Pierwszym meczom Paulo Sousy towarzyszy wiele kontrowersji. Eksperci dyskutują między sobą o stylu reprezentacji i zastanawiają się, czy pomysł portugalskiego szkoleniowca na pewno przyniesie odpowiednie efekty. W rozmowie z iGol.pl swoimi przemyśleniami podzielił się również Arkadiusz Onyszko, czyli trener bramkarzy Motoru Lublin oraz były reprezentant Polski.
Arkadiusz Onyszko rozmawiał z nami jeszcze przed meczem z Andorą.
Jakie są Pańskie pierwsze wrażenia dotyczące reprezentacji pod wodzą Paulo Sousy?
Pierwszy mecz zbytnio mnie nie porwał. Jeżeli chodzi o te zmiany, których dokonał trener, to nie wiem, skąd on je wziął. Doświadczony trener nie powinien popełniać takich błędów, że Kamila Glika sadza na ławce rezerwowych, a w ważnym meczu wprowadza debiutanta. Patrząc na bramki, które straciliśmy, to Helik zrobił błędy niczym środkowy obrońca w zespole juniorskim. Już dawno nie widziałem, żeby zawodnik na takim poziomie tak źle zachowywał się w poszczególnych sytuacjach. To było dla mnie przerażające.
M.in. postawa obrony ponownie budzi wątpliwości, czy nasza reprezentacja jest na pewno gotowa do gry wahadłami.
To jest złożony proces. Żeby grać wahadłami, przede wszystkim większość zawodników musiałaby choć raz spotkać się z takim ustawieniem w klubach. Po trzech dniach wspólnego treningu to było karkołomne ustawienie trenera Sousy. Trener Sousa jest człowiekiem, który był już w niejednym zachodnim klubie. Ma duże doświadczenie jako zawodnik i trener, na pewno większe niż Jerzy Brzęczek. Nie przystoi mu popełniać takich błędów. Ma ogromne szczęście. Jakby nasza drużyna przegrała, to byłoby mu bardzo trudno wszystko podnieść i udowodnić, że zasługuje na kredyt zaufania.
Warto też zwrócić uwagę, że w meczu z Węgrami bardzo słabo zaprezentował się Wojciech Szczęsny. Pan już wspominał o tym w jednym z wywiadów.
Nie wiem, czy Wojtek się na mnie obrazi, ale trzeba stwierdzić fakty. Tego typu bramkarz nie może robić takich błędów. Dym zaczął się od pierwszego zagrania, kiedy Krychowiak pod presją dostał piłkę od Wojtka Szczęsnego na dwudziestym metrze. Jak widzieliśmy – piłkę stracił, był rzut wolny. Później, jak Wojtek zbierał się do tej piłki, to już był dla mnie sygnał, że albo jest zdenerwowany, albo nie jest w formie.
Pierwsza bramka, którą puścił – dostał piłkę w bliższy róg, który powinien zabezpieczyć. Nikt o tym nie mówi, ale on w momencie strzału spodziewał się, że piłka będzie uderzona po dalszym słupku i przełożył ciężar ciała na prawą nogę. Dlatego jego interwencja wyglądała tak dziwnie. On rzucił się dopiero, jak piłka praktycznie była już w siatce. Późniejsze zdarzenia, np. jego wybicia piłki, też pokazują, że to był bardzo słaby mecz w jego wykonaniu. Stracone bramki to były sytuacje, przy których tak naprawdę nie dotknął piłki.











