Czwarta (a tak naprawdę trzecia) kolejka hiszpańskiej Primera Division zostanie zainaugurowana już dzisiaj o godzinie osiemnastej, kiedy to na boiska wybiegną zaliczane do czołówki zespoły Villarrealu, Valencii i Malagi. Cała wymieniona trójka, a także murowani faworyci ligi, Real i „Barca”, zagrają w tej kolejce z niezbyt wymagającymi rywalami.
Real Sporting Gijon – Valencia CF
Znajdujący się niemal na samym dnie tabeli zawodnicy Manolo Preciado podejmą mistrza reszty Hiszpanii, jak nieraz nazywana jest Valencia.
Zawodnicy występujący na co dzień na El Molinon jeszcze nie wstrzelili się w rozgrywki. W pierwszym spotkaniu ulegli u siebie Realowi Sociedad, natomiast w zeszłym tygodniu nie potrafili się przeciwstawić słabiutkiej Osasunie. Co gorsze dla fanów czerwono-białych ich drużyna zdobywała w tych meczach gole honorowe w końcówkach, kiedy rywale byli już pewni wyniku. W ekipie z Gijon po odejściu Diego Castro ewidentnie brakuje jakości i jeżeli któryś z zawodników nagle nie zabłyśnie, Sporting może mieć duże problemy z utrzymaniem.
Santi Cazorla zdobył dwa gole w ostatnim meczu Malagi z Granadą (fot. vivafutbol.es)
Jeszcze większe będzie miał z pokonaniem Valencii, która po dwóch meczach usadowiła się w ścisłej czołówce z kompletem punktów, a Roberto Soldado próbuje uczynić to samo w klasyfikacji najlepszych strzelców, gdzie za głównego rywala ma jak na razie Cristiano Ronaldo. Zespół z Walencji w premierowej kolejce rozegrał iście hokejowy mecz z Racingiem, przed tygodniem zaś pokonał bez większych problemów solidnie wzmocnione Atletico. Mimo odejścia Juana Maty „Los Ches” nie zamierzają rezygnować z miana trzeciej siły ligi i trudno przewidywać w sobotę inny wynik niż pewne zwycięstwo podopiecznych Unaia Emeryego.
RCD Mallorca – Malaga CF
Pojedynek ekip, które jeszcze rok temu plasowały się na niemal identycznym pułapie, natomiast na chwilę obecną znajdują się na dokładnie przeciwległych biegunach. Biorąc pod uwagę przede wszystkim ambicje i finanse.
Gospodarze są biedni jak myszy kościelne i już w poprzednich rozgrywkach mieli spory problem z uniknięciem degradacji. Teraz teoretycznie powinno być jeszcze gorzej, bo z ofensywnego tria De Guzman – Webo – Nsue, które stanowiło o sile wyspiarzy w zeszłym sezonie, pozostał tylko ten ostatni . I trudno oprzeć się wrażeniu, że bez wartościowych partnerów czeka go w Mallorce marnacja. Jeśli w najbliższym meczu na wyżyny umiejętności nie wzniesie się para stoperów Ramis – Nunes oraz stojący między słupkami Izraelczyk Aouate, nie należy się spodziewać, że gospodarze dadzą radę dotrzymać kroku ekipie z Malagi.
Tym bardziej że w minionej kolejce wzmocnieni za arabskie pieniądze Andaluzyjczycy pokazali, jaki los czeka mierzących się z nimi słabeuszy. Granada, która przyjechała na La Rosaleda na miękkich nogach, odjechała z obolałymi pośladkami, bagażem czterech bramek i ulgą, że nie był on bardziej pokaźny. Debiutantów wypunktował stary wyjadacz Joaquin oraz jeden z bardziej błyskotliwych piłkarzy biegających po hiszpańskich boiskach, Santi Cazorla. W starciu z tym duetem oraz wspomagającymi ich kolegami zespoły pokroju Mallorki nie mają większych szans, nawet u siebie.
Leo Messi nie zdobył bramki już od dwóch spotkań. Jeszcze jedno i zacznie rzucać nożami w kolegów (fot. marca.com)
Notująca ostatnio wyniki zdecydowanie odbiegające od oczekiwań „Barca” podejmie nieźle punktującą ekipę z Nawarry. Katalończycy, jeśli nie chcą utrudnić sobie życia, muszą pokonać przyjezdnych i to najlepiej przekonująco.
Barcelonę po pierwszej (nominalnie drugiej) kolejce chwalili niemal wszyscy. Wrażenie na obserwatorach robił wynik, styl, w jakim został on osiągnięty, postawa nowych postaci w zespole oraz fakt, że w odniesieniu tak pokaźnego zwycięstwa nad bądź co bądź czołową drużyną ligi nie przeszkodziło „Blaugranie” wystawienie w składzie zaledwie jednego nominalnego obrońcy. Później jednak wszystko zaczęło się sypać. W meczu sprzed tygodnia „Barca” prowadziła z Realem w San Sebastian 2:0, kiedy poważnego urazu doznał Alexis Sanchez. Ta sytuacja tak rozkojarzyła gości, że po przerwie stracili dwie głupie bramki i zremisowali wygrane spotkanie. W ostatni wtorek Barcelona straciła bramkę w sposób jeszcze głupszy, straciła też Andresa Iniestę i kolejne, wydawałoby się pewne, punkty. W zbliżającym się spotkaniu na podobną lekkomyślność „Blaugrana” pozwolić już sobie nie może.
Kibice w Pampelunie ze startu sezonu mogą być zadowoleni. Mimo że Osasuna ewidentnie osłabiła się w ostatnim oknie transferowym, pozbywając się graczy decydujących o obliczu zespołu, na ich miejsce ściągając niemal wyłącznie przeciętniaków, cztery punkty zdobyte w pierwszych meczach sezonu świadczą, że na Reyno de Navarra tragedii nie ma i chyba nie będzie. Z jednej strony remisu z przemeblowanym Atletico ani tym bardziej zwycięstwa ze słabym Sportingiem nie należy przeceniać, ale z drugiej strony wydaje się, że pod wodzą Jose Mendilibara Osasuna jeszcze nie raz utrze nosa potencjalnie silniejszym. Czy stanie się tak w najbliższą sobotę? Mimo wszystko bardziej prawdopodobne będą opady śniegu w ten weekend w Barcelonie.
Sevilla FC – Real Sociedad San Sebastian
Potwierdzający dobrą grą wysokie aspiracje Andaluzyjczycy podejmą swoich niespodziewanych sąsiadów z tabeli, którzy ostatnio nie dali się wielkiej Barcelonie.
W swoim ligowym premierowym spotkaniu Sevilla zmierzyła się w derbach Andaluzji z Malagą i zwycięstwem udowodniła, że jak na razie to z nimi, a nie z nowobogackimi rywalami zza miedzy trzeba liczyć się bardziej. W hitowym spotkaniu sprzed tygodnia „Los Nervionenses” również tanio skóry nie sprzedali, remisując na wyjeździe z Villarrealem 2:2. W ekipie prowadzonej przez Marcelino zaszło sporo zmian w porównaniu z poprzednim sezonem, ale nie zmienił się Alvaro Negredo, który w dalszym ciągu stanowi o sile zespołu z Andaluzji. Po przykrej niespodziance, jaką było odpadnięcie z rozgrywek Ligi Europejskiej (z Hanoverem), Sevilla może skupić się wyłącznie na La Liga i z pewnością do meczu z Baskami przystąpi w stu procentach skoncentrowana.
Alvaro Negredo gra ostatnio tak dobrze, że uwierzył, iż jest częścią murawy (fot. rtve.es)
Przewidywanie łatwego zwycięstwa gospodarzy byłoby jednak błędem. Goście z San Sebastian plasują się w podobnych rejonach tabeli, mając na koncie taką samą liczbę punktów, toteż lekceważyć ich nie wypada. Zwycięstwo nad Sportingiem Gijon akurat nie musiało świadczyć o jakiejś nadzwyczajnej formie zawodników z Baskonii, ale już strzelenie Barcelonie dwóch goli i w efekcie wywalczenie punktu należy ocenić niezwykle wysoko. W biało-niebieskich barwach szczególnie dobrze poczyna sobie 24-letni Imanol Agirretxe, który w poprzednim sezonie był ledwie zmiennikiem Joseby Llorente i Raula Tamudo, teraz jest pierwszoplanową postacią napadu „Txuri-Urdin”. Jeśli wpisze się na listę strzelców w meczu z Sevillą, będzie to dla niego trzecie kolejne spotkanie ze zdobytą bramką.
Levante UD – Real Madryt
Skazywany na pożarcie przy każdej możliwej konfrontacji zespół z Walencji postara się stracić jak najmniej goli w konfrontacji z rozpędzającym się Realem Madryt. W tym przypadku chyba najtrudniej wieszczyć jakąkolwiek niespodziankę.
Po dwóch kolejkach Levante jest, o dziwo… niepokonane. Na takie miano piłkarze Juana Martineza zapracowali, dwukrotnie remisując. W pierwszej kolejce, dzięki bramce zmiennika Juanlu Lopeza „Los Azulones”, wywieźli cenny punkt z Getafe, natomiast w ubiegły weekend zanotowali bezbramkowy remis z Racingiem Santander. Kibice Levante w końcu będą mogli zobaczyć swoją ukochaną drużynę na Ciutat de Valencia i to od razu w konfrontacji z liderem tabeli. O ile punkty zdobyte w poprzednich konfrontacjach należy uznać za cenne, ale względnie spodziewane, o tyle jakakolwiek zdobycz na „Los Blancos” będzie ogromną sensacją.
Real w pierwszej kolejce zmiażdżył Saragossę, w zeszłym tygodniu dosyć szczęśliwie wygrał z Getafe, natomiast w ostatnią środę, mimo że niemal nie schodził z połowy Dynama w Zagrzebiu, wygrał tylko jedną bramką (a bolesnej kontuzji doznał Cristiano Ronaldo). Nie zmienia to faktu, że „Los Merengues” po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mają namacalną przewagę w tabeli ligowej nad Barceloną. I właśnie postawa Realu w najbliższych spotkaniach będzie odzwierciedleniem prawdziwej wartości zespołu budowanego po trupach przez Mourinho. Do tej pory niemal wyłącznie musieli „Barcę” gonić, teraz, już od samego początku ligi, muszą bronić przewagi. Mimo wszystko nie wydaje się możliwe, aby noga mogła się madrytczykom powinąć na Levante.
Athletic Bilbao – Betis Sewilla
Od niedawna podobne akcje w wykonaniu Llorente powodują ruchy płyt tektonicznych. Baskowie się cieszą, bo liczą, że dzięki temu w końcu oddzielą się od Hiszpanii (fot. athletic-club.com)
Zawodzący jak na razie Baskowie kontra świetnie spisujący się beniaminek. Czy będzie to mecz na przełamanie dla podopiecznych Marcelo Bielsy?
Powiedzieć, że chilijski szkoleniowiec „Los Leones” dokonał w zespole rewolucji, to nie powiedzieć nic. Z pewnymi miejscami w wyjściowej jedenastce lub kadrze meczowej musiało się pożegnać kilku doświadczonych zawodników, kilku innych zostało przestawionych przez Bielsę na zupełnie inne pozycje, a już wszyscy bez wyjątków podczas okresu przygotowawczego przybrali na masie, by fizycznie miażdżyć swoich rywali (obecnie mało który piłkarz Athletiku waży mniej niż 80 kg, a Fernando Llorente nawet 90!). Problem w tym, że wszystkie te zmiany nie przyniosły efektu. W inaugurującym ligę spotkaniu Baskowie zremisowali ze słabiutkim Rayo, a w następnej kolejce przegrali z przeciętnym Espanyolem. Być może punktem zwrotnym w procesie budowania w Bilbao mocnego zespołu był mecz Ligi Europejskiej ze Slovanem Bratysława, wygrany 2:1 (świetne zawody Muniaina, ustawionego na mediapuncie). A może był to jednorazowy przebłysk? Mecz z Betisem pozwoli rozwiać te wątpliwości.
Najbliższy rywal Athletiku to bez wątpienia ekipa solidna, a jak na beniaminka nawet bardzo mocna. To, że Andaluzyjczycy nie będą chłopcami do bicia, było już wiadomo w momencie, gdy awansowali do ligi, pozostawało im tylko potwierdzić na boisku przedsezonowe prognozy. I choć w dwóch pierwszych spotkaniach Betis zdobył zaledwie dwie bramki, to nie stracił żadnej i tym samym ma już na rozkładzie Granadę i Mallorkę. Wątpliwe też, by zawodnicy Pepe Mela obawiali się przyjazdu na San Mames w Bilbao. Będzie to z pewnością szczególny mecz dla Ustaritza Aldekoaotalory, który sześć poprzednich sezonów biegał w pasiastej koszulce klubu ze stolicy kraju Basków, a teraz będzie chciał (o ile wystąpi) udowodnić Bielsie, że popełnił błąd, pozbywając się go z klubu.
Nikt jeszcze nie skomentował tego tekstu. Bądź pierwszy.
Dodaj komentarz
Czwarta (a tak naprawdę trzecia) kolejka hiszpańskiej Primera Division zostanie zainaugurowana już dzisiaj o godzinie osiemnastej, kiedy to na boiska wybiegną zaliczane do czołówki zespoły Villarrealu, Valencii i Malagi. Cała wymieniona trójka, a także murowani faworyci ligi, Real i „Barca”, zagrają w tej kolejce z niezbyt wymagającymi rywalami.
Real Sporting Gijon – Valencia CF
Znajdujący się niemal na samym dnie tabeli zawodnicy Manolo Preciado podejmą mistrza reszty Hiszpanii, jak nieraz nazywana jest Valencia.
Zawodnicy występujący na co dzień na El Molinon jeszcze nie wstrzelili się w rozgrywki. W pierwszym spotkaniu ulegli u siebie Realowi Sociedad, natomiast w zeszłym tygodniu nie potrafili się przeciwstawić słabiutkiej Osasunie. Co gorsze dla fanów czerwono-białych ich drużyna zdobywała w tych meczach gole honorowe w końcówkach, kiedy rywale byli już pewni wyniku. W ekipie z Gijon po odejściu Diego Castro ewidentnie brakuje jakości i jeżeli któryś z zawodników nagle nie zabłyśnie, Sporting może mieć duże problemy z utrzymaniem.
Santi Cazorla zdobył dwa gole w ostatnim meczu Malagi z Granadą (fot. vivafutbol.es)
Jeszcze większe będzie miał z pokonaniem Valencii, która po dwóch meczach usadowiła się w ścisłej czołówce z kompletem punktów, a Roberto Soldado próbuje uczynić to samo w klasyfikacji najlepszych strzelców, gdzie za głównego rywala ma jak na razie Cristiano Ronaldo. Zespół z Walencji w premierowej kolejce rozegrał iście hokejowy mecz z Racingiem, przed tygodniem zaś pokonał bez większych problemów solidnie wzmocnione Atletico. Mimo odejścia Juana Maty „Los Ches” nie zamierzają rezygnować z miana trzeciej siły ligi i trudno przewidywać w sobotę inny wynik niż pewne zwycięstwo podopiecznych Unaia Emeryego.
RCD Mallorca – Malaga CF
Pojedynek ekip, które jeszcze rok temu plasowały się na niemal identycznym pułapie, natomiast na chwilę obecną znajdują się na dokładnie przeciwległych biegunach. Biorąc pod uwagę przede wszystkim ambicje i finanse.
Gospodarze są biedni jak myszy kościelne i już w poprzednich rozgrywkach mieli spory problem z uniknięciem degradacji. Teraz teoretycznie powinno być jeszcze gorzej, bo z ofensywnego tria De Guzman – Webo – Nsue, które stanowiło o sile wyspiarzy w zeszłym sezonie, pozostał tylko ten ostatni . I trudno oprzeć się wrażeniu, że bez wartościowych partnerów czeka go w Mallorce marnacja. Jeśli w najbliższym meczu na wyżyny umiejętności nie wzniesie się para stoperów Ramis – Nunes oraz stojący między słupkami Izraelczyk Aouate, nie należy się spodziewać, że gospodarze dadzą radę dotrzymać kroku ekipie z Malagi.
Tym bardziej że w minionej kolejce wzmocnieni za arabskie pieniądze Andaluzyjczycy pokazali, jaki los czeka mierzących się z nimi słabeuszy. Granada, która przyjechała na La Rosaleda na miękkich nogach, odjechała z obolałymi pośladkami, bagażem czterech bramek i ulgą, że nie był on bardziej pokaźny. Debiutantów wypunktował stary wyjadacz Joaquin oraz jeden z bardziej błyskotliwych piłkarzy biegających po hiszpańskich boiskach, Santi Cazorla. W starciu z tym duetem oraz wspomagającymi ich kolegami zespoły pokroju Mallorki nie mają większych szans, nawet u siebie.
FC Barcelona – Osasuna Pampeluna
Leo Messi nie zdobył bramki już od dwóch spotkań. Jeszcze jedno i zacznie rzucać nożami w kolegów (fot. marca.com)
Notująca ostatnio wyniki zdecydowanie odbiegające od oczekiwań „Barca” podejmie nieźle punktującą ekipę z Nawarry. Katalończycy, jeśli nie chcą utrudnić sobie życia, muszą pokonać przyjezdnych i to najlepiej przekonująco.
Barcelonę po pierwszej (nominalnie drugiej) kolejce chwalili niemal wszyscy. Wrażenie na obserwatorach robił wynik, styl, w jakim został on osiągnięty, postawa nowych postaci w zespole oraz fakt, że w odniesieniu tak pokaźnego zwycięstwa nad bądź co bądź czołową drużyną ligi nie przeszkodziło „Blaugranie” wystawienie w składzie zaledwie jednego nominalnego obrońcy. Później jednak wszystko zaczęło się sypać. W meczu sprzed tygodnia „Barca” prowadziła z Realem w San Sebastian 2:0, kiedy poważnego urazu doznał Alexis Sanchez. Ta sytuacja tak rozkojarzyła gości, że po przerwie stracili dwie głupie bramki i zremisowali wygrane spotkanie. W ostatni wtorek Barcelona straciła bramkę w sposób jeszcze głupszy, straciła też Andresa Iniestę i kolejne, wydawałoby się pewne, punkty. W zbliżającym się spotkaniu na podobną lekkomyślność „Blaugrana” pozwolić już sobie nie może.
Kibice w Pampelunie ze startu sezonu mogą być zadowoleni. Mimo że Osasuna ewidentnie osłabiła się w ostatnim oknie transferowym, pozbywając się graczy decydujących o obliczu zespołu, na ich miejsce ściągając niemal wyłącznie przeciętniaków, cztery punkty zdobyte w pierwszych meczach sezonu świadczą, że na Reyno de Navarra tragedii nie ma i chyba nie będzie. Z jednej strony remisu z przemeblowanym Atletico ani tym bardziej zwycięstwa ze słabym Sportingiem nie należy przeceniać, ale z drugiej strony wydaje się, że pod wodzą Jose Mendilibara Osasuna jeszcze nie raz utrze nosa potencjalnie silniejszym. Czy stanie się tak w najbliższą sobotę? Mimo wszystko bardziej prawdopodobne będą opady śniegu w ten weekend w Barcelonie.
Sevilla FC – Real Sociedad San Sebastian
Potwierdzający dobrą grą wysokie aspiracje Andaluzyjczycy podejmą swoich niespodziewanych sąsiadów z tabeli, którzy ostatnio nie dali się wielkiej Barcelonie.
W swoim ligowym premierowym spotkaniu Sevilla zmierzyła się w derbach Andaluzji z Malagą i zwycięstwem udowodniła, że jak na razie to z nimi, a nie z nowobogackimi rywalami zza miedzy trzeba liczyć się bardziej. W hitowym spotkaniu sprzed tygodnia „Los Nervionenses” również tanio skóry nie sprzedali, remisując na wyjeździe z Villarrealem 2:2. W ekipie prowadzonej przez Marcelino zaszło sporo zmian w porównaniu z poprzednim sezonem, ale nie zmienił się Alvaro Negredo, który w dalszym ciągu stanowi o sile zespołu z Andaluzji. Po przykrej niespodziance, jaką było odpadnięcie z rozgrywek Ligi Europejskiej (z Hanoverem), Sevilla może skupić się wyłącznie na La Liga i z pewnością do meczu z Baskami przystąpi w stu procentach skoncentrowana.
Alvaro Negredo gra ostatnio tak dobrze, że uwierzył, iż jest częścią murawy (fot. rtve.es)
Przewidywanie łatwego zwycięstwa gospodarzy byłoby jednak błędem. Goście z San Sebastian plasują się w podobnych rejonach tabeli, mając na koncie taką samą liczbę punktów, toteż lekceważyć ich nie wypada. Zwycięstwo nad Sportingiem Gijon akurat nie musiało świadczyć o jakiejś nadzwyczajnej formie zawodników z Baskonii, ale już strzelenie Barcelonie dwóch goli i w efekcie wywalczenie punktu należy ocenić niezwykle wysoko. W biało-niebieskich barwach szczególnie dobrze poczyna sobie 24-letni Imanol Agirretxe, który w poprzednim sezonie był ledwie zmiennikiem Joseby Llorente i Raula Tamudo, teraz jest pierwszoplanową postacią napadu „Txuri-Urdin”. Jeśli wpisze się na listę strzelców w meczu z Sevillą, będzie to dla niego trzecie kolejne spotkanie ze zdobytą bramką.
Levante UD – Real Madryt
Skazywany na pożarcie przy każdej możliwej konfrontacji zespół z Walencji postara się stracić jak najmniej goli w konfrontacji z rozpędzającym się Realem Madryt. W tym przypadku chyba najtrudniej wieszczyć jakąkolwiek niespodziankę.
Po dwóch kolejkach Levante jest, o dziwo… niepokonane. Na takie miano piłkarze Juana Martineza zapracowali, dwukrotnie remisując. W pierwszej kolejce, dzięki bramce zmiennika Juanlu Lopeza „Los Azulones”, wywieźli cenny punkt z Getafe, natomiast w ubiegły weekend zanotowali bezbramkowy remis z Racingiem Santander. Kibice Levante w końcu będą mogli zobaczyć swoją ukochaną drużynę na Ciutat de Valencia i to od razu w konfrontacji z liderem tabeli. O ile punkty zdobyte w poprzednich konfrontacjach należy uznać za cenne, ale względnie spodziewane, o tyle jakakolwiek zdobycz na „Los Blancos” będzie ogromną sensacją.
Real w pierwszej kolejce zmiażdżył Saragossę, w zeszłym tygodniu dosyć szczęśliwie wygrał z Getafe, natomiast w ostatnią środę, mimo że niemal nie schodził z połowy Dynama w Zagrzebiu, wygrał tylko jedną bramką (a bolesnej kontuzji doznał Cristiano Ronaldo). Nie zmienia to faktu, że „Los Merengues” po raz pierwszy od niepamiętnych czasów mają namacalną przewagę w tabeli ligowej nad Barceloną. I właśnie postawa Realu w najbliższych spotkaniach będzie odzwierciedleniem prawdziwej wartości zespołu budowanego po trupach przez Mourinho. Do tej pory niemal wyłącznie musieli „Barcę” gonić, teraz, już od samego początku ligi, muszą bronić przewagi. Mimo wszystko nie wydaje się możliwe, aby noga mogła się madrytczykom powinąć na Levante.
Athletic Bilbao – Betis Sewilla
Od niedawna podobne akcje w wykonaniu Llorente powodują ruchy płyt tektonicznych. Baskowie się cieszą, bo liczą, że dzięki temu w końcu oddzielą się od Hiszpanii (fot. athletic-club.com)
Zawodzący jak na razie Baskowie kontra świetnie spisujący się beniaminek. Czy będzie to mecz na przełamanie dla podopiecznych Marcelo Bielsy?
Powiedzieć, że chilijski szkoleniowiec „Los Leones” dokonał w zespole rewolucji, to nie powiedzieć nic. Z pewnymi miejscami w wyjściowej jedenastce lub kadrze meczowej musiało się pożegnać kilku doświadczonych zawodników, kilku innych zostało przestawionych przez Bielsę na zupełnie inne pozycje, a już wszyscy bez wyjątków podczas okresu przygotowawczego przybrali na masie, by fizycznie miażdżyć swoich rywali (obecnie mało który piłkarz Athletiku waży mniej niż 80 kg, a Fernando Llorente nawet 90!). Problem w tym, że wszystkie te zmiany nie przyniosły efektu. W inaugurującym ligę spotkaniu Baskowie zremisowali ze słabiutkim Rayo, a w następnej kolejce przegrali z przeciętnym Espanyolem. Być może punktem zwrotnym w procesie budowania w Bilbao mocnego zespołu był mecz Ligi Europejskiej ze Slovanem Bratysława, wygrany 2:1 (świetne zawody Muniaina, ustawionego na mediapuncie). A może był to jednorazowy przebłysk? Mecz z Betisem pozwoli rozwiać te wątpliwości.
Najbliższy rywal Athletiku to bez wątpienia ekipa solidna, a jak na beniaminka nawet bardzo mocna. To, że Andaluzyjczycy nie będą chłopcami do bicia, było już wiadomo w momencie, gdy awansowali do ligi, pozostawało im tylko potwierdzić na boisku przedsezonowe prognozy. I choć w dwóch pierwszych spotkaniach Betis zdobył zaledwie dwie bramki, to nie stracił żadnej i tym samym ma już na rozkładzie Granadę i Mallorkę. Wątpliwe też, by zawodnicy Pepe Mela obawiali się przyjazdu na San Mames w Bilbao. Będzie to z pewnością szczególny mecz dla Ustaritza Aldekoaotalory, który sześć poprzednich sezonów biegał w pasiastej koszulce klubu ze stolicy kraju Basków, a teraz będzie chciał (o ile wystąpi) udowodnić Bielsie, że popełnił błąd, pozbywając się go z klubu.