Mourinho wykonał swoją misję


1 maja 2013 Mourinho wykonał swoją misję

Portugalski rycerz przybył na dwór księcia Pereza w celu wykonania specjalnego zadania. Cała skrzynia złotych talarów miała umożliwić mu odpowiednie uzbrojenie się przed tą niebezpieczną wyprawą. Jose Mourinho nie zostanie jednak bohaterem legend. Uzbrojony w obosieczny miecz wyrobiony przez portugalsko-angielskich płatnerzy, na niemieckim rumaku i z madrycką tarczą w ręce wyruszył nie na podbój Europy, jak wielu sugerowało, ale by zgładzić potwora grasującego w Barcelonie.


Udostępnij na Udostępnij na

Przyglądając się wczorajszemu spotkaniu, zdałem sobie nareszcie sprawę, do czego stworzona była drużyna budowana przez Mourinho. Dwa mecze z Borussią Dortmund ostatecznie udowodniły (oprócz wyższości niemieckiego futbolu nad hiszpańskim), że Real nie miał za zadanie zdobyć Ligi Mistrzów. Co więcej, „Królewscy” nie mieli nawet zdobywać tytułów mistrzowskich na krajowym podwórku. Obsesją portugalskiego szkoleniowca stało się pokonanie Barcelony, co zupełnie go zgubiło. Możemy jedynie snuć domysły, o ile inaczej wyglądałby obecnie Real, gdyby nie manita w pierwszym spotkaniu z „Blaugraną” pod wodzą Mourinho. Od tego momentu głównym celem „The Special One” stało się znalezienie sposobu na pokonanie jednego z najlepszych zespołów w historii piłki nożnej. Zaczęło się od kopania po kostkach, nadeptywania na stopy, potem było wkładanie palca do oka, a skończyło się na świetnym zorganizowaniu w obronie, niesamowitych kontrach i zdominowaniu Barcelony. Potwór stracił wszystkie kończyny i głowę, a dziś ostateczny cios w samo serce wymierzy mu starszy jegomość z Monachium.

Jose Mourinho wielkim przegranym?
Jose Mourinho wielkim przegranym? (fot. Goolfm.net)

Buńczuczny rycerz z Portugalii mógł skupić się więc na tym, czego naprawdę oczekiwał od niego madrycki książę. Nagle okazało się jednak, że ekipa która jest w stanie rozbić kapitalną Barcelonę, nie jest sobie w stanie poradzić z Getafe, Betisem czy Granadą, o Borussii Dortmund już nie wspominając. Kiedy na boisko wychodził zespół nie za bardzo lubujący się w długim przetrzymywaniu piłki (czyli każdy inny niż Barcelona), wszystkie misternie wypracowane schematy (specjalnie na Barcelonę) przestawały działać. Co z tego, że Real potrafił wyprowadzić kontrę najszybciej na świecie, skoro przeciwnicy oddawali mu piłkę i zmuszali do ataku pozycyjnego? Świetnie było to widoczne wczoraj. Madrytczycy musieli rzucić się do odrabiania strat z pierwszego meczu, ale impetu wystarczyło im na pierwsze piętnaście minut. Pomijając fatalną skuteczność, piłkarze Realu mieli naprawdę spore problemy z konstruowaniem składnej akcji. Brakowało szybkich wymian piłki i zaskoczenia rywala, a dominowały zagrania na aferę w pole karne i liczenie na geniusz Cristiano Ronaldo.

No właśnie, Ronaldo. „Obosieczny miecz”, jak nazwałem go na samym początku, był wczoraj zupełnie tępy. Sześć strzałów i tylko jeden celny to zdecydowanie za mało jak na tak wybitnego zawodnika. Ale nie tylko on zawiódł. Fatalny był Di Maria, który nie potrafił minąć rywala ani dobrze dośrodkować. Nieskuteczny i bezpożyteczny był Higuain, oprócz kilku zrywów niewidoczny był Özil, a Xabi Alonso nie dawał w środku pola tyle, ile potrafi. Należy więc postawić pytanie, kto zawiódł. Trener czy piłkarze?

Mourinho odejdzie, co do tego nikt nie powinien mieć wątpliwości. Trudno ocenić kończący się etap jego kariery. Z jednej strony zaledwie jedno mistrzostwo, jeden puchar i jeden superpuchar Hiszpanii i trzy półfinały Ligi Mistrzów. Z drugiej rozmontowanie wielkiej Barcelony, stworzenie najbardziej bramkostrzelnej drużyny w historii hiszpańskiego futbolu i przełamanie klątwy ćwierćfinału LM. Bogatszy o nowe doświadczenia Mourinho będzie pracował „tam, gdzie go kochają”. A „tam” nie będzie już miał obsesji na punkcie żadnego rywala. „Tam” stworzy po prostu świetną i wszechstronną drużynę. Bo „The Special One” można zarzucić wiele, ale na pewno uczy się na swoich błędach. I drugi raz nie nauczy zespołu grać tylko z kontry. A może portugalski rycerz powinien na jakiś czas schować miecz do pochwy?

Wracając jeszcze do wczorajszego meczu, chciałbym zwrócić uwagę na aspekty, które zaważyły na tym, że remontada (najpopularniejsze obcojęzyczne słowo w naszym kraju przez kilka ostatnich dni) Realu się nie udała. „Królewskim” zabrakło konsekwencji. Przez pierwsze piętnaście minut stworzyli sobie kilka świetnych okazji, wszystkie dzięki atakom prawą stroną boiska. Gdyby dalej atakowali strefą chronioną przez Schmelzera, być może szybciej wbiliby pierwszą bramkę, która przecież też padła po akcji prawym skrzydłem. Paradoksalnie działania Realu utrudniła wymuszona zmiana w Borussii, kiedy to Grosskreutz zmienił Götzego. Dla broniących się podopiecznych Jürgena Kloppa był to ruch idealny, który pozwolił odpowiednio uporządkować szyki obronne. Innym kłopotem gospodarzy były fatalne dośrodkowania. Było ich aż 40 (!) ale tylko 9 (!) celnych. Wszystko przez to, że dośrodkowania były kierowane już z 40. metra. Poza tym, gdy trzeba było podnieść piłkę i poszukać partnera zamykającego akcję po drugiej stronie, madrytczycy wstrzeliwali piłkę w pole karne, a gdy trzeba było szukać zagrania w okolice bliższego słupka, dośrodkowywali gdzieś pomiędzy Hummelsa a Piszczka.

Zbigniew Boniek na swoim koncie twitterowym stwierdził, że różnicę pomiędzy oboma zespołami robił Lewandowski. Ja się kompletnie z tym nie zgadzam. Pomijając świetny występ defensywy Dortmundu, różnicę robił przede wszystkim środek pola i mam tu na myśli szczególnie Gündogana. Świetnie czytał grę, przechwytywał piłki i nie tracił ich w głupi sposób. Wraz z biegającym za trzech Benderem zneutralizowali zagrożenie płynące ze środka boiska. Teraz z całym zespołem mogą zakrzyknąć: „Adios Amigos!”.

Komentarze
~ADHD (gość) - 13 lat temu

Jak Pan redaktor taki mądry to może zostanie Pan
trenerem bądź piłkarzem.

~pascalchimbonda (gość) - 13 lat temu

Wyższość futbolu hiszpańskiego nad niemieckim?
Można się zgodzić, co do miernych statystyk Realu,
ale nawet przy beznadziejnie grających gwiazdach,
Królewscy pokazali swój potencjał w ostatnich
minutach. Zabrakło czasu, za późno się
rozpędzili, choć nie ulega wątpliwości, że nie
mieliby o co walczyć w końcówce, gdyby nie
zmarnowane sytuacje Lewego i Gundogana.

~PCU (gość) - 13 lat temu

właśnie o tym samym pomyślałem... tylu znawców,
szczególnie w gronie redaktorów igola, a Polska
piłka ciągle na dnie. Może by autor tego
artykułu, jak taki mądry, rzeczywiście został
trenerem i wyprowadził Polską piłkę z kryzysu.
Wszak taki mądry, że wszystko wie - ciekawe ile
tego pier.olenia sprawdziłoby się w
rzeczywistości?!:)

Najnowsze