Francja grając u siebie, miała bić rywali jednego po drugim, tymczasem każde kolejne spotkanie pozostawia po sobie pewien niesmak i duży znak zapytania nad głowami samych zawodników. Wszystkie ofensywne poczynania przechodzą przez nogi jednego piłkarza, gwiazdy zawodzą, nie zarysowuje się wyraźny plan gry. Teraz zamiast Francji wstawcie w ten opis Brazylię z mistrzostw świata w 2014 roku. Coś się nie zgadza? „Les Bleus” w półfinale zmierzą się z Niemcami. Nie spodziewamy się wyniku 1:7, ale…
Słowem wstępu: z całym szacunkiem i pięcioma tonami sympatii dla Islandczyków, potencjału kadry Deschampsa nie należy oceniać po meczu z reprezentacją kraju z północy Europy, w którym notabene stracili aż dwie bramki. Obie w niezwykle głupi sposób, lekceważąc rywala. Chłopcy Lagerbacka to olbrzymia sensacja i sam fakt, że można ich tak nazywać, sprawia, że w starciu z gospodarzami z góry muszą być skazani na wysoką porażkę.
Oglądając Francję na Euro 2016, nie można mówić o wysokim poziomie, okazałych zwycięstwach i emocjach rodem z dreszczowców. No chyba że mowa o kibicach „Trójkolorowych”, którzy przed ćwierćfinałem w każdym kolejnym spotkaniu musieli drżeć o wynik. Przyglądając się z boku poczynaniom Griezmanna i spółki, widać jednak zaskakujące podobieństwo do organizatorów mundialu sprzed dwóch lat.
Co łączy obie kadry?
Ledwo, ledwo, ale do przodu
Islandię zostawmy z tyłu. Jak „Les Bleus” radzili sobie w grupie oraz w 1/8 finału? Dwie kolejne wygrane z Rumunią i Albanią, remis ze Szwajcarią oraz zwycięstwo z Irlandią. Brzmi nieźle. Jak wyglądało to na boisku? Wszystkie cztery wyniki wymęczone, późno strzelane bramki, gra bez fajerwerków. Abstrahując od atrakcyjności goli, nie potrafili zachwycić, zaznaczyć swojej dominującej pozycji na placu gry. Takiej, jakiej od nich oczekiwano.
Brazylii w grupie poszło lepiej (3:1 z Chorwacją, 0:0 z Meksykiem i 4:1 z Kamerunem), ale już mecz z krajem tunelów pod granicą z USA postawił kilka pytań. Całe zło zaczęło się w kolejnych rundach. Ledwo ugrany remis z Chile i szczęśliwe karne w 1/8, następnie 1/4 i niezaznaczona wyraźnie wygrana z Kolumbią, która w drugiej połowie wcale nie była słabsza.
I w końcu w obu przypadkach: półfinał z Niemcami.
Nie ma piłkarzy niezastąpionych?
Ciekawe co na to Brazylijczycy, którzy w pierwszym i jedynym meczu turnieju bez Neymara i Thiago Silvy dostali siedem bramek i strzelili jedną, którą rywal oddał im w ramach litości. Bez tych dwóch panów ofensywna i defensywna gra „Canarinhos” leżałaby i ostatecznie leżała na całej linii. Nie tylko Neymar strzelał i nie tylko Silva bronił, ale ich wpływ na kolegów z zespołu był niemożliwy do przecenienia.










