7. kolejka hiszpańskiej Primera Division będzie ostatnią przed dwutygodniową przerwą na mecze reprezentacyjne. Informacja ta tylko z pozoru jest mało istotna w kontekście układu tabeli. Po spotkaniach eliminacyjnych zespoły mające w kadrach wielu reprezentantów notują bowiem kiepskie wyniki zdecydowanie częściej niż zazwyczaj. Nadchodząca kolejka zamknie pewien etap rozgrywek, zatem na dobrym wyniku powinno wszystkim zależeć szczególnie.
Valencia CF – Granada CF
Wystarczył jeden słabszy mecz podopiecznych Unaia Emery’ego, by z pozycji wicelidera spadli na 7. pozycję. Zeszłotygodniowe spotkanie „Los Ches” z Sevillą po raz kolejny dowiodło, że ich szkoleniowiec nie jest wybitny, a jeśli udaje mu się zestawić zespół w taki sposób, że będzie on strzelał gole i grał dobrze, to raczej w myśl zasady „w tym szaleństwie jest metoda”. Szaleństwem jest bowiem niewystawienie w pierwszym składzie zdrowego i niepauzującego za kartki Roberto Soldado, a na taki pomysł wpadł właśnie Unai. Skończyło się nieciekawie, grający z przodu Jonas, Piatti i Aduriz nie stworzyli większego zagrożenia pod bramką Varasa, a ten ostatni wyleciał nawet z boiska za czerwoną kartkę. Tym razem napastnik o militarnie brzmiącym nazwisku niemal na pewno zagra od pierwszej do ostatniej minuty, a równie prawdopodobne jest, że wbije Granadzie minimum jednego gola…
Iker Muniain gra ostatnio bardzo dobrze. Przydałoby się jednak, żeby jeszcze strzelał bramki (fot. athletic-club.com)
…co nie jest zresztą rzeczą tak łatwą, jak mogłoby się wydawać choćby na początku sezonu. Podstawowy golkiper beniaminka, Roberto Fernandez, w pięciu minionych kolejkach wpuścił bowiem siedem goli, co jest zdecydowanie lepszym wynikiem niż chociażby saldo Diego Lopeza czy Gorki Iraizoza, jak by nie patrzeć, zdecydowanie lepszych bramkarzy, w dodatku broniących dostępów do bramek zdecydowanie silniejszych zespołów. Mało tego, gdyby nie niedawny mecz z Malagą, w którym defensywa Granady poległa aż czterokrotnie, bilans byłby doprawdy ciekawy! Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że szkoleniowiec klubu z Andaluzji, Fabrizio Gonzalez, mierzy siły na zamiary i, zdając sobie sprawę z miernego poziomu swoich piłkarzy, stosuje defensywną taktykę. Jak na razie, wygląda to nieźle, gdyż Granada punktuje. Problem w tym, że niebawem pozostałe zespoły znajdą sposób na beniaminka, a wszystko wskazuje na to, że zrobi to już Valencia.
Real Sociedad – Athletic Bilbao
Od dawna nie było sytuacji, by do Derbów Baskonii Real przystępował z lepszej pozycji niż Athletic. Już teraz, choć mamy dopiero początek sezonu, klub z San Sebastian plasuje się dokładnie pół tabeli wyżej niż sąsiedzi z Bilbao, którzy z zaledwie dwoma punktami zakotwiczyli na 19. miejscu. „Txuri-Urdin” jak do tej pory odnieśli dwa zwycięstwa, dwa razy przegrali i raz podzielili się punktami, w pamiętnym meczu z Barceloną. Jeśli chodzi o ostatnie mecze między lokalnymi rywalami, nie warto sięgać głębiej niż do dwóch ostatnich pojedynków, gdyż poprzednie odbyły się kilka ładnych lat temu. Na Estadio Anoeta górą byli gospodarze (2:0), natomiast na San Mames lepszy był Athletic (2:1). Tym razem Sociedad powinien wygrać zdecydowanie, tak przynajmniej twierdzi ich młody gwiazdor, Antoine Griezmann.
Jeszcze miesiąc temu zdecydowanym faworytem byłby Athletic, wielu z nas było bowiem skłonnych wierzyć, że Marcelo Bielsa, tworząc zespół gladiatorów, znacząco podniesie jego dotychczasową jakość piłkarską. Tak się jednak nie stało, początek sezonu był dla „Los Leones” fatalny, w pięciu meczach ugrali bowiem zaledwie dwa punkty, prezentując się wybitnie bezpłciowo. Jeszcze wczoraj nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby Athletiku za zdecydowanego faworyta. Jednak dzisiaj, po meczu Ligi Europejskiej podopiecznych Bielsy z budującym potęgę PSG, wiadomo tyle, że nie wiadomo nic. Baskowie totalnie zdominowali rywala, prowadząc już dwiema bramkami do przerwy, a w drugiej połowie, grając w przewadze, powinni dołożyć jeszcze kilka goli, co jednak im się nie udało. Co do niedzielnego meczu, wszelkie dywagacje i tak są zbędne, wszak derby rządzą się własnymi prawami…
Atletico Madryt – Sevilla FC
Alvaro Negredo strzela. Bramka pada (fot. elmundo.es)
Terminarz na początku rozgrywek nie ułożył się dla „Los Colchoneros” zbyt szczęśliwie. Na sześć pierwszych kolejek przypadły mecze z Valencią, Barceloną i Sevillą właśnie. „Los Ches” i „Blaugrana” pokazały mniej lub bardziej dobitnie podopiecznym Manzano (ma okazję na osobisty rewanż na byłym klubie), że jeszcze trochę brakuje im do krajowego topu. Biorąc pod uwagę wyniki ze spotkań rozdzielających dwa wspomniane mecze (po 4:0 ze Sportingiem i Racingiem), można było odnieść wrażenie, że Atletico w końcu skleciło ekipę zdolną walczyć o najwyższe cele. Nie można zawyrokować, że pogrom w Barcelonie aspiracje te definitywnie przekreśla, wszak nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że Villarreal nie będzie walczył o puchary, a przecież i oni dostali od „Barcy” manitę. Prawdziwym testem dla „Los Rojiblancos” będzie mecz z Sevillą, również zgłaszającą akces na czołowe pozycje.
Andaluzyjczycy też nie mieli łatwego startu w lidze, mierzyli się już bowiem z Villarrealem i Malagą, i żadnego z tych meczów nie przegrali, zdobywając cztery punkty. We wspomnianym wyżej spotkaniu z Valencią, póki grali w komplecie, mieli zdecydowaną przewagę (sam Kanoute strzelił dwie bramki, z tym że jedna nie została uznana) oraz niesamowitego Varasa w bramce. To głównie dzięki jego interwencjom „Los Nervionenses” mogą pochwalić się stratą zaledwie trzech goli w pięciu ligowych meczach. Problem w tym, że skuteczność również nie jest powalająca, a połowę z sześciu trafień zaliczył od początku sezonu będący w świetnej dyspozycji Alvaro Negredo. Dzięki ewentualnemu zwycięstwu nad Atletico Sevilla na dobre rozgości się w ścisłej czołówce.
Sporting Gijon – FC Barcelona
Nawet gdyby Asturyjczycy prezentowali w pierwszych meczach świetną formę i wspięli się na wyżyny swoich umiejętności, i tak nie mieliby większych szans w starciu z Barceloną. Tym bardziej ich sytuacje komplikuje fakt, że są w formie bardzo słabej. Podopieczni Manolo Preciado od początku sezonu zdobyli zaledwie punkt, w dodatku w ostatnim meczu z Osasuną, dzięki bezbramkowemu remisowi. Po odejściu Jose Angela i Rubena Castro drużyna z Gijon stała się zlepkiem zupełnie przeciętnych piłkarzy, w której na ten moment należy upatrywać głównego kandydata do spadku. Jeśli nie stanie się cud, w najbliższa niedzielę na El Molinon dojdzie do kanonady.
Świetna forma i skuteczność Lionela Messiego nikogo nie dziwi. Te same atrybuty u Davida Villi, i to naraz, już jak najbardziej (fot. marca.com)
Barcelona nawet bez Iniesty, Sancheza, Afellaya oraz być może Carlesa Puyola jest w stanie ograć każdą drużynę na świecie, zatem trudno mówić o osłabieniach Katalończyków w kontekście zwiększenia szans Sportingu na korzystny wynik. Mistrz kraju co prawda nie jest jeszcze w stanie rozgrywać kilku świetnych meczów z rzędu, jak to bywało w poprzednich sezonach, jednak jeśli takowe się już zdarzą, to poziom gry w nich prezentowany doprawdy powala. Wciąż nie przestaje zadziwiać Leo Messi, który niedawno wskoczył na 2. miejsce w klasyfikacji strzelców w historii Barcelony. „La Pulga” ma na koncie już 194 gole w pasiastej koszulce i zapewne osiągnięcie to podreperuje w najbliższym spotkaniu.
Espanyol Barcelona – Real Madryt
Dotychczasowa gra i wyniki „Los Pericos” w tym sezonie zmuszają do refleksji. Po tejże nasuwają się wnioski, że drużyna sporo straciła w porównaniu z poprzednim sezonem, a szczególnie jego początkiem. Nie można wszystkiego zrzucać na odejście Pablo Osvaldo, bo choć był on ewidentnie gwiazdą Espanyolu i gwarantem nastu goli w sezonie, nie decydował o obliczu zespołu. Teraz nie wygląda ono najlepiej, właściwie jedynym pozytywnym aspektem jest gra nowego numeru 1 w bramce, Cristiana Alvareza, który wygryzł Idrissa Kameniego. Dwa wymęczone zwycięstwa nad Getafe i słabym Athletikiem oraz porażki z Mallorką, Levante i Saragossą to obecny dorobek „Los Pericos”. I mimo że nadchodzący pojedynek z Realem będzie meczem przyjaźni, na boisku uprzejmości nie będzie i to goście sięgną po trzy punkty w Barcelonie.
W Madrycie wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że każda kolejna strata punktów może okazać się zgubna w walce o mistrzostwo, nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy „Barca” rozpocznie zwycięski marsz po tytuł. Kryzys na Santiago Bernabeu został już zażegnany, chociaż do 30. minuty ostatniego meczu ligowego z Rayo sytuacja wyglądała dramatycznie, gdyż podopieczni Mourinho przegrywali z ambitnym beniaminkiem. Sytuacja szybko wróciła jednak do normy, Real strzelił sześć goli i grubą kreską odciął się od ostatnich niepowodzeń, co tylko potwierdził ostatnim meczem w Lidze Mistrzów (3:0 z Ajaksem). W meczu z Espanyolem nie wystąpi kontuzjowany Karim Benzema oraz, do czego już zdążyliśmy się przyzwyczaić, Sahin i Altintop. Od pierwszej minuty nie zagra też zapewne Mesut Oezil, który gdzieś zagubił świetną formę, na czym skwapliwie skorzystał Kaka.
Betis Sewilla – Levante UD
Piłkarze Betisu Sewilla przystąpią do meczu z Levante jako liderzy Primera Division (fot. diariodesevilla.es)
Choć zabrzmi to absurdalnie, niedzielny mecz Betisu będzie… meczem na szczycie. Betis wciąż zajmuje pozycję lidera, a niewiele gorzej poczynają sobie podopieczni Juana Martineza, którzy mają zaledwie punkt mniej niż „Verdi-Blancos” i plasują się zaraz za drugą Barceloną. Co ciekawe, drużyna z Sewilli mimo porażki w ostatnim meczu utrzymała prowadzenie w tabeli, a stało się tak za sprawą porażki Valencii. Nie najlepszym pomysłem trenera Mela było niewystawienie w nim w wyjściowym składzie Benata Etxeberii, który do tej pory świetnie organizował grę Betisu. We wspomnianym spotkaniu z Getafe Bask pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie, ale losów meczu już nie odmienił. Do bramki nie zdołał też trafić Roque Santa Cruz, a kibice zespołu z Andaluzji zapewne czekają na powrót do zdrowia ich ulubieńca, Rubena Castro, który zapewniał zespołowi punkty na początku sezonu. Ten jednak będzie gotowy do gry najwcześniej za dwa tygodnie.
O ile na poczynaniach Betisu skupia się uwaga wszystkich mediów w Hiszpanii, a o mistrzostwie tego kraju wspominał już nawet trener Pepe Mel, o tyle w Walencji swoją pracę wykonują po cichutku. Levante zupełnie niepostrzeżenie awansowało na 3. pozycję w tabeli, a stało się tak dzięki trzem zwycięstwom w ostatnich trzech meczach. Podopieczni Juana Martineza na rozkładzie mają Real, Rayo i Espanyol, zatem zapomnieli już o niezbyt korzystnych remisach z początku sezonu, uzyskanych w meczach przeciwko Getafe i Racingowi. W spotkaniu poprzedniej kolejki klasą dla siebie był filigranowy Ruben Suarez, który wbił dwa gole Cristianowi Alvarezowi z Espanyolu. Czy znajdzie również sposób na wracającego odbyciu kary za czerwoną kartkę (w meczu z Athletikiem) Casto?
7. kolejka hiszpańskiej Primera Division będzie ostatnią przed dwutygodniową przerwą na mecze reprezentacyjne. Informacja ta tylko z pozoru jest mało istotna w kontekście układu tabeli. Po spotkaniach eliminacyjnych zespoły mające w kadrach wielu reprezentantów notują bowiem kiepskie wyniki zdecydowanie częściej niż zazwyczaj. Nadchodząca kolejka zamknie pewien etap rozgrywek, zatem na dobrym wyniku powinno wszystkim zależeć szczególnie.
Valencia CF – Granada CF
Wystarczył jeden słabszy mecz podopiecznych Unaia Emery’ego, by z pozycji wicelidera spadli na 7. pozycję. Zeszłotygodniowe spotkanie „Los Ches” z Sevillą po raz kolejny dowiodło, że ich szkoleniowiec nie jest wybitny, a jeśli udaje mu się zestawić zespół w taki sposób, że będzie on strzelał gole i grał dobrze, to raczej w myśl zasady „w tym szaleństwie jest metoda”. Szaleństwem jest bowiem niewystawienie w pierwszym składzie zdrowego i niepauzującego za kartki Roberto Soldado, a na taki pomysł wpadł właśnie Unai. Skończyło się nieciekawie, grający z przodu Jonas, Piatti i Aduriz nie stworzyli większego zagrożenia pod bramką Varasa, a ten ostatni wyleciał nawet z boiska za czerwoną kartkę. Tym razem napastnik o militarnie brzmiącym nazwisku niemal na pewno zagra od pierwszej do ostatniej minuty, a równie prawdopodobne jest, że wbije Granadzie minimum jednego gola…
Iker Muniain gra ostatnio bardzo dobrze. Przydałoby się jednak, żeby jeszcze strzelał bramki (fot. athletic-club.com)
…co nie jest zresztą rzeczą tak łatwą, jak mogłoby się wydawać choćby na początku sezonu. Podstawowy golkiper beniaminka, Roberto Fernandez, w pięciu minionych kolejkach wpuścił bowiem siedem goli, co jest zdecydowanie lepszym wynikiem niż chociażby saldo Diego Lopeza czy Gorki Iraizoza, jak by nie patrzeć, zdecydowanie lepszych bramkarzy, w dodatku broniących dostępów do bramek zdecydowanie silniejszych zespołów. Mało tego, gdyby nie niedawny mecz z Malagą, w którym defensywa Granady poległa aż czterokrotnie, bilans byłby doprawdy ciekawy! Trzeba sobie jednak jasno powiedzieć, że szkoleniowiec klubu z Andaluzji, Fabrizio Gonzalez, mierzy siły na zamiary i, zdając sobie sprawę z miernego poziomu swoich piłkarzy, stosuje defensywną taktykę. Jak na razie, wygląda to nieźle, gdyż Granada punktuje. Problem w tym, że niebawem pozostałe zespoły znajdą sposób na beniaminka, a wszystko wskazuje na to, że zrobi to już Valencia.
Real Sociedad – Athletic Bilbao
Od dawna nie było sytuacji, by do Derbów Baskonii Real przystępował z lepszej pozycji niż Athletic. Już teraz, choć mamy dopiero początek sezonu, klub z San Sebastian plasuje się dokładnie pół tabeli wyżej niż sąsiedzi z Bilbao, którzy z zaledwie dwoma punktami zakotwiczyli na 19. miejscu. „Txuri-Urdin” jak do tej pory odnieśli dwa zwycięstwa, dwa razy przegrali i raz podzielili się punktami, w pamiętnym meczu z Barceloną. Jeśli chodzi o ostatnie mecze między lokalnymi rywalami, nie warto sięgać głębiej niż do dwóch ostatnich pojedynków, gdyż poprzednie odbyły się kilka ładnych lat temu. Na Estadio Anoeta górą byli gospodarze (2:0), natomiast na San Mames lepszy był Athletic (2:1). Tym razem Sociedad powinien wygrać zdecydowanie, tak przynajmniej twierdzi ich młody gwiazdor, Antoine Griezmann.
Jeszcze miesiąc temu zdecydowanym faworytem byłby Athletic, wielu z nas było bowiem skłonnych wierzyć, że Marcelo Bielsa, tworząc zespół gladiatorów, znacząco podniesie jego dotychczasową jakość piłkarską. Tak się jednak nie stało, początek sezonu był dla „Los Leones” fatalny, w pięciu meczach ugrali bowiem zaledwie dwa punkty, prezentując się wybitnie bezpłciowo. Jeszcze wczoraj nikt o zdrowych zmysłach nie uznałby Athletiku za zdecydowanego faworyta. Jednak dzisiaj, po meczu Ligi Europejskiej podopiecznych Bielsy z budującym potęgę PSG, wiadomo tyle, że nie wiadomo nic. Baskowie totalnie zdominowali rywala, prowadząc już dwiema bramkami do przerwy, a w drugiej połowie, grając w przewadze, powinni dołożyć jeszcze kilka goli, co jednak im się nie udało. Co do niedzielnego meczu, wszelkie dywagacje i tak są zbędne, wszak derby rządzą się własnymi prawami…
Atletico Madryt – Sevilla FC
Alvaro Negredo strzela. Bramka pada (fot. elmundo.es)
Terminarz na początku rozgrywek nie ułożył się dla „Los Colchoneros” zbyt szczęśliwie. Na sześć pierwszych kolejek przypadły mecze z Valencią, Barceloną i Sevillą właśnie. „Los Ches” i „Blaugrana” pokazały mniej lub bardziej dobitnie podopiecznym Manzano (ma okazję na osobisty rewanż na byłym klubie), że jeszcze trochę brakuje im do krajowego topu. Biorąc pod uwagę wyniki ze spotkań rozdzielających dwa wspomniane mecze (po 4:0 ze Sportingiem i Racingiem), można było odnieść wrażenie, że Atletico w końcu skleciło ekipę zdolną walczyć o najwyższe cele. Nie można zawyrokować, że pogrom w Barcelonie aspiracje te definitywnie przekreśla, wszak nikt o zdrowych zmysłach nie powie, że Villarreal nie będzie walczył o puchary, a przecież i oni dostali od „Barcy” manitę. Prawdziwym testem dla „Los Rojiblancos” będzie mecz z Sevillą, również zgłaszającą akces na czołowe pozycje.
Andaluzyjczycy też nie mieli łatwego startu w lidze, mierzyli się już bowiem z Villarrealem i Malagą, i żadnego z tych meczów nie przegrali, zdobywając cztery punkty. We wspomnianym wyżej spotkaniu z Valencią, póki grali w komplecie, mieli zdecydowaną przewagę (sam Kanoute strzelił dwie bramki, z tym że jedna nie została uznana) oraz niesamowitego Varasa w bramce. To głównie dzięki jego interwencjom „Los Nervionenses” mogą pochwalić się stratą zaledwie trzech goli w pięciu ligowych meczach. Problem w tym, że skuteczność również nie jest powalająca, a połowę z sześciu trafień zaliczył od początku sezonu będący w świetnej dyspozycji Alvaro Negredo. Dzięki ewentualnemu zwycięstwu nad Atletico Sevilla na dobre rozgości się w ścisłej czołówce.
Sporting Gijon – FC Barcelona
Nawet gdyby Asturyjczycy prezentowali w pierwszych meczach świetną formę i wspięli się na wyżyny swoich umiejętności, i tak nie mieliby większych szans w starciu z Barceloną. Tym bardziej ich sytuacje komplikuje fakt, że są w formie bardzo słabej. Podopieczni Manolo Preciado od początku sezonu zdobyli zaledwie punkt, w dodatku w ostatnim meczu z Osasuną, dzięki bezbramkowemu remisowi. Po odejściu Jose Angela i Rubena Castro drużyna z Gijon stała się zlepkiem zupełnie przeciętnych piłkarzy, w której na ten moment należy upatrywać głównego kandydata do spadku. Jeśli nie stanie się cud, w najbliższa niedzielę na El Molinon dojdzie do kanonady.
Świetna forma i skuteczność Lionela Messiego nikogo nie dziwi. Te same atrybuty u Davida Villi, i to naraz, już jak najbardziej (fot. marca.com)
Barcelona nawet bez Iniesty, Sancheza, Afellaya oraz być może Carlesa Puyola jest w stanie ograć każdą drużynę na świecie, zatem trudno mówić o osłabieniach Katalończyków w kontekście zwiększenia szans Sportingu na korzystny wynik. Mistrz kraju co prawda nie jest jeszcze w stanie rozgrywać kilku świetnych meczów z rzędu, jak to bywało w poprzednich sezonach, jednak jeśli takowe się już zdarzą, to poziom gry w nich prezentowany doprawdy powala. Wciąż nie przestaje zadziwiać Leo Messi, który niedawno wskoczył na 2. miejsce w klasyfikacji strzelców w historii Barcelony. „La Pulga” ma na koncie już 194 gole w pasiastej koszulce i zapewne osiągnięcie to podreperuje w najbliższym spotkaniu.
Espanyol Barcelona – Real Madryt
Dotychczasowa gra i wyniki „Los Pericos” w tym sezonie zmuszają do refleksji. Po tejże nasuwają się wnioski, że drużyna sporo straciła w porównaniu z poprzednim sezonem, a szczególnie jego początkiem. Nie można wszystkiego zrzucać na odejście Pablo Osvaldo, bo choć był on ewidentnie gwiazdą Espanyolu i gwarantem nastu goli w sezonie, nie decydował o obliczu zespołu. Teraz nie wygląda ono najlepiej, właściwie jedynym pozytywnym aspektem jest gra nowego numeru 1 w bramce, Cristiana Alvareza, który wygryzł Idrissa Kameniego. Dwa wymęczone zwycięstwa nad Getafe i słabym Athletikiem oraz porażki z Mallorką, Levante i Saragossą to obecny dorobek „Los Pericos”. I mimo że nadchodzący pojedynek z Realem będzie meczem przyjaźni, na boisku uprzejmości nie będzie i to goście sięgną po trzy punkty w Barcelonie.
W Madrycie wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że każda kolejna strata punktów może okazać się zgubna w walce o mistrzostwo, nigdy bowiem nie wiadomo, kiedy „Barca” rozpocznie zwycięski marsz po tytuł. Kryzys na Santiago Bernabeu został już zażegnany, chociaż do 30. minuty ostatniego meczu ligowego z Rayo sytuacja wyglądała dramatycznie, gdyż podopieczni Mourinho przegrywali z ambitnym beniaminkiem. Sytuacja szybko wróciła jednak do normy, Real strzelił sześć goli i grubą kreską odciął się od ostatnich niepowodzeń, co tylko potwierdził ostatnim meczem w Lidze Mistrzów (3:0 z Ajaksem). W meczu z Espanyolem nie wystąpi kontuzjowany Karim Benzema oraz, do czego już zdążyliśmy się przyzwyczaić, Sahin i Altintop. Od pierwszej minuty nie zagra też zapewne Mesut Oezil, który gdzieś zagubił świetną formę, na czym skwapliwie skorzystał Kaka.
Betis Sewilla – Levante UD
Piłkarze Betisu Sewilla przystąpią do meczu z Levante jako liderzy Primera Division (fot. diariodesevilla.es)
Choć zabrzmi to absurdalnie, niedzielny mecz Betisu będzie… meczem na szczycie. Betis wciąż zajmuje pozycję lidera, a niewiele gorzej poczynają sobie podopieczni Juana Martineza, którzy mają zaledwie punkt mniej niż „Verdi-Blancos” i plasują się zaraz za drugą Barceloną. Co ciekawe, drużyna z Sewilli mimo porażki w ostatnim meczu utrzymała prowadzenie w tabeli, a stało się tak za sprawą porażki Valencii. Nie najlepszym pomysłem trenera Mela było niewystawienie w nim w wyjściowym składzie Benata Etxeberii, który do tej pory świetnie organizował grę Betisu. We wspomnianym spotkaniu z Getafe Bask pojawił się na boisku dopiero w drugiej połowie, ale losów meczu już nie odmienił. Do bramki nie zdołał też trafić Roque Santa Cruz, a kibice zespołu z Andaluzji zapewne czekają na powrót do zdrowia ich ulubieńca, Rubena Castro, który zapewniał zespołowi punkty na początku sezonu. Ten jednak będzie gotowy do gry najwcześniej za dwa tygodnie.
O ile na poczynaniach Betisu skupia się uwaga wszystkich mediów w Hiszpanii, a o mistrzostwie tego kraju wspominał już nawet trener Pepe Mel, o tyle w Walencji swoją pracę wykonują po cichutku. Levante zupełnie niepostrzeżenie awansowało na 3. pozycję w tabeli, a stało się tak dzięki trzem zwycięstwom w ostatnich trzech meczach. Podopieczni Juana Martineza na rozkładzie mają Real, Rayo i Espanyol, zatem zapomnieli już o niezbyt korzystnych remisach z początku sezonu, uzyskanych w meczach przeciwko Getafe i Racingowi. W spotkaniu poprzedniej kolejki klasą dla siebie był filigranowy Ruben Suarez, który wbił dwa gole Cristianowi Alvarezowi z Espanyolu. Czy znajdzie również sposób na wracającego odbyciu kary za czerwoną kartkę (w meczu z Athletikiem) Casto?
Komentarze5
~
~pdfan
kiepski naglowek
~
~LFC
I potem się wypowiadaj. Może Ci trochę pomogę
pierwsze i trzecie miejsce jakie zespoły je
zajmują?
~
~Piter99
Barca wygra a real kolejny raz się ośmieszy:D
~
~Jaro
Niestety ale Real wygra bo z Espanyolem rozegrają
mecz przyjaźni, nie od dziś wiadomo, że kibice obu
zespołów mają ze sobą sztamę…
~
~sevilla
ja jestem fanem Sevilli i wierze , ze rozbija slabe w
tym sezonie Atletico . Ale to nie jest wina pilkarzy
z Madrytu . Poprostu trener Manzano nie jest trenerem
stworzonym do prowadzenia dobrych druzyn . Pokazal to
w ubieglym sezonie , gdy prowadzil Seville , ktora
miala kiepski sezon …