Wszyscy cieszyliśmy się, śledząc prawdziwy wyścig po mistrzostwo Polski. Dzisiejszy mecz miał być nareszcie tym wyczekiwanym, naprawdę wielkim hitem, który wyłoni większego z wielkiej dwójki. Okazało się, że pokazało jedynie mniej słabego.
Jak zwykle przed hitami naszej ekstraklasy balonik pompowany był do granic możliwości. Nie wszyscy dawali się jednak po raz kolejny nabrać i spodziewali się raczej zwykłej ligowej kopaniny niż niezapomnianego widowiska. Najgorzej nie było, ale poziom gry pozostawiał sporo do życzenia. Ostatecznie Legia, choć zasłużenie, to zwycięstwo wymęczyła.

Jako bezstronnego kibica interesuje mnie przede wszystkim to, aby w eliminacjach do Ligi Mistrzów grał najsilniejszy polski zespół. Niestety, po raz kolejny okazuje się, że mistrz będzie prawdopodobnie za słaby na przełamanie złej passy. Niezależnie od tego, kto tym mistrzem zostanie (jeśli ktoś jeszcze wierzy w mistrzostwo dla Lecha). Dzisiejsze spotkanie brutalnie zweryfikowało umiejętności niektórych zawodników. To, co wystarczało na Widzewy czy inne Jagiellonie, w meczu z rywalem o podobnym potencjale okazało się marnym straszakiem.
Dlaczego stwierdzam, że po raz kolejny będziemy mieli słabego mistrza? Przede wszystkim patrząc na Lecha. Możdżeń był fatalny. Beznadziejny w defensywie i bezproduktywny w konstruowaniu akcji. Przez niego Henriquez niemal w pojedynkę musiał radzić sobie z Kucharczykiem i Bereszyńskim. Panamczykowi nie pomagał również Trałka, który zamiast biegać za piłką ile sił w płucach, spokojnie przetruchtał sobie cały mecz, nie zaliczając żadnego dobrego podania do przodu, a i żadnego odbioru sobie nie przypominam. Murawski niezłe zagrania przeplatał fatalnymi, Hamalainen wyglądał jakby dzień wcześniej spożył sporą ilość alkoholu o tej samej nazwie, co jego rodzimy kraj, a na szpicy Teodorczyk nie oddał ani jednego groźnego strzału. Do tego jedynym pewnym punktem defensywy poznaniaków był Kamiński, bo o wiele bardziej doświadczony Wołąkiewicz popełniał błąd za błędem, nie potrafiąc odebrać piłki i często ją tracąc.
Nie chodzi mi tu o krytykowanie „Kolejorza”, bo przecież właśnie z takim Lechem ogromne problemy miała Legia. Zwycięstwo zawdzięcza tylko temu, że Kosecki przeprowadził jeden ze swoich ostatnich rajdów w tym meczu, a Możdżeń w wyśmienity sposób podsumował swój fatalny występ. Gospodarze stworzyli sobie może dwie, trzy dogodne sytuacje. Oprócz tego naprawdę mieli problemy, by bez pomocy zawodników Lecha zagrozić bramce Kotorowskiego. Na zwycięstwo w polskiej lidze to wystarczy. Ale co potem?
Jesienią (a raczej późnym latem) mistrza Polski czekać będą pojedynki z mistrzami Norwegii, Cypru albo Danii. Do dzisiejszego meczu byłem optymistą. Moje nadzieje szybko zostały jednak sprowadzone na ziemię. Nie oszukujmy się, z taką grą Legia (lub Lech, jeśli ktoś nadal wierzy) może odprawić tylko mistrzów Azerbejdżanu, Armenii albo Litwy. I to już będzie sporym osiągnięciem.











