Portugalski rycerz przybył na dwór księcia Pereza w celu wykonania specjalnego zadania. Cała skrzynia złotych talarów miała umożliwić mu odpowiednie uzbrojenie się przed tą niebezpieczną wyprawą. Jose Mourinho nie zostanie jednak bohaterem legend. Uzbrojony w obosieczny miecz wyrobiony przez portugalsko-angielskich płatnerzy, na niemieckim rumaku i z madrycką tarczą w ręce wyruszył nie na podbój Europy, jak wielu sugerowało, ale by zgładzić potwora grasującego w Barcelonie.
Przyglądając się wczorajszemu spotkaniu, zdałem sobie nareszcie sprawę, do czego stworzona była drużyna budowana przez Mourinho. Dwa mecze z Borussią Dortmund ostatecznie udowodniły (oprócz wyższości niemieckiego futbolu nad hiszpańskim), że Real nie miał za zadanie zdobyć Ligi Mistrzów. Co więcej, „Królewscy” nie mieli nawet zdobywać tytułów mistrzowskich na krajowym podwórku. Obsesją portugalskiego szkoleniowca stało się pokonanie Barcelony, co zupełnie go zgubiło. Możemy jedynie snuć domysły, o ile inaczej wyglądałby obecnie Real, gdyby nie manita w pierwszym spotkaniu z „Blaugraną” pod wodzą Mourinho. Od tego momentu głównym celem „The Special One” stało się znalezienie sposobu na pokonanie jednego z najlepszych zespołów w historii piłki nożnej. Zaczęło się od kopania po kostkach, nadeptywania na stopy, potem było wkładanie palca do oka, a skończyło się na świetnym zorganizowaniu w obronie, niesamowitych kontrach i zdominowaniu Barcelony. Potwór stracił wszystkie kończyny i głowę, a dziś ostateczny cios w samo serce wymierzy mu starszy jegomość z Monachium.

Buńczuczny rycerz z Portugalii mógł skupić się więc na tym, czego naprawdę oczekiwał od niego madrycki książę. Nagle okazało się jednak, że ekipa która jest w stanie rozbić kapitalną Barcelonę, nie jest sobie w stanie poradzić z Getafe, Betisem czy Granadą, o Borussii Dortmund już nie wspominając. Kiedy na boisko wychodził zespół nie za bardzo lubujący się w długim przetrzymywaniu piłki (czyli każdy inny niż Barcelona), wszystkie misternie wypracowane schematy (specjalnie na Barcelonę) przestawały działać. Co z tego, że Real potrafił wyprowadzić kontrę najszybciej na świecie, skoro przeciwnicy oddawali mu piłkę i zmuszali do ataku pozycyjnego? Świetnie było to widoczne wczoraj. Madrytczycy musieli rzucić się do odrabiania strat z pierwszego meczu, ale impetu wystarczyło im na pierwsze piętnaście minut. Pomijając fatalną skuteczność, piłkarze Realu mieli naprawdę spore problemy z konstruowaniem składnej akcji. Brakowało szybkich wymian piłki i zaskoczenia rywala, a dominowały zagrania na aferę w pole karne i liczenie na geniusz Cristiano Ronaldo.
No właśnie, Ronaldo. „Obosieczny miecz”, jak nazwałem go na samym początku, był wczoraj zupełnie tępy. Sześć strzałów i tylko jeden celny to zdecydowanie za mało jak na tak wybitnego zawodnika. Ale nie tylko on zawiódł. Fatalny był Di Maria, który nie potrafił minąć rywala ani dobrze dośrodkować. Nieskuteczny i bezpożyteczny był Higuain, oprócz kilku zrywów niewidoczny był Özil, a Xabi Alonso nie dawał w środku pola tyle, ile potrafi. Należy więc postawić pytanie, kto zawiódł. Trener czy piłkarze?










