Środowy wieczór plus miesiąc luty równa się najczęściej Liga Mistrzów. Kolejny mecz czekał nas tego wieczoru. Spotkanie najbardziej utytułowanego zespołu w rozgrywkach Ligi Mistrzów z drużyną, która zachwyciła nas w poprzednim sezonie. Atalanta Bergamo podejmowała wielki Real Madryt. Real, który ostatnio w Lidze Mistrzów złapał delikatną zadyszkę. Tak trzeba nazwać dwa lata bez awansu do półfinału. Zapowiadało się na golleadę z prawdziwego zdarzenia. Podrażniona duma mistrza vs. fantazja niepokornego.
Powiedzieć, że Real do Bergamo przyleciał osłabiony, to jak nic nie powiedzieć. Trener „Królewskich” miał nie lada wyzwanie przed tym meczem. Znaków zapytania właściwie nie było. Jeśli ktokolwiek pomyślał, że Zidane może wystawić któregoś z zawodników Castilli, był w dużym błędzie. Jedyną kwestią był wybór pomiędzy Isco a Mariano. To, którego z piłkarzy pośle na boisko Zidane, musiała determinować formacja. Szkoleniowiec gospodarzy, w porównaniu z Francuzem, mógł mówić o naprawdę dużym komforcie. Podczas gdy w Realu nie było kilku najważniejszych zawodników i praktycznie cała ławka złożona była z graczy Castilli, w Atalancie brakowało jedynie Hateboera. Fakt, ważne ogniwo zespołu, ale mimo wszystko jedyny nieobecny.
Real z przewagą, ale bez konkretów
Mecz rozpoczął się minutą ciszy. Zmarł na raka jeden z zawodników młodzieżowego zespołu Atalanty. Pierwsze piętnaście minut było wyjątkowo nudne jak na standardy tegorocznej Ligi Mistrzów. Kilka fauli, rzut rożny, groźna akcja bramkarza Atalanty poza polem karnym i niewiele więcej. W 17. minucie obudził się Vinicius. Fenomenalnym podaniem prostopadłym wypuścił Mendy’ego. Ten pomknął do bramki Golliniego i dał się sfaulować. Remo Fleurer za ten faul obejrzał czerwoną kartkę i Real grał od tego momentu z jednym zawodnikiem więcej. Niezwykle ważna rzecz wydarzyła się kilka minut później. Żółtą kartką ukarany został Casemiro. Ta kara eliminuje go z występu w meczu rewanżowym. Na pewno Zidane nawet nie chciał o tym myśleć przed meczem.










