Dwie z rzędu domowe porażki, trzy kolejne spotkania u siebie bez zwycięstwa. Taka passa w przypadku Górnika to rzadkość. A przynajmniej w ostatnim czasie. Ostatni raz zabrzanie zaliczyli passę trzech meczów bez triumfu u siebie ponad rok temu. Natomiast dwie domowe porażki z rzędu ostatni raz przytrafiły się ekipie Marcina Brosza w maju 2019 roku, na finiszu sezonu 2018/2019.
Choć Górnik zajmował przed tym meczem wyższą lokatę w tabeli, na pewno nie mógł być traktowany jako faworyt spotkania. Do Zabrza przyjechała silna Pogoń, która nie przegrała już od dziewięciu meczów. Mało tego, w ośmiu spotkaniach straciła zaledwie pięć bramek. Statystyki szczecinian imponują i przemawiały także na niekorzyść drużyny z Zabrza.
Oczekiwane zmiany
Forma Górnika mogła niepokoić – tydzień wcześniej ostatni w tabeli Piast Gliwice pokonał „Trójkolorowych” przy Roosevelta. Do składu wróciło jednak kilka kluczowych postaci. Na ławce znów zasiadł Koj, a trener Brosz w defensywie postawił na Gryszkiewicza i Evangelou. W środku pola pojawił się Manneh, na skrzydle Janża, a w ataku wystąpił Jesus Jimenez, którego brakowało chyba najbardziej w spotkaniu z Piastem. Tydzień temu wielu zawodników nie było gotowych do gry, ponieważ musieli odbyć kwarantannę, w szeregach zabrzan szalał bowiem koronawirus.
Wielu fanów przed spotkaniem spodziewało się w pierwszym składzie Filipa Bainovicia. Serb otrzymał w poprzedniej kolejce szansę od trenera i wydawało się, że ją wykorzystał. Dał przecież świetną asystę przy golu Jimeneza i w przekroju całego spotkania zaliczył solidny występ. Szkoleniowcowi to jednak nie wystarczyło. W oko wpadł mu za to młody Norbert Wojtaszek. Ten przeciwko „Piastunkom” miał na koncie kilka ciekawych, nietuzinkowych zagrań, jednak ewidentnie nie potrafił opanować głowy. Być może Brosz uznał, że do drugiego spotkania podejdzie już o wiele spokojniej i dojrzalej.
Z początku nie było widać zmiany na lepsze. W meczu z Piastem Górnik podchodził o wiele wyżej, starał się rozgrywać piłkę. Teraz podopieczni trenera Brosza grali bardzo asekuracyjnie i zachowawczo, a widowisko szybko zmieniło nam się w festiwal długich piłek i strat na połowie rywala. Oczywiście z obu stron, bo Pogoń dostosowała się do poziomu rywala.
Liczby na korzyść Pogoni
Piętnaście minut tak się Pogoń bawiła z Górnikiem, po czym nadszedł stały fragment gry na korzyść ekipy ze Szczecina. Dobre rozegranie rzutu rożnego i wyłożenie piłki do Macieja Żurawskiego wystarczyło, aby ten ostatni – dokładając tylko nogę – strzelił bramkę. Jeśli spojrzeć na liczby, nie wróżyło to najlepiej dla Górnika. Dwa na trzy razy Górnik tracił bramkę jako pierwszy i przegrywał mecz. Pogoń za to w pięciu meczach strzelała jako pierwsza – cztery ostatnie takie sytuacje w tym sezonie wykorzystała i wygrała te mecze, nie tracąc ani jednej bramki.
Całe szczęście, przynajmniej dla drużyny Górnika i wszystkich jej kibiców, statystyki nie grają. Górnik nie przycisnął w jakiś znaczący sposób, jednak jedna dobra akcja wystarczyła. Najpierw świetną, intuicyjną interwencją popisał się Stipica, później szczecinianie wybijali piłkę z linii bramkowej. Trzecie uderzenie na bramkę sprawiło, że futbolówka po rykoszecie trafiła w rękę Huberta Matyni, który stał prawie że w bramce. Oczywista czerwona kartka i „jedenastka” dla Górnika. Wystarczyło strzelić, a szanse zabrzan na zwycięstwo wzrosłyby drastycznie…











