć?
Dane mają pomagać. Miałem sytuację, w której oglądałem piłkarza grającego przez pewien okres na pozycji numer „8”, ale akurat ja obserwowałem go w tym miejscu, podczas gdy analitykowi „wyskoczył” jako numer „6”, bo przez całą karierę grał właśnie tam. Oglądając go na „ósemce”, wiedziałem, że to dobry piłkarz, ale na „szóstkę”. Analityk nie ogląda obrazu, tylko dostaje suche liczby. Jeśli jednak pokrywają się one z obrazem, a do tego zgadzają się dane motoryczne, to masz do realizacji idealny transfer.
Tutaj podam przykład Alberto Reiny z Mirandés, który trafił do Oviedo, a ten klub rok później spadł. Był na liście analityka, u skauta odpowiadającego za Hiszpanię i został potwierdzony przez kolejną osobę. Dziś cały czas uważam, że ludzkie oko będzie kluczowe w procesach transferowych.
Wyobraźmy sobie, że jutro dostajesz zadanie znalezienia środkowego pomocnika do konkretnego modelu gry. Masz budżet, kraj, pozycję i profil. Jak wyglądają pierwsze 24 godziny Twojej pracy?
Kluczowe jest to, ile mamy czasu. Jeśli szukamy kogoś na już, to pierwszym krokiem zawsze będzie sprawdzenie shadow squadu — nie tylko swojego, ale również obecnych członków działu i tych, których już w nim nie ma. Często piłkarz, który dziś jest niedostępny, staje się dostępny za półtora roku czy dwa lata.
Kolejna rzecz to filtry statystyczne pod konkretną pozycję na platformach — sprawdzenie, co wypluje program. Do tego informacje od agentów, bo dziś, jeśli masz dobre kontakty, naprawdę potrafią podesłać dobrego piłkarza. Dodatkowo masz TransferRoom. Możliwości jest bardzo dużo. Później musisz jeszcze sprawdzić dostępność tych piłkarzy.
Co w raporcie skautingowym jest dla Ciebie ważniejsze: liczba informacji czy jakość argumentu? I jak wygląda idealny raport, po którego przeczytaniu dyrektor sportowy powinien dokładnie wiedzieć, dlaczego zawodnik pasuje albo nie pasuje do klubu?
Bardzo ważna jest informacja na temat cech, których poszukujemy na danej pozycji i tego, na jakim poziomie są one u zawodnika. Interesuje mnie, jak wypadł w obserwowanym meczu, chyba że jest to raport z kilku spotkań.
Dosyć kluczowe jest dla mnie również porównanie do zawodnika z zespołu, w którym pracuję — czy jest lepszy, czy słabszy. W sumie to najważniejsze.
Po okresie pracy klubowej trafiłeś również do Unidos Mariusza Piekarskiego, czyli na drugą stronę rynku – do agencji menedżerskiej. Jak zmieniła się Twoja perspektywa na zawodnika, kiedy przestałeś patrzeć na niego wyłącznie jako potencjalny transfer klubu, a zacząłeś również widzieć jego karierę, interes i kolejne ruchy?
Unidos to jedna z najlepszych agencji w Polsce, z ponad 20-letnim doświadczeniem. Wiedziałem, że nauka od Mariusza może przynieść owoce w przyszłości, dlatego zdecydowałem się na taki krok. W praniu okazało się jednak, że działania na rzecz agencji to nie jest to, co chcę robić, dlatego po roku się rozstaliśmy. Prowadzenie karier młodych chłopców, często z dużymi zakrętami, zagraniczne transfery czy nawet transfery do PKO Ekstraklasy to bardzo ciężki kawałek chleba. Ja wyznawałem zasadę małych kroków. Dziś trudno wybiegać rok do przodu w przypadku młodych chłopców.
W zeszłym roku o tej porze Bartek Mazurek był trzecim albo czwartym środkowym pomocnikiem w Jagiellonii, a dziś jest w Red Bullu. Papier wszystko przyjmie, ale karier takich zawodników jak Bartek czy Oskar nie da się zaplanować. Można reagować na wydarzenia i szukać środowiska, które będzie kolejnym dobrym krokiem. I tutaj zarówno Mariusz, jak i agent Bartka dobrze wybrali.
Po roku stwierdziłeś, że praca agencyjna nie jest tym, co chcesz robić. Co konkretnie sprawiło, że zobaczyłeś, że bardziej odpowiada Ci praca po stronie klubu?
Uważam, że w pracy w klubie jest więcej sytuacji, które masz pod kontrolą, a w Agencji możesz stracić piłkarza, którym się zajmujesz 10 lat, bo ktoś go przekona, że lepiej poprowadzi karierę.
A istotną rzeczą jest to, że agent musi często proponować piłkarza do klubu, mimo iż wie, że zawodnik nie ma tyle umiejętności, żeby w nim grać. Niestety jego rolą jest znalezienie klubu dla swojego piłkarza — ja tak po prostu nie umiałem.
Czy praca po stronie agencji sprawiła, że dziś inaczej rozmawiasz z agentami jako człowiek pracujący w klubie? Innymi słowy: czego nauczyło Cię poznanie rynku transferowego „od środka”, czego wcześniej nie mogłeś zobaczyć jako skaut?
Nauczyła mnie tego, że dość szybko jestem w stanie ocenić, czy ktoś jest poważnym agentem czy zwykłym farmazonem.
Czy zdarzyło Ci się podczas pracy w agencji pomyśleć o zawodniku: „sportowo świetny, ale ten ruch w tym momencie kariery byłby błędem”? Jak wygląda rozmowa, w której trzeba komuś powiedzieć, że bardziej opłacalny finansowo transfer niekoniecznie jest najlepszym ruchem dla jego kariery?
Ja takich sytuacji nie miałem, bo byłem za krótko w agencji. Znam jednak kulisy odejścia Oskara i wiem, że finansowo były lepsze oferty, ale pod względem rozwoju żadna nie dorównywała tej z Porto.
We wrześniu 2025 roku zostałeś koordynatorem działu skautingu Jagiellonii i powiedziałeś, że część procesów jest już na dobrym poziomie, ale można je jeszcze poprawić. Gdybyś miał wskazać trzy rzeczy, które najbardziej chciałeśzmienić po wejściu do klubu, co by to było?
Lepsza organizacja działu, klarowny podział obowiązków i ulepszenie samego procesu transferowego. Ale tutaj akurat myślę, że jako organizacja wszyscy do tego dążyliśmy.
Przychodząc do Jagiellonii, nie przychodziłeś do klubu bez struktury – przejmowałeś określony sposób działania i ludzi, którzy już mieli swoje doświadczenia. Jak wygląda pierwsze kilka tygodni człowieka, który nie chce przyjść z nastawieniem „teraz pokażę wam, jak się to robi”, tylko najpierw musi zrozumieć, co już działa?
Uważam, że trzeba znać swoje miejsce w szeregu. Ja też przyszedłem po to, żeby uczyć się od Łukasza Masłowskiego. Trudno jest wchodzić z takim nastawieniem, ale kiedy w dziale pojawia się nowa osoba, zawsze wnosi inne spojrzenie. Na początku szukaliśmy różnych rozwiązań, a pod koniec mojej przygody w „Jadze” uważam, że bardzo dobrze to funkcjonowało.
Powiedziałeś, że przyszedłeś do Jagiellonii również po to, żeby uczyć się od Łukasza Masłowskiego. Jaka jest jedna rzecz, której nauczyłeś się od niego, a która najbardziej zmieniła Twoje spojrzenie na pracę w skautingu?
Krzywdzącym byłoby wskazanie jednej rzeczy, jego działania w klubie uzmysłowiły mi niektóre sprawy jeśli chodzi o zarządzanie tak dużym projektem, jakim była Jagiellonia. Nie jestem w stanie wskazać czegoś stricte ze skautingu.
Jagiellonia przez ostatnie lata bardzo mocno rozwinęła się również na poziomie europejskim. Jak zmienia się profil skautingu klubu, kiedy zespół regularnie zaczyna grać przeciwko drużynom z innych lig i zawodnik, który wcześniej był „egzotycznym” kierunkiem, nagle staje się realnym celem?
Nie odczułem tego, bo byłem tam tylko rok, a na ten konkretny okres był jasno określony plan z ustalonym budżetem. Gra w Europie oczywiście otwiera Ci wiele możliwości negocjacyjnych, ale kluczem zawsze będą pieniądze. Jeśli oferujesz podobne wynagrodzenie jak klub A, to rzeczywiście jesteś w stanie przekonać piłkarza tym, że grasz w Europie, ale nie zawsze tak jest.
Opowiedz o najdziwniejszym meczu, na który pojechałeś jako skaut. Nie chodzi nawet o poziom sportowy – może to być stadion, warunki, podróż, zachowanie ludzi, pogoda albo sytuacja, przez którą do dziś pamiętasz właśnie ten wyjazd.
Bułgaria to dość specyficzne miejsce. Na meczu Slavii Sofia na sektorze VIP siedziałeś na czerwonych sofach z dziurami po papierosach, a wszyscy wokół Ciebie palili papierosy. Jakość meczu również nie powaliła.
Dość zabawna sytuacja była na Węgrzech, na meczu Debrecenu, gdzie na cudownym sektorze VIP — wygodne skórzane fotele, kobiety ubrane jak na Fashion Week w Paryżu, a większość ludzi jedząca słonecznik i rzucająca łuski na ziemię — wyglądało to jak na meczu B-klasy w Polsce.
Czy zdarzyło Ci się jechać setki kilometrów na konkretnego zawodnika, a po kilku minutach dojść do wniosku, że to kompletnie nie ten człowiek – i mimo wszystko zostać do końca meczu? Co wtedy robisz: oglądasz dalej dla potwierdzenia decyzji, szukasz innego zawodnika czy po prostu zaczynasz obserwować mecz jako kibic?
Bardzo często zdarza się, że jedziesz na mecz, a zawodnik jest na ławce albo nawet nie ma go w kadrze. Wtedy skupiasz się na innych. Jeśli klub wysyła Cię samochodem czy samolotem na obserwację, musisz być przygotowany na każdą ewentualność. Reasumując, sporadycznie zdarza się, że oglądasz tylko jednego piłkarza.
Jaka jest największa pomyłka lub przestrzelona ocena, do której możesz się dziś przyznać bez zasłaniania się okolicznościami? I co dokładnie w Twoim sposobie oceniania zawodników zmieniło się po tej historii?
Nie mam takiej sytuacji na koncie, bo nigdy nie brałem odpowiedzialności w 100%. Zawsze ktoś jest wyżej i nigdy nie decydowałem jednoosobowo.
Masz za sobą tysiące godzin oglądania zawodników. Czy jest jakiś jeden moment, jedna akcja albo jedno zachowanie piłkarza, które do dziś wraca Ci w głowie jako „czysty przykład talentu”?
Oleksandr Zinczenko grający jako numer „10” w reprezentacji Ukrainy U-21 przeciwko Szkocji. Był wtedy wypożyczony do PSV, ponieważ nie dostał pozwolenia na pracę. Niesamowity występ.
I na koniec chciałbym odwrócić perspektywę: przez lata Ty oceniałeś zawodników, ale gdyby ktoś miał teraz zrobić „scouting Michała Opiłki” – przeanalizować Twoją karierę, decyzje, miejsca pracy, sukcesy i błędy – jakie trzy cechy powinien wpisać w raporcie jako Twoje największe atuty, a jakie trzy jako obszary, nad którymi nadal musisz pracować?
Atuty: pracowity, nieustępliwy, z otwartym umysłem.
Cechy do poprawy:
Chciałbym nauczyć się języka hiszpańskiego.
Poszerzyć wiedzę na temat odczytywania danych.
Rozwinąć umiejętność korzystania z Pythona.
Wymieniłeś dane i Pythona jako rzeczy, które chciałbyś poprawić. W jakim kierunku chciałbyś rozwijać się przez najbliższe dwa–trzy lata — bardziej jako skaut, analityk czy ktoś łączący oba te światy?
Moim piłkarskim marzeniem jest być kiedyś dyrektorem sportowym, więc na wszystkich płaszczyznach zamierzam się rozwijać i właśnie praca z danymi jest jedną z dziedzin, nad którą będę pracował.
Paweł Kwiatkowski otrzymał swoje pierwsze powołanie do kadry narodowej 🫡
Obrońca Widzewa Łódź weźmie udział w zgrupowaniu selekcyjnym reprezentacji Polski U-19 🇵🇱
Gratulujemy! 👏🏻
Paweł Kwiatkowski otrzymał swoje pierwsze powołanie do kadry narodowej 🫡
Obrońca Widzewa Łódź weźmie udział w zgrupowaniu selekcyjnym reprezentacji Polski U-19 🇵🇱
Gratulujemy! 👏🏻