Walencja jest pomarańczowa – mogą zakrzyknąć fani „Nietoperzy”. Podopieczni Unaia Emery’ego dzięki bramkom Jordiego Alby i Tino Costy wygrali z Levante 2:0.
Derby Walencji rozpoczęły się od świetnej akcji gospodarzy: Jose Barkero, nie zważając na obecność kilku rywali, spokojnie zabrał się z piłką na prawym skrzydle, po czym ostro dograł w pole karne – tam strzał oddał Juanlu, a Guaita z najwyższym trudem go wybronił. W kolejnych minutach gracze Juana Martineza skupili się na pokazaniu „Nietoperzom”, że nie będą przebierać w środkach: Juanfran mocno poturbował Bruno, Ballesteros zaś niby niechcący trącił nogą leżącego na murawie Jordiego Albę. Ten pierwszy musiał zresztą z tego powodu zakończyć grę, a w jego miejsce na placu gry pojawił się Barragan.

W 16. minucie bardzo bliski objęcia prowadzenia był zespoł z Walencji, ale Soldado minimalnie minął się z górną piłką zagraną przez Mathieu. Nieco później „Żołnierz” ponownie znalazł się w dogodnej sytuacji: po długim, płaskim podaniu Costy miał przed sobą tylko Munuę, ale sędzia Cerro Grande niesłusznie dopatrzył się w tej sytuacji pozycji spalonej. Jeśli chodzi o graczy Levante, to ten mecz wyglądał w ich wykonaniu zgoła inaczej niż poprzednie: schowani za podwójną gardą, co prawda agresywni w obronie, ale mało aktywni w ataku. Pod koniec drugiego kwadransa gry proporcje w posiadaniu piłki wynosiły 65 do 35 procent na korzyść Valencii.
Chwilę później gracze Emery’ego najwidoczniej postanowili ową przewagę udokumentować: po raz kolejny w tym spotkaniu obrońcom Levante świetnie urwał się Jordi Alba, po czym przyjął piłkę zagraną przez Tino Costę i spokojnie posłał piłkę do siatki obok interweniujących defensorów i golkipera rywala. 0:1 na Ciutat de Valencia! W kolejnej akcji gospodarze próbowali odpowiedzieć: z dystansu mocno i prawie celnie uderzał Iborra. Do końca pierwszej połowy lekką przewagę mieli gracze Martineza, ale poza świetnym strzałem Barkero z rzutu wolnego nie byli w stanie poważnie zagrozić bramce Guaity.
Tuż po gwizdku oznaczającym początek drugiej połowy Valencia, za sprawą Feghouliego, szybko przedostała się pod bramkę Munui, ale Alba nie był w stanie zrobić pożytku z podania Francuza, a gdy piłka niespodziewanie trafiła pod nogi Aduriza, ten ją szybko stracił. W 50. minucie Costa wykonywał rzut wolny z około 40 metrów i, choć strzelił bodaj w sam środek bramki, tak podkręcił piłkę, że golkiper Levante totalnie zgłupiał. Efekt? Piłka w siatce, 2:0 dla Valencii! Chwilę później mogły paść kolejne gole: najpierw głową strzelał Nano, a po chwili gorąco zrobiło się ponownie pod bramką Munui.
Mimo upływającego czasu i niekorzystnego wyniku gospodarze nie rezygnowali. Raz po raz szturmowali bramkę Guaity, a dwukrotnie byli blisko powodzenia, gdy po zamieszaniu w polu karnym na strzał zdecydował się Juanlu, a później sprzed „szesnastki” szczęścia próbował dobrze dysponowany tego dnia Barkero. Kolejną groźną akcję w fatalny sposób zniweczył Kone, który mając piłkę na ósmym metrze przed bramką gości, zamiast wyłożyć ją wbiegającemu na długi słupek Arandzie, wyłożył ją ochroniarzom stojącym za boiskiem. Chwilę później Urugwajczyk nie chciał już czekać na pomoc kolegi i sam huknął z dystansu. Guaita na posterunku.











