Przed dzisiejszymi spotkaniami Ligi Mistrzów przedstawialiśmy nasze rozważania na temat niepowodzeń angielskich ekip w tych rozgrywkach na przestrzeni ostatnich latach. W bieżącej edycji tych elitarnych rozgrywek przedstawiciele Premier League stają na głowie, aby los w końcu się do nich uśmiechnął. Po Tottenhamie oraz obu zespołach z Manchesteru awans do ćwierćfinału przypieczętował Liverpool. W dalszej fazie zobaczymy zatem komplet drużyn z tego kraju.
W przypadku rewanżowego starcia Bayernu z Liverpoolem nie mogło być mowy o żadnym powrocie zza światów, jakiego doświadczyli gracze chociażby Manchesteru United. Podczas pierwszego pojedynku na Anfield Road padł oczywiście bezbramkowy remis, zatem obie drużyny przystąpiły do meczu niemalże z czystą kartą. Nie brakowało obaw, że na terenie Bayernu znów będziemy świadkami piłkarskich szachów. I częściowo tak to właśnie wyglądało.
To nie mogło się udać
Za głównego winowajcę takiego stanu rzeczy należy uznać przede wszystkim gospodarzy. Może to nieco dziwić, gdyż po jesiennych perturbacjach Bayern odzyskał pozycję lidera na własnym podwórku, a Niko Kovac, który miał się już żegnać z zespołem, na tyle, na ile mógł, przywrócił równowagę w drużynie. W Lidze Mistrzów nastąpiła jednak weryfikacja. Ekipa z Monachium na przestrzeni całego dwumeczu wykazała się wyjątkową bezpłciowością. Na Roberta Lewandowskiego i spółkę patrzyło się naprawdę trudno.
W Bayernie po prostu nie działa nic. Manuel Neuer pogrąża się coraz bardziej, pokazując tym samym, że jego pikująca dyspozycja bramkarska to nie dzieło przypadku. Lewandowski po raz kolejny zawiódł w ważnym momencie, a całość uzupełnia obecność 35-letniego Ribery’ego na skrzydle. To nie mogło się udać. Regres drużyny wciąż postępuje, a doścignięcie europejskiej czołówki stanowi na razie dla Niemców karkołomne zadanie.
Wyrachowanym sposobem po drugi finał?
Bohaterem mocno niemrawego momentami spotkania został oczywiście Sadio Mane. Autor dubletu przyćmił między innymi Mohameda Salaha, o którym już od jakiegoś czasu pisze się, iż nie jest sobą i mamy do czynienia z zupełnie inną wersją Egipcjanina niż w poprzednim sezonie. Po części coś w tym jest. Warto jednak zwrócić uwagę zupełnie na co innego.










