Od kilku okienek transferowych obserwujemy w Polsce nowy trend. Zamiast transferów zawodników z ligi czeskiej czy słowackiej do naszej ekstraklasy przychodzą zawodnicy z Półwyspu Iberyjskiego lub krajów hiszpańskojęzycznych. Szczególnie widać to w tym okienku transferowym, kiedy liczba tych zawodników jest największa od lat. Dlaczego tak jest? I czy to dobrze, że polskie kluby w końcu zrozumiały, że nasi południowi sąsiedzi na ogół nie grają w piłkę lepiej od nas. O tym w dzisiejszym artykule. Zapraszamy!
Liczba Czechów i Słowaków w naszej lidze spada. Tylko w ciągu dwóch ostatnich sezonów ich liczba zmniejszyła się z 36 w sezonie 2020/2021 do 34 w tym sezonie. Ktoś powie, że bez różnicy. Okej, ale należy pamiętać, że mamy w tym sezonie o dwie drużyny więcej. Czyli mniej więcej o 60 piłkarzy więcej niż przed rokiem, a i tak naszych południowych sąsiadów jest mniej. Za to liczba Hiszpanów i Portugalczyków rośnie. Od 26 w poprzedniej kampanii po 30 w tej właśnie się rozpoczynającej. Gdy dodamy do tego Brazylijczyków, różnica rośnie z 34 do 40. Co jeszcze ważniejsze, zaczynają oni pełnić coraz większą i ważniejszą rolę jako wyróżniający się piłkarze. Dziś więcej dobrego możemy powiedzieć właśnie o nich niż o zawodnikach zza miedzy.
Południowa granica już nieatrakcyjna dla ekstraklasy
Przez lata piłkarzy, którzy przychodzili do naszej ekstraklasy z Czech czy Słowacji, było bardzo, bardzo dużo. Ten kierunek nadal jest oczywiście wybierany przez nasze kluby, ale już zdecydowanie rzadziej. Polskie kluby już nie sięgają po zawodników z tego kierunku tak hurtowo, jak miało to miejsce jeszcze sześć czy siedem lat temu. Najlepszym wyznacznikiem są liczby, a te mówią jasno. W tym okienku w ekstraklasie pojawiło się tylko sześciu Czechów i trzech Słowaków. Za to zawodników z Półwyspu Iberyjskiego znacznie więcej, bo w sumie 16. Prawie dwa razy tyle. Czy piłkarze zza naszej południowej granicy stali się mniej atrakcyjną do wyboru opcją?
Wydaje się, że tak. W klubach chyba w końcu zauważono, że ogół zawodników ściąganych z Czech oraz Słowacji nie wyróżnia się niczym szczególnym. Nie bez powodu wzięło się pojęcie „starego Słowaka”. Ani nie są lepsi od młodych Polaków, ani od tzw. „ligowego dżemiku”. Nie są lepiej wyszkoleni technicznie ani też taktycznie – przynajmniej ci ściągani do ekstraklasy. Oczywiście ktoś powie, że są w naszej lidze bardzo dobrzy obcokrajowcy z tych krajów, którzy się wyróżniają. I tak jak najbardziej jest. Frantisek Plach, Tomas Pekhart czy Martin Pospisil są dobrzy w swoim fachu. Tylko takich zawodników można policzyć na palcach. A takich, którzy się nie wyróżniają, a umiejętnościami nie są lepsi od naszych rodzimych zawodników, jest więcej.
Półwysep Iberyjski daje możliwości
Nie ma co ukrywać, że pierwsze, z czym kojarzy nam się hiszpański czy portugalski piłkarz, to bardzo dobre wyszkolenie techniczne. A nawet jeśli indywidualnie nie jest ono aż tak dobre, to i tak o klasę lepsze od naszych piłkarzy. Nie ma co dyskutować. Praktycznie 99% zawodników z tego regionu potrafi zrobić efektowny i efektywny zwód czy okiwać obrońcę. A to daje duże możliwości. Bo w Polsce cierpimy po prostu na deficyt – spory deficyt – takich zawodników. Tak samo w Czechach i na Słowacji. Ich tam nie ma, a jeśli są, to są szybko wyciągani przez mocniejsze kluby z silniejszych lig. A to właśnie tacy piłkarze robią różnicę na boisku. Szczególnie na boiskach ekstraklasy. Nie trzeba przecież daleko sięgać pamięcią po efektowne akcje Jesusa Imaza, Flavio Paixao czy Iviego Lopeza.











