Piątkowy mecz pokazał, że bez Roberta Lewandowskiego nie istniejemy w ofensywie. Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik nie są w stanie zastąpić napastnika Bayernu Monachium. Lewandowski, choć często krytykowany za występy w reprezentacji, po prostu daje niewyobrażalną jakość. Jest po prostu niezastąpiony. Nawet gdy nie strzela bramek, to wciąż rywale skupiają swoją uwagę głównie na nim. Z Holandią zabrakło właśnie jego w ataku.
W ataku reprezentacji Polski od pierwszej minuty wybiegł Krzysztof Piątek. Choć przez wielu awizowany do wyjściowej jedenastki był Arkadiusz Milik. Obydwaj napastnicy borykają się z problemami. Saga transferowa z zawodnikiem Napoli trwa w najlepsze, a Piątek może znów zmienić klub. Po zaledwie pół roku. To wszystko sprawiało, że ich forma była dużą zagadką.
Bez argumentów
Przez cały mecz oddaliśmy zaledwie dwa strzały, z czego jeden celny. Ten jeden, wyjątkowy i niegroźny strzał oddał Krzysztof Piątek. To zdecydowanie za mało, aby myśleć o dobrym wyniku z takim rywalem. Piłkę obok bramki kopnął Kamil Jóźwiak – debiutant w pierwszym składzie. Strzał jednak okazał się niegroźny. Cillessen miał tyle roboty, co Radosław Majecki w meczu młodzieżówki.
Jeszcze bardziej martwić może, totalnie bierna postawa w ofensywie. Zero jakichkolwiek prób oddania strzałów, zero szans po stałych fragmentach gry, zero strzałów z dystansu, a nawet brak ciekawych akcji, już nie mówiąc, aby były zakończone strzałem. Defensywa holenderska stłamsiła wszystkie poczynania Polaków. Nie mieliśmy żadnych argumentów, aby strzelić na bramkę, strzeżoną przez Jaspera Cillessena.
Nieudany plan taktyczny
Nie jest to tajemnicą, że reprezentacja Polski najlepiej czuje się w kontrataku. Tak to już jest, że gdy przychodzi nam rozgrywać piłkę, to najczęściej pojawiają się problemy. Idąc tym kluczem, Holandia powinna nam pasować jako przeciwnik. Mówiąc trochę podwórkowo „Oni sobie rozgrywają, a my cyk konterka i brameczka”. Tak to powinno wyglądać. Nie mam pojęcia, czy taki był plan na ten mecz, bo przez większość spotkania broniliśmy się na własnej połowie.
Grając na tzw. kontrę, kluczowym zawodnikiem był zawsze Kamil Grosicki. Wtedy odpalane było turbo na skrzydle, a akcja kończyła się zazwyczaj, chociaż strzałem lub chociaż sprawiała, że obrońcy rywali musieli się wykazać. W Amsterdamie Jerzy Brzęczek postanowił spróbować zagrać bez Kamila Grosickiego. Na jego wejście musieliśmy czekać jednak aż do 71. minuty. Skrzydłowy West Bromwich Albion, nie pokazał nic wielkiego, ale też nie miał nawet okazji, abyśmy się przekonali o jego umiejętnościach.











