Sześć spotkań za nami. To by było na tyle, koniec. Lech kończy swoją przygodę z europejskimi pucharami. Dziś bił się o to, aby zakończyć zmagania na trzecim miejscu. Korzystny rezultat dawał też benefity dla polskich drużyn w postaci punktów rankingowych w kontekście przyszłego sezonu i walki o Europę. Każdy wygrany mecz to też profity finansowe. Z kolei Rangersi walczyli o zajęcie pierwszego miejsca w grupie. Czy trudno znaleźć w sobie na takie spotkanie wystarczająco motywacji? Nie był to mecz „o pietruszkę”, choć trudno go też nazwać niezwykle emocjonującym starciem.
Trener Dariusz Żuraw ponownie zamieszał w składzie. Nie zdecydował się na wystawienie od pierwszych minut Modera czy Daniego Ramireza. Desygnował do gry choćby Muhara. Wierzył, że wybrańcy na ten wieczór przy Bułgarskiej sprawdzą się w walce o jak najlepszy rezultat.
Godne pożegnanie
Jeśli wiele więcej nie da się zrobić, to trzeba po sobie pozostawić choćby dobre wrażenie. Takowym mogło być na pewno zwycięstwo. W przypadku „Kolejorza” nawet gorszy wynik, ale za to styl, który zaprezentowali, też pozostawiałby przyjemne wspomnienia. Choć wiadomo, że lepsze jest zwycięskie 1:0 po kiepskiej grze niż przegrana po najpiękniejszym meczu. Po latach pamięta się wyniki, a nie styl.
Pomimo tego, że Lech nie wyszedł na ten mecz najmocniejszym składem, nie można powiedzieć, że poznaniacy myśleli tylko, aby ten mecz „odbębnić”. Chcieli się zaprezentować najlepiej, jak potrafią, bo w każdym spotkaniu trzeba walczyć o zwycięstwo. Nawet będąc na straconej pozycji czy nie będąc w roli faworyta. Dlatego tym bardziej w Poznaniu wszystkim zależało na godnym pożegnaniu się z pucharami. Jednak od myśli do wykonania daleka droga.
Zdobyte w dotychczasowych grupowych konfrontacjach trzy punkty nie zaspokajały lechitów. Na pewno nie oddawały rzeczywistych możliwości i aspiracji poznańskiego klubu. Dlatego teraz, gdy mieli ostatnią dogodną do tego sytuację, chcieli poprawić swój bilans punktowy. Tym bardziej że nie wiadomo było, jakim rezultatem zakończy się spotkanie Standardu Liege z Benficą. Belgijski klub mógł zepchnąć Lecha na ostatnie, czwarte miejsce. A tego w Poznaniu na pewno nie chcieli.
Pechowy początek
Jakby mało było problemów, na początku meczu miało miejsce bolesne wydarzenie dla poznańskiej lokomotywy. Ważny element składu – Michał Skóraś, w 5. minucie doznał groźnie wyglądającej kontuzji stawu skokowego. Zdarzyło się to bardzo pechowo, bez kontaktu z przeciwnikiem. Kostka uległa tak mocnemu wykręceniu, że „Skóra” nie dał rady kontynuować gry. Trener Żuraw był zmuszony wykorzystać pierwszą zmianę. Na placu gry pojawił się Jan Sykora, czyli także ofensywny zawodnik. Jeśli w pierwszej chwili uraz Skórasia wyglądał fatalnie, to potem okazało się, że może nie jest aż tak źle. 20-latek był w stanie sam opuścić boisko i dojść do ławki rezerwowych. Niepotrzebne było dalsze narażanie skrzydłowego na pogłębienie kontuzji. Prawdopodobnie i tak czeka go długa absencja.











