Superpuchar Polski, czyli mecz rozgrywany pomiędzy mistrzem Polski oraz zdobywcą Pucharu Polski, zwyciężył Raków Częstochowa. Drużyna Marka Papszuna pokonała ekipę Lecha Poznań. Mistrzowie Polski po raz kolejny nie byli w stanie znaleźć recepty na Raków. Częstochowianie zwyczajnie byli w tym meczu lepsi.
Raków Częstochowa ma za sobą bardzo udany okres. Na przestrzeni lekko ponad roku zdobył aż sześć medali: cztery złote oraz dwa srebrne. Tryumfował dwukrotnie w rozgrywkach Pucharu i Superpucharu Polski, może czuć niedosyt po dwóch wicemistrzostwach z rzędu. Na pewno najważniejszym celem jest zdobyć tytuł mistrza Polski w już rozpoczętym sezonie.
Za to Lech Poznań, obecny mistrz, nie jest w stanie pokonać Rakowa już od lutego 2020 roku. Ani Dariusz Żuraw, ani Maciej Skorża, ani John van den Brom nie przełamali tej serii, chociaż Holender będzie miał na to jeszcze co najmniej dwie szanse w tym sezonie.
Superpuchar Polski dla Rakowa, Lech na deskach
Jak już wcześniej pisaliśmy, Raków schował do swojej gabloty już szósty medal, a czwarty złoty, od maja ubiegłego roku. Nikt nie przewidywał takiego scenariusza jeszcze kilka lat temu, gdyż Raków jeszcze nie tak dawno grał na zapleczu ekstraklasy. Jednak faktem stał się drugi z rzędu złoty medal za Superpuchar Polski, rok temu z Legią, dzisiaj z Lechem.
Zespół Marka Papszuna rozpoczyna tym samym sezon od pucharu. Pierwszy mecz w ekstraklasie rozegra dopiero 15 lipca, a starcia w pucharach zaczyna od meczu z Astaną w ramach Ligi Konferencji Europy, to spotkanie odbędzie się 21 lipca. „Medaliki” po dwóch sezonach zakończonych drugim miejscem mają zamiar sięgnąć po pierwsze mistrzostwo Polski w swojej historii.
Zespół Lecha Poznań zdecydowanie potrzebował przerwania złej passy z Rakowem, zresztą nadal jej potrzebuje. „Kolejorz” w spotkaniach z drużyną z Częstochowy nie jest w stanie przejąć inicjatywy, Raków kontroluje grę i nie pozwala Lechowi na wiele. Nie jest to też zależne od stylu, w jakim gra zespół z Poznania, ponieważ dzisiaj mistrz Polski wyszedł, bardziej licząc na kontrataki, a chociażby w finale Pucharu Polski, jeszcze pod wodzą Macieja Skorży, Lech zagrał z otwartą przyłbicą, co ostatecznie też zemściło się na poznaniakach, bo przegrali oni 1:3.
Lech miał swoje momenty, przeważnie po grze z kontry, jednak jedną z niewielu dobrych rzeczy „Kolejorzowi” przyniósł ten mityczny kwadrans po przerwie. Wtedy Lech bardziej się otworzył, zaczął operować piłką i nawet kilka razy zmusił Kovacevicia do pracy. Nie stworzył jednak zbyt dużego zagrożenia w przekroju całego spotkania i chyba najlepszą okazję miał Artur Sobiech po wypluciu piłki przez bośniackiego golkipera. Nie można tu jednak o nic winić napastnika Lecha, bo zwyczajnie ubiegł go bramkarz, jednocześnie naprawiając swój błąd.











