Na czarno-czerwono-żółto


Jeszcze kilka tygodni temu gablota żeńskiej drużyny VfL Wolfsburg świeciła pustkami. Dzisiaj ten założony dziesięć lat temu zespół może się pochwalić potrójną koroną. Ale „Wilczyce” piszą nie tylko swoją historię.


Udostępnij na Udostępnij na

Korespondencja ze Stamford Bridge

Tryumf w starciu z broniącym po raz drugi z rzędu trofeum Ligi Mistrzyń Olympique Lyonnais odważnie nazwałem sensacją. Wszak debiutujący w kontynentalnym czempionacie niemiecki klub w finale sprostał ekipie, w której szeregach większość zawodniczek ma na koncie występy w przynajmniej trzech finałach LM. Drużynie, która dotarła do finału, straciwszy jedną bramkę i z bilansem strzeleckim +39… Rację może mieć jednak moja redakcyjna koleżanka, która ripostując, ćwierknęła, że trudno być sensacją, jeżeli właśnie wygrało się dublet w trudnej lidze niemieckiej.

Inna sprawa, że niemieckie kluby debiuty zazwyczaj mogą uznać za udane: w swoich inaugurujących sezonach po tytuły Ligi Mistrzyń sięgały 1. FFC Frankfurt (2002), Turbine Poczdam (2005) oraz FCR 2001 Duisburg (2009). Pomóc w tryumfie może także najskuteczniejsza zawodniczka w historii rozgrywek – Conny  Pohlers – która swoje 42 trafienia zaliczyła, m.in. prowadząc do zwycięstwa w LM wspomniany Poczdam w 2005 roku oraz Frankfurt trzy lata później. Zdobycie pucharu dla trzech różnych klubów, warto wspomnieć, także wpisze się do księgi rekordów kobiecej piłki.

Zawodniczką meczu została Lena Goessling, ale mimo jej dobrego występu w środku pola i wyłączeniu z gry gwiazdy rywalek Camille Abily – która notabene nagrodę indywidualną dostała w dwóch poprzednich finałach – za bohaterkę finału należy uznać biegającą na lewym skrzydle Martinę Muller. Pamiętająca jeszcze występy w biało-zielonych barwach w 2. Bundeslidze piłkarka lojalnie gra dla klubu z Dolnej Saksonii od ośmiu lat, a jej decydującego o zwycięstwie karnego nie powstydziłby się Frank Lampard. Stojąc przed trybuną im. Matthew Hardinga, 33-latka huknęła, jak wielokrotnie robił to z tego samego miejsca pomocnik Chelsea.

Lyon, którego passa meczów bez porażki trwała 118 spotkań, nagle musiał się odnaleźć w nietypowych dla siebie okolicznościach. Choć ich trener Patrice Lair ostatecznie zaznał pierwszej porażki w europejskich rozgrywkach od czasu objęcia klubu i na pomeczowej konferencji wspominał o potrzebie wzmocnienia składu, już teraz ma do dyspozycji zespół naszpikowany gwiazdami. Być może to było jednym z powodów, dla których jego podopieczne do spotkania podeszły nonszalancko, spodziewając się łatwej wygranej. W meczowej osiemnastce Lair miał do dyspozycji aż dziesięć zawodniczek, z którymi święcił tryumfy w dwóch poprzednich finałach. W zespole wyraźnie brakowało powiewu świeżości oraz spragnionej sukcesów świeżej krwi. Trudno za takowe uznać zimowe transfery olimpijek z Londynu Megan Rapinoe (USA) oraz Shinobu Ohno (Japonia).

Mimo porażki Olympique zbudował hegemona, którego nie powstydziłaby się męska drużyna Barcelony. Od czasu przejęcia pod skrzydła OL, klubu znanego wcześniej jako FC Lyon, Francuzki wygrały ligę siedem razy i w każdej z sześciu przygód z Ligą Mistrzyń dochodziły przynajmniej do półfinałów. Za każdym razem, zwyciężając lub przegrywając, kończyły na starciu z niemieckim rywalem.

Powodów do zmartwień nie ma trener VfL Ralf Kellermann. Mimo kontuzji w składzie potrafił umiejętnie ustawić swoje podopieczne, aby potrafiły powstrzymać siłę ofensywną rywalek z Lyonu. – Mamy świetną infrastrukturę, świetne zawodniczki i z optymizmem patrzymy w przyszłość – mówił zadowolony na pomeczowej konferencji prasowej.

Trudno się z nim nie zgodzić. Z trybun Stamford Bridge „Wilczyce” głośno dopingowali kibice Borussii Dortmund oraz Bayernu Monachium, którzy już zjeżdżają się do Londynu na sobotni finał mężczyzn. Niemcy jako jedyny kraj może się pochwalić więcej niż jednym zwycięzcą Ligi Mistrzyń, a od inauguracji rozgrywek w 2001 roku tylko dwa razy nie miał swojego przedstawiciela w finale.

Choć Wembley będzie areną pierwszego niemiecko-niemieckiego starcia o najwyższą stawkę w klubowej męskiej piłce, do tegoż precedensu doszło już siedem lat temu w piłce kobiet.

Możemy to dostrzegać bądź nie, ale żyjemy w erze fussballu.

Obserwuj autora na Twitterze: @RobertBlaszczak

Najnowsze