Choć już niebawem rozpoczną się mistrzostwa Europy, myślami jesteśmy jeszcze przy zakończonym niedawno sezonie 2011/2012. Jeśli chodzi o hiszpańską Primera Division, pamiętamy przeważnie piłkarzy, epickie pojedynki Messiego i Ronaldo oraz piękne gole. A gdyby tak spojrzeć na La Liga przez pryzmat trenerów? I to niekoniecznie tych z najmocniejszych zespołów?
Sylwetki szkoleniowców, którzy przewinęli się w tym sezonie przez ławki trenerskie klubów Primera Division, przedstawiamy alfabetycznie. Na każdą literę przypada jeden fachowiec, przez co w zestawieniu zabraknie wielu znanych postaci. Z drugiej strony sporo liter nie ma swojego odpowiednika. Pretensje o ten stan rzeczy można kierować tylko i wyłącznie do rodziców trenerów – gdyby wiedzieli, że taki tekst powstanie, z pewnością dwa razy zastanowiliby się nad tym, z kim się wiążą i jakie imię nadają dziecku.
Aguirre Javier – zamordysta. W listopadzie 2010 roku zastąpił w Saragossie Jose Gaya, pod którego wodzą ekipa z Aragonii stoczyła się na samo dno tabeli. Meksykanin potrząsnął piłkarzami, którzy najpierw zaczęli ciułać punkty, później grać w kratkę, a w końcu grać jak z nut. Efekt? Pewne utrzymanie. W tym sezonie Aguirre już nie potrafił zmotywować swoich podopiecznych i dlatego został w grudniu zluzowany przez Manolo Jimeneza.

Bielsa Marcelo – maniak. Futbolem żyje na tyle, że przed objęciem Athleticu obejrzał kilka razy wszystkie 38 meczów z poprzedzającego sezonu. Nie kupił ani nawet nie wynajął domu w Bilbao, śpi w hotelowym pokoju, bo jak twierdzi, poza łóżkiem nie potrzebuje właściwie żadnego innego mebla. Taktyczny wizjoner. Tchnął w „Lwy” niespotykanego ducha, dzięki któremu dotarły do finału LE, gromiąc po drodze Schalke i Manchester United. Wciąż nie wiadomo, gdzie będzie pracował w nadchodzącym sezonie.
Caparros Joaquin – solidna firma. Za zmianą prezesa w Bilbao poszła również zmiana na ławce, a Caparrosa zastąpił właśnie wspomniany wyżej Bielsa. Andaluzyjczyk jest trenerem bardzo solidnym, ale jego drużyny często są krytykowane za brak polotu – z tego powodu opuścił ponoć zresztą Sevillę i Athletic. W październiku po rezygnacji Michaela Laudrupa objął Mallorcę i choć z początku szło mu jak po grudzie, pod koniec sezonu walczył z wyspiarzami o puchary.
Emery Unai – dziwak. Jest to szkoleniowiec pokrzywdzony – nie szanują go ani piłkarze, ani kibice. Ci pierwsi wiedzą, że długo nie zostanie na Mestalla, co jest zresztą odbiciem nastrojów drugich, którzy wymagają od trenera sukcesów, efektownego stylu i stabilizacji. Ich zdaniem taki klub jak Valencia musi to mieć, choćby z urzędu i bez jakichkolwiek kosztów, a Emery tego nie daje. Kto w tym konflikcie ma rację? Jeśli 40-latek osiągnie sukces, prowadząc inną drużynę, udowodni, że to krytykanci są w błędzie.











