Kapitalne widowisko zaserwowały nam niemieckie drużyny na Wembley. Jeśli chodzi o poziom piłkarski spotkania, to naprawdę trudno przypomnieć sobie równie dobry pojedynek w finale Ligi Mistrzów.
Ten mecz był godny ostatecznego starcia w Champions League. Wszyscy oczekiwali wspaniałej batalii i nie zawiedli się. Zabrakło może jedynie trochę dramaturgi. Jednak jeśli chodzi o aspekty czysto piłkarskie, nie można było narzekać. Niecelne podania wynikały z ostrego pressingu, piłkarze zasuwali po boisku, aż miło, gra szybko przenosiła się spod jednej bramki pod drugą, a półtorej godziny upłynęło niepostrzeżenie. Ktoś słusznie twierdził, że takie mecze powinny automatycznie zostać przedłużone o 30 minut.

W przeciwieństwie do chociażby ostatniego finału wygrał futbol. A raczej fussball. Bo to niemiecka piłka zwyciężyła. Starcie na Wembley było fantastyczną reklamą Bundesligi i niemieckiego futbolu. Zdrowe i rozsądne zarządzanie klubem wygrało z kaprysami szejków, petrodolarami i zadłużonymi zespołami z Półwyspu Iberyjskiego. Poza tym zwyciężył zespół, który zasłużył jak żaden inny. Ten, który już rok temu powinien sobie zapewnić tytuł mistrzów Europy. Ten, który ośmieszony przez kopciuszka z Dortmundu postanowił bronić swojej godności i miażdżył niemal każdego na swej drodze. Ten, który symbolicznie zakończył erę Barcelony, aplikując jej siedem goli.
Zasłużyli również ci, którzy zostali dziś bohaterami, a nie mieli nimi być. Nikt nie wyobrażał sobie, że to Mandzukić i Robben zapewnią Bayernowi zwycięstwo. Chorwat, przychodząc przed sezonem, miał być tylko zmiennikiem Gomeza. Gdy ten odniósł kontuzję, fani Bayernu domagali się ściągnięcia klasowego napastnika. Okazało się, że takowego już w swoim zespole mają, a on dziś tylko to potwierdził. Tytaniczną pracą w ciągu całego sezonu w pełni zapracował na dzisiejsze trafienie. A Robben… jemu należało się za całokształt. Wyśmiewany na każdym kroku Holender omal nie rozpłakał się po strzelonym golu. I nic dziwnego. On miał wszystkim coś do udowodnienia. Nadal pozostanie lewonożnym egoistą. Ale przypomniał, że jest genialnym lewonożnym egoistą. Omal nie powróciły dawne demony, gdy dwa razy nie wykorzystał świetnej okazji do pokonania Weidenfellera. Reakcja 29-latka po zwycięskim golu była znamienna. Żal do kibiców i całego piłkarskiego świata wylewał się z jego oczu niczym niegdyś Nil w lipcu. Chciał w tym momencie po raz kolejny usłyszeć od fanów Bayernu to, co mówili o nim przez ostatnie kilka miesięcy. Nie usłyszał. Z najbardziej nielubianego piłkarza w Monachium (chyba nawet Neuer, kibic Schalke, po pewnym czasie stał się bardziej akceptowany) w ciągu pół godziny zmienił się w bohatera „Bawarczyków”.
Niezwykłe jest podobieństwo losów Bayernu i Robbena, jeśli chodzi o ostatnie miesiące. Równo rok temu Robben był synonimem Bayernu. Synonimem porażki. Przegrania wszystkiego, co było możliwe. W pewnym momencie wydawało się, że Holender nie jest już monachijczykom potrzebny. To on zapewnił jednak swojej drużynie dwa najważniejsza zwycięstwa nad Borussią w kończącym się sezonie – dzisiejsze i wcześniej, świetnym strzałem z dystansu w ćwierćfinale Pucharu Niemiec. Futbol (Fussball?) potrzebuje takich piłkarzy. Genialnych w swej omylności, świetnych w swych nieudanych zagraniach. Robben dwukrotnie zrzucał z siebie ogromny ciężar. Jego radość po dwóch wspomnianych zwycięstwach nad Borussią była po prostu piękna, a jednocześnie diametralnie różna. Najpierw okazywał satysfakcję i poczucie wielkości (ćwierćfinał DFB-Pokal), a potem tę ogromną radość, aż do łez (finał Ligi Mistrzów), chował gdzieś przed tym okrutnym światem, który tak brutalnie z niego szydził. Dla takich momentów warto oglądać piłkę nożną.
Nie jestem fanem holenderskiego skrzydłowego. Robben jest samolubny, egoistyczny, irytujący do granic możliwości. Ma w zanadrzu jeden zwód, a prawą nogą zagrywa rzadziej, niż meteory spadają na Czelabińsk. Jeszcze do niedawna denerwował również brakiem zaangażowania w defensywę. Było jednak wiadomo, że będzie się chciał odegrać za wszystkie dotychczasowe niepowodzenia. Wydrapać zadrę w nim tkwiącą. Niedługo po wyrównującym golu zatelefonował do mnie redakcyjny kolega, Jakub Sośnicki, i spytał, czy Robben podejdzie do rzutu karnego w ewentualnej serii „jedenastek”. Stwierdziłem, że strzeli tego decydującego. Pomyliłem się niewiele. Holender nie rozegrał wielkiego meczu, ale tacy piłkarze jak on nie muszą grać wspaniale, by decydować o losach spotkań. Wystarczyły dwie akcje najbrzydszego duetu skrzydłowych na świecie, aby sięgnąć po zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów.
Dziś swoją klasę potwierdzili jeszcze trzej piłkarze Bayernu. Neuer, który jeśli zostanie dobrze rozgrzany przez rywali, jest niemal nie do pokonania. Martinez, który świetnie poradził sobie z łatką piłkarza przepłaconego i brylował w środku pola po raz kolejny w tym sezonie. Oraz Ribery, czyli najlepszy piłkarz Bundesligi, jednym zagraniem potrafiącym zmieniać przebieg meczu. Tak jak dziś – asystując przy golu Robbena.
Żeby jednak nie było tak różowo, niczym w bajce dla małych dziewczynek, należy wspomnieć, że Bayern po raz kolejny udowodnił, iż ma problem z obsadzeniem środka obrony. Boateng i Dante to obrońcy bardzo dobrzy, ale nie świetni. Zdarzają im się zagrania nonszalanckie, bezmyślne czy wręcz głupie. Dziś gdzieś między drugim a trzecim zakręcił się Dante. Brazylijczykowi – kolokwialnie mówiąc – odcięło prąd i w stylu kung fu zaatakował Reusa, za co powinien wylecieć z boiska.
Wcześniej mecz powinien też zakończyć Lewandowski, który nie wytrzymał ciśnienia i postanowił wyżyć się na (nie)winnym Boatengu. Gdyby to był Pepe, prasa, telewizja i internet grzmiałyby, opowiadając o brutalności Portugalczyka. A że zrobił to pogromca San Marino (i przy okazji drugi najskuteczniejszy gracz Bundesligi oraz Ligi Mistrzów) wszyscy przymykają oko. Choć zarówno Lewandowski, jak i pozostali Polacy zagrali przeciętnie. Piszczek zawalił obie bramki, dwukrotnie dając ograć się Ribery’emu, i mało efektywnie podłączał się do akcji ofensywnych. Błaszczykowski unikał pojedynków z rywalami i nie wykorzystał jednej świetnej okazji do zdobycia gola. Lewandowski oprócz kilku wygranych pojedynków fizycznych i główkowych z obrońcami Bayernu nie pomagał w kreowaniu akcji, a do tego nie strzelił gola, mimo że okazje do tego miał.
Wielki Jupp Heynckes kończy swoją przygodę z Ligą Mistrzów w blasku chwały. Został czwartym trenerem w historii, który zdobywał Puchar Europy z dwoma różnymi zespołami. Wbrew pozorom wielką rzeczą jest uczyć się na błędach. 68-latek potrafił wyciągnąć odpowiednie wnioski i z pomocą niedostrzeganego w naszym kraju Matthiasa Sammera poprowadził Bayern do piątego triumfu w Lidze Mistrzów. Do perfekcyjnego sezonu brakuje mu tylko wygranej w Pucharze Niemiec. Trudne zadanie czeka Pepa Guardiolę. Zapewne gdyby teraz Hoeness i spółka mieli podejmować decyzję w sprawie zakontraktowania nowego szkoleniowca, Heynckes nie musiałby się żegnać (?) z futbolem. Ale czy to nie jest najlepszy moment, aby zakończyć karierę?
Obserwuj autora na Twitterze: @ArturDylewski
bo ojciec opat mnie dopadl